Piotr Mecik / Forum
Człowiek

Cezary Wodziński: Ostatni filozof Zachodu

Zeszliśmy z peronu i natychmiastowo udaliśmy się na piwo. Widząc moje skrępowanie, Wodziński natychmiast skrócił dystans. Miał w sobie coś z szamana. Dosłownie zarażał sobą, choć własne ego podawał w dużej dawce ironii. Faktycznie zdawał się jakimś wcieleniem Sokratesa. Bardziej pytał, niż twierdził.

Minęło już sześć lat od śmierci prof. Cezarego Wodzińskiego, a ja wciąż widzę go wysiadającego na peronie dworca w Katowicach. Przyjechał do Instytutu Mikołowskiego, gdzie do dziś pracuję. Pretekstem była konferencja naukowa, którą organizowaliśmy. Nie pamiętam już jej tytułu. Podejrzewam, że miała charakter interdyscyplinarny i potrzebny był nam filozof z prawdziwego zdarzenia. Znałem książki Wodzińskiego. I bałem się go.

***

„Światłocienie zła” ostro swego czasu namieszały w rodzimej debacie publicznej. Oto ktoś poważnie zadał starte na proszek przez historię powszechną pytanie: skąd zło? Z książką na łamach poczytnych tygodników rozmawiali myśliciele tej miary co prof. Józef Tischner, prof. Barbara Skarga i oczywiście prof. Leszek Kołakowski. Swoje do dyskusji dorzucił przyjaciel Cezarego, prof. Zygmunt Bauman. Bałem się więc Wodzińskiego jako autorytetu, salonowego lwa polskiej nauki, ale nade wszystko jako diagnosty ciemnej strony człowieczeństwa.

Strach ten został spotęgowany, kiedy opublikował pracę „Trans, Dostojewski, Rosja czyli o filozofowaniu siekierą”. Każda z jego rozpraw, bez względu na to, czy dotyczyła Heideggera, Szestowa czy jurodiwych, „zatruwała” czytelnika siłą wywodu, argumentacji i niezwykłej sprawności pisarskiej, z jaką dekonstruował obrany przez siebie temat. Wodziński zwykł uprawiać filozofię lokującą się na antypodach duchowej poprawności. Od lat penetrował temat przenikania się dobra i zła, labilności wszelkich systemów etycznych czy wreszcie eschatologii o zdecydowanie negatywnym zabarwieniu. W „Transie…” zabierał mnie w podróż do Rosji okresu Wielkiej Smuty, aberracji Iwana Groźnego i Dymitra Samozwańca. Czasów, w których Rosja – jak pisze mistyk Danił Andriejew – poczuła „potężny powiew antykosmosu”. Smuta, czyli „zamęt”, „rozstrojenie”, „rozdarcie” staje się dla Wodzińskiego przyczynkiem i początkiem konstytuowania się raskoła – „przewlekłego stanu wewnętrznej dysharmonii”. Taka kondycja określi całe rosyjskie społeczeństwo, w tym późniejszych bohaterów Dostojewskiego.

W kolejnych fascynujących odsłonach książki Wodziński przybliża skomplikowane stosunki wewnątrz Cerkwi, próby reform obrządku, koncentrując się na unaocznieniu, czym w swej głębokiej istocie jest „samozwaństwo”, będące spektakularnym wynalazkiem rosyjskim. Chrystologiczna falsyfikacja i rzesze „pomazańców” to jądro raskoła – stanu, w którym różnica aksjologiczna uległa zatarciu. Dobro i zło, Chrystus i Antychryst, władza i potępienie w Rosji XVII-wiecznej poddane zostały procesowi swobodnej wymiany.

