Shutterstock
Człowiek

Hans Magnus Enzenzberger: umysł logocentryczny

Hans Magnus Enzensberger podczas spotkania w cyklu „TeKa refleksji” w Gdyni, 19 kwietnia 2016 r.Krzysztof Winciorek/KANCELARIA ADWOKACKA TOMASZ KOPOCZYŃSKI/pulsar Hans Magnus Enzensberger podczas spotkania w cyklu „TeKa refleksji” w Gdyni, 19 kwietnia 2016 r.
Jeżeli przyjmiemy, że język matematyki to mowa Bogów, a poezja stanowi tej mowy przekład, to rolę bezstronnego negocjatora obsadza w tej diadzie Hans Magnus Enzenzberger.

W swoim telefonie mam coraz więcej nieistniejących numerów. Cyfry, które kiedyś identyfikowały konkretnych, bliskich mi ludzi, teraz identyfikują pustkę, jaką zostawili po swoim odejściu. Po śmierci kogoś bliskiego rozpoczynamy pracę żałoby i czyszczenia pamięci zewnętrznej. Są jednak numery wciąż aktualne, cyfry, które towarzyszą silnym podmiotowościom – ludziom, którzy wydają się wieczni, nieskończeni w swoim ziemskim bytowaniu. Kimś takim jest dla mnie Hans Magnus Enzensberger. Mam go zapisanego jako H.M.E.

Rozmawiałem z nim tylko raz w życiu, w okolicznościach, które w zadziwiający sposób odpowiadają jego poetyckiemu, eseistycznemu i matematycznemu dziełu. Otóż parę lat temu, kiedy Enzensberger dobiegał do dziewięćdziesiątki, Ryszard Krynicki – wybitny poeta i wspaniały tłumacz Enzensbergera – namówił mnie, abym zadzwonił do Niemiec. Staraliśmy się przekonać poetę do przyjazdu na Festiwal Miłosza z okazji wydania książki Spotkanie innego rodzaju. Bardzo się denerwowałem przed tą rozmową, choć Krynicki zapewniał, że Hans Magnus jest bardzo przystępny. Przed telefonem ponowiłem lekturę książek, które miałem w domu. Zacząłem od Eliksirów nauki.

To zadziwiający mariaż języka poezji, eseju i matematyki. Jeden, obszerny tom mieści w sobie na dobrą sprawę wszelkie wysłowienia, które kojarzymy jako radykalne separacje – niezestawialne słowniki i znaki próbujące opisać rzeczywistość. Na dobra sprawę dzieło niemieckiego poety jest rodzajem negocjacji – zwaśnionych na przestrzeni wieków – dyskursów, które – na zasadzie światopoglądowych dominant – określały dynamikę rozwoju ludzkości i przekonań definiujących tejże ludzkości pozycję w strukturze świata. Karkołomny pomysł, rozegrany w Eliksirach nauki na zasadzie estetycznych zderzeń obcych sobie narracji poetycko-matematycznych, wiedzie spokojny, nierozstrzygalny żywot arche. Jest źródłową tajemnicą podstawowych pytań filozoficznych, jakie światu zadawali wszyscy ci, którym zdaje się on niedostatecznie rozpoznany. Jeżeli przyjmiemy, że język matematyki to mowa Bogów, a poezja stanowi tej mowy przekład, to Enzenzberger obsadza w tej diadzie rolę bezstronnego negocjatora. Na równych prawach dopuszcza do głosu twardą definicję i unikową metaforę. W Eliksirach nauki, na pełnej parze, pracuje maszyna wytwarzająca stop z opornych metali ciężkich – dowodu i poetyckiej przesłanki. Dziś, w epoce specjalizacji i sprofilowania na rozpoznawanie konkretnych fragmentów nieogarnialnej rzeczywistości, ludzki umysł wydaje się zwolniony z ambicji świadczenia jakimś „całościom”. Powoli do przeszłości odchodzi pojęcie logosu. Enzensberger jednak wydaje się umysłem wciąż logocentrycznym, zapośredniczonym w tradycji negocjacji wykluczających się danych naukowych i egzystencjalnych. Czytając Eliksiry nauki jesteśmy zawezwani do modernistycznego powrotu, do kolejnej próby skoku na głęboką wodę niepewności ontologicznej. Za nią z kolei idzie epistemologia niepewności, grząski grunt domniemań, w który zapada się pewność naszych dni rozumianych jako ciągłość stabilnej podróży w czasie i przestrzeni. Dlatego też przed telefonem do Hansa Magnusa wybrałem się w ustronne miejsce w czasie i przestrzeni. Wybrałem się do własnej przeszłości.

Pojechałem do miejsca, gdzie dorastałem, na gierkowskie blokowiska. Zaparkowałem pod klatką, długo patrzyłem w piwniczne okienka, gdzie kiedyś zimowały koty. Nagle zmysły zaczęły odtwarzać duszny zapach tych podpiwniczeń, ciężką woń kartofliska, głosy czasu dziś nieobecnego, kodyfikowanego w pamięci pod postacią wspomnień, których nieciągły charakter jest odpowiedzialny za budowanie fałszywych narracji o życiowym kontinuum tak jakby przeszłość, teraźniejszość i przyszłość były jedynie rodzajem umownej taksonomii w liniowo rozwijającej się, życiowej narracji. Tymczasem ten podział najgłębiej odpowiada percepcji światów wewnętrznych i zewnętrznych, za które odpowiedzialny jest mózg. Zanim wystukałem numer do Niemiec, pomyślałem o proustowskiej „magdalence” tak bardzo dociążanej niemożliwą do spełnienia obietnicą „powrotu tego samego”. Otóż nic nie wraca, choć wszystko się powtarza w fałszywej metaforze, jaką okazuje się każde, zmysłowe wspomnienie. Mniej więcej tym fenomenem zajmuje się poezja, również ta pisana przez Enzensbergera. Zdałem sobie z tego sprawę zawieszając wzrok na drzewie, które wyrosło przed moim dawnym blokiem. Przypomniałem sobie nagle wiersz H.M.E. zatytułowany Bliżej o pewnym drzewie.

Brzoza biała, w plamach słońca,

Nie ruszaj się. Przypatruj się,

czym różni się zieleń od zieleni,

matowe od błyszczącego, blaszka liścia

ciemniejsza od góry niż od

dołu. Nic się nie powtarza.

Każda żyłka spływa niby bryza

po skórze. Wszystko się ugina,

prostuje, prawie

niezmienione, ale nie całkiem.



Kołysze się, tańczy, uwija:

„zbiory patologiczne”,

funkcje bez pochodnych,

tory wirujące w przestrzeni fazowej.



Naginają wiatr, który je zgina,

te liście, skręcają go

w snujące się wiry,

których nie widzisz. Każ liczyć

swojemu słabemu mózgowi,

aż zadrży, zmąci się, padnie,

skapituluje przed wirem

zjawisk, i znów,

jak ta biała brzoza przed twoimi oczami,

podniesie się, prawie

niezmieniony, ale nie całkiem.



Być może ten wiersz w sposób doskonały wychwytuje napięcia między tym, co zewnętrzne, a tym co i jak nasza świadomość przetwarza za pomocą niedoskonałych instrumentów mimetycznego odwzorowania. To mimetyczne, chyba wciąż niewygasłe pragnienie towarzyszy nam również, kiedy próbujemy przyszpilić czas naszego życia w kategoriach przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Śmieszność tego pragnienia być może czyni nas prawdziwie ludzkimi i „robi” gatunkową różnicę we wspólnotowym ekosystemie. Tytułowy wiersz książki Spotkanie innego rodzaju poświęcony jest rzecz jasna kotu. W idealnych dystychach Enzensberger wykłada wiedzę, której intuicję mamy już w dzieciństwie, a jej upostaciowienie przynosi nam rozpad nas samych w czasie i przestrzeni. Cytuję fragment:

Czas nie jest parametrem, lecz operatorem,

Objawił mi mój przyjaciel, filozof.



Wiedza, zdobyta tylko w ten jeden wtorek.

Wyłożyłem ją kotu sąsiadów.



(…)



Czułem, jak jego futerko elektryzuje.

Było widać, że mnie rozpoznaje.



A jednak żył w innym niż ja Uniwersum.