Wodziński pokazuje, skąd wzięli się bracia Karamazow, Swidrygajłow, wreszcie Raskolnikow. Rosja – „trzeci Rzym” – pod jego piórem jawi się jako amalgamat doświadczeń ludzkich, niemających odpowiednika w historii powszechnej. Dość przypomnieć o bujnym rozkwicie setek sekt – całego „undergroundu religijnego” – których praktyki porównać można tylko ze scenami rodem z piekła Dantego. Tak jak to było w przypadku chłystów, sekty założonej przez Daniła Filippowicza, w której ekstremalne praktyki ascetyczne oraz samospalenie stają się elementem wyodrębniającym tę grupę spośród innych formacji quasi-religijnych. Trzydzieści tysięcy samospaleń w ciągu roku to wynik godny wielkiej Rosji, która do dziś powinna dzielić swoje dzieje na okres „do” i „po” raskole. Przynajmniej jeśli chodzi o rozwój własnej duchowości, a nie o techniki likwidacji narodu. Kiedy z dzisiejszej perspektywy wracam do tej książki, groza tylko tężeje. Faktycznie ameby o zrytych przez propagandę mózgach, mordujące cywili w Ukrainie, mają poważne, historyczne doświadczenie w pedagogice szaleństwa. Cezary uwielbiał Rosję, bał się jej jak ja jego, pod koniec życia ostro tłumaczył Dostojewskiego. Bardzo jestem ciekaw, co dziś miałby do powiedzenia o stanie rozpadu tego państwa.

***

Przedstawiłem się na tym peronie. Uścisk jego dłoni doprowadził mnie niemal do zakrzepu i ustania krążenia. Ten niewysoki mężczyzna by potężnie zbudowany. Przy czym nie była to muskulatura napompowana siłką i sterydami. To była krzepa wypracowana w rękodziele, w żmudnym rąbaniu drewna, w pracach fizycznych przy ukochanym przez Cezarego jachcie. Wreszcie była to krzepa faceta, który zbudował w mazurskim Ubliku dom, który z czasem stał się legendarnym miejscem prywatnych, filozoficznych seminariów, na które przyjeżdżali studencie profesora, jego przyjaciele oraz wielcy myśliciele jak chociażby Jürgen Habermas czy Barbara Skarga.

Zeszliśmy z peronu i natychmiastowo udaliśmy się na piwo. Widząc moje skrępowanie, Wodziński natychmiast skrócił dystans. Miał w sobie coś z szamana. Dosłownie zarażał sobą, choć własne ego podawał w dużej dawce ironii. Faktycznie zdawał się jakimś wcieleniem Sokratesa. Bardziej pytał, niż twierdził. Kiedy powiedziałem, że zajmuję się pisaniem wierszy, o dziwo nie wybuchł śmiechem. Wszak, gdyby mierzyć poetycką wartość „Loga nieśmiertelności”, wypadałoby przyznać, że mamy do czynienia z najwybitniejszym poematem napisanym w polszczyźnie w ostatnich latach. Wodziński wniknął we frazeologię języka tak głęboko, że osiągnął niespodziewane i olśniewające efekty semantyczne. Jeżeli dodamy do tego fakt, że ta książka dotyczy rzeczy tak dyskretnych, jak filozofia platońska, a dokładniej „unieśmiertelnienia” Sokratesa w platońskich dialogach, wtedy piorunujące wrażenie płynące ze spotkania z nią jest jeszcze bardziej dotkliwe. Jest to bowiem pozycja boleśnie wręcz wnikliwa, przerażająco erudycyjna, perfekcyjnie zimna w swojej żelaznej logice.

Twórczość Wodzińskiego osiąga w „Logo nieśmiertelności” swoje apogeum. Ta monumentalna biografia pojęć – bo chyba tak należy potraktować filozoficzne śledztwo w sprawie „śmierci Sokratesa”, w zupełnie tajemniczy sposób w trakcie lektury przestaje być biografią pojęć, a staje się namacalnym dokumentem ich „przeżycia”. Nie jest ich powtórną interpretacją, lecz raczej aktem przejścia suchej litery filozoficznej dysertacji w obszar księgi dokumentującej jak najbardziej realną filozofię zastosowaną. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie Heidegger, a Wodziński jest „ostatnim filozofem Zachodu”. Mam tu na myśli wyczuwalne przekonanie autora „Św. Idioty”, że historia filozofii jest nie tylko historią interpretacji, lecz zadaniem przepracowania od nowa pewnego uniwersalnego losu. Jeżeli przyjmiemy, że Sokrates jest uniwersalną figurą i archetypem człowieka pytającego, Platona natomiast potraktujemy jako kodyfikatora obszaru pytania, wtedy książka Wodzińskiego stanie się próbą deszyfracji związku, jaki zachodzi między pytaniem a jego przedmiotem.