Tak mi się zdawało. Pomiaukiwał,



ale nie zdradził mi, co wie o materii,

o przestrzeni i czasie.



O podróży w czasie i przestrzeni powiedziano już wiele ( choć kot tu akurat milczy jak kamień ). Obecna w wierszach Enzenzbergera, nuta powrotu do węzłowych zagadnień matematyki, filozofii i literatury, przywołuje dobrze nam znaną piosenkę o początkach świata, jego krańcach i metafizycznej pełni lub braku tej pełni. Swoje dzieło autor lokuje w samym środku dyskusji światopoglądowej, która podobno już została odbyta, a nam, ludziom późnej nowoczesności, pozostało li tylko zjadanie resztek z pańskiego stołu, za którym biesiadowali giganci myśli matematycznej, literackiej i filozoficznej. W swojej twórczości poświęcał im Enzensberger zawsze sporo miejsca. W jednym ze swoich najgłośniejszych wierszy, zatytułowanym Hommage à Gödel, będącym rodzajem dyskusji z wielkim matematykiem, pisał:



W każdym dostatecznie bogatym systemie,

a więc również w tym bagnie tutaj,

można sformułować zdania,

których w ramach systemu

nie da się ani udowodnić, ani obalić.



Uchwyć te zdania w garść

i ciągnij!



Siedząc w aucie patrzyłem na „to bagno tutaj” – na naszą współczesność, która w technologicznym delirium ulega permanentnej przemianie, za którą jako jednostki poznawczo nie nadążamy. Wirtualne doświadczenie świata jeszcze bardziej staje się dowodem na słuszność zawartej w wierszu-hołdzie dla Gödla tezie o niemożliwości postawienia światu jakiejkolwiek, logicznej diagnozy, albo ściślej o możliwości nieskończenie wielu diagnoz doskonale dowodliwych w języku profilowanym pod kątem rożnych ideologii prawdy. Enzensberger jest do dzisiaj w kulturze Zachodu symbolem przemieszczenia prawdy z porządku metafizycznego w porządek historycznych zapośredniczeń, w których prawda stawała się przyczynkiem do niejednego pogromu. Był Enzensberger zawsze surowym krytykiem manipulacji „prawdą”. Całe jego, naukowe dzieło poetyckie jest głęboko etyczne. Jego bogata biografia, ściśle powiązana z przemianami społeczno-kulturowymi w powojennych Niemczech, była i jest dla mnie źródłem nieustającej krynicy mądrości. Pamiętam, z jakimi wypiekami czytałem o przygodach niemieckiej lewicy z przemocą, o żmudnym wydobywaniu się z traumy II wojny światowej, o budowaniu europejskiego konsensusu politycznego w ramach Unii, wreszcie o potrzebie pojednania z Polakami, którego Enzensberger był zawsze piewcą i moderatorem. Dlatego z każdą chwilą, która zbliżała mnie do momentu, w którym odbierze telefon, czułem narastające bicie serca. Po śląsku mówi się: hercklekoty. Dzwoniłem wszak z Gliwic.

W słuchawce coś zaczęło trzaskać i nagle odezwał się łagodny głos. Przedstawiłem się i…Hans Magnus zaczął mówić tak, jakbyśmy się znali od lat. Kiedy napomknąłem o zaproszeniu do Krakowa wybuchł jowialnym śmiechem. Stwierdził, że w jego wieku już raczej podróże nie wchodzą w grę, ale bardzo by chciał. Odnosiłem wrażenie, że ten głos w słuchawce należy do człowieka młodego, do kogoś wiecznie poszukującego i głodnego życia. Była to rozmowa z tych, które długo się pamięta. Od razu powiedział, że ma w Krakowie wielu przyjaciół, żebym pozdrowił Ryszarda Krynickiego i Adama Zagajewskiego.

Dziś w moim telefonie Adam Zagajewski ciągle jest. Po jego śmierci nie potrafię tego numeru skasować. H.M.E., rocznik 1929, mieszka nadal w Monachium. Za naszą granicą trwa wojna. Chciałbym zadzwonić do niego, żeby nauczył mnie o niej myśleć. Żeby nauczył nas wszystkich żyć jakoś w tym bagnie.