***

Kiedy piliśmy to piwo, nie mogłem nawet wyobrazić sobie jaki los spotka Cezarego i jaką cykutę przeznaczenia przyjdzie mu popijać. Wtedy, a był to rok chyba 2006, Wodziński był w doskonałej formie, publikował na potęgę. Widywaliśmy się sporadycznie, pozostając w kontakcie listownym. Bodajże w 2013 roku postanowiliśmy ponownie zaprosić do Mikołowa naszego ukochanego myśliciela. Kiedy dziś przeszukuję skrzynkę pocztową i czytam naszą dowcipną korespondencję, jeden tylko liścik odbiega od niej poważnym tonem: „Drodzy Przyjaciele, dziękuję za miłe zaproszenie do Mikołowa, który mam w dobrej pamięci. Rad bym Was nawiedzić i porozmawiać o Nietzschem (i o niczem). Niestety, to niemożliwe. Powód jest jeden: nie pozwala mi na to mój stan zdrowia. Od kilku miesięcy jestem niemobilny (efekt choroby, która mnie dopadła i na razie nie poddaje się »sanacji«). Tak więc wybaczcie. Pozdrawiam serdecznie, c”.

Siłą rzeczy zacząłem rozpytywać o Cezarego. Wiadomości był fatalne. Niemniej on się nie poddawał. Już na wózku prowadził fascynujące rozmowy filozoficzne w Łazienkach Królewskich. Zapisy tych rozmów można odnaleźć dziś na kanale YouTube. A później wszystko zaczęło się zwijać. Cezary dożył swoich dni w Ubliku. Informacje o jego śmierci obiegły prasę i internet. To była funeralna jednodniówka informacyjna, przynosząca trochę wspomnień o kimś bardzo wybitnym, okraszona wieloma zdjęciami, na których Wodziński często się spod okularów tajemniczo uśmiecha. Miał oko węża, potrafił rozmówcę unieruchomić samym spojrzeniem. Kochałem go, ale zawsze towarzyszył mi strach.

Chcąc się jakoś skonfrontować z tym uczuciem, już po śmierci Cezarego, pojechałem z żoną do Ublika. Poznałem bliskich, którzy opiekowali się nim do końca, chodziłem długo między regałami z książkami, przysiadłem w ogrodzie i nagle w szopie spostrzegłem elektryczny wózek inwalidzki. To krzesło elektryczne faceta, który był po byku i nie obcyndalał się z człowieczeństwem, widząc w nim potężne złogi zła, które zwykle triumfuje, a dziś triumfuje jakby silniej. Ten wózek i słabość, jaką reprezentuje, nie uzgadniały mi się z Wodzińskim, który był po prosty hardy. Za młodu chodził do warszawskiego liceum do jednej klasy z wybitnym polskim poetą Andrzejem Sosnowskim. Andrzej opowiedział mi kiedyś zabawną anegdotkę o koledze.

Mianowicie Wodziński był najgorszym zawodnikiem na boisku. Po prostu nie umiał grać w piłkę. Wydawał się niezgrabny i ociężały. Kiedy zaczęły się wakacje, został na dwa miesiące w domu i codziennie ćwiczył na boisku. We wrześniu, po powrocie do szkoły, koledzy, w tym Sosnowski, nie potrafili już stawić mu oporu. Był po prostu najlepszy w kiwkę.

Coś z tej umiejętności przeszło później do jego filozoficznych pism. Kiwał język, wydobywał z niego znaczenia dotychczas ukryte i możliwości, o których wcześniej język ten tylko śnił.

Czasem śni mi się Wodziński. Po przebudzeniu przypominam sobie, jak bawił się słowami, nazwiskami wielkich filozofów, z których zapadła mi w pamięci gierka z Emilem Cioranem. O nim Wodziński mawiał: „No i Cio rano?” I chyba na to sokratejskie pytanie wciąż próbuję sobie odpowiadać, każdego ranka idąc dalej żyć.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną