Trzecia kultura Siwczyka. Olga Tokarczuk: umysł encyklopedyczny
Parę dni temu odbyła się w Gliwicach uroczystość wręczenia nagród w pierwszej edycji Gliwickiej Nagrody Literackiej. Ta nowa instytucja wspierania młodej literatury polskiej urodziła się stosunkowo szybko. Wystarczył raptem rok, pomysł Juliusza Pielichowskiego wola polityczna i entuzjazm prezydentki miasta Katarzyny Kuczyńskiej-Budki, zaangażowanie prof. Ryszarda Koziołka i organizacyjna ekwilibrystyka załogi Miejskiej Biblioteki Publicznej.
Czekałem na galę nagrody z niekłamanym dreszczykiem emocji, zwłaszcza że odbywała się w gargantuicznej PreArenie Zero, miejscówce dedykowanej raczej eventom o charakterze innym niż literacki. Tymczasem moim oczom ukazał się ponad tysięczny tłum ludzi, jakaś tajemna wspólnota skupiona przez bite trzy godziny na poznawaniu nowej literatury i wsłuchiwaniu się w rozmowę z Olgą Tokarczuk, która przyjechała do Gliwic jako świeżo upieczona wiceprezeska światowego Pen Clubu.
Ryszard pogadał z Olgą na luzie, balansując między krotochwilą a całkowicie poważnym namysłem nad naturą debiutu literackiego, bo właśnie debiutantom i osobom krótko po debiucie dedykowana jest Gliwicka Nagroda Literacka. W pewnym momencie rozmowa skręciła jednak tam, gdzie skręcić musiała: do Polski. Nie będę tu referował, jak mądrze o tej Polsce można rozmawiać, zwłaszcza kiedy ewidentnie działa intelektualna chemia między interlokutorami. Słuchałem Olgi, a jednocześnie w głowie odtwarzał mi się film o naszej, poniekąd wspólnej przeszłości.
Kiedy mówiła o swoich początkach twórczych, o uczestnictwie w klubie literackim, gdzieś na przełomie lat 70. i 80., o debiucie w „Na Przełaj”, i o późniejszych, zmaskulinizowanych, literackich latach 90., które doskonale pamiętam, zobaczyłem ją całkowicie poza oczywistą, globalną sławą i instytucjonalnym autorytetem, który dźwiga. Nie bez kozery piszę o ciężarze, bo przecież ta niepozornych rozmiarów osoba znajduje się właściwie pod nieustannym obstrzałem hejtu. Nie ma tu sensu analizować natury tej nienawiści – jest ona paradygmatycznym rodzajem obsługi osób publicznych, które mają odwagę komplikować obraz rzeczywistości polityczno-historycznej kraju niedorastającego do dumy ze swoich najlepszych obywateli. Wystarczy pod tym kątem prześledzić długą tradycję „błota po polsku”, którym obryzgiwano w przestrzeni publicznej Czesława Miłosza czy Wisławę Szymborską. Ciągłość tej tradycji trwa w najlepsze, w wersji błyskawicznych „wyrzygów”, przechodzących jednak w groźby karalne i niestety ataki całkowicie fizyczne, o czym Olga napomknęła. Byłem bardzo dumny, że w moim, naznaczonym wielokulturowością mieście, autorka „Prawieku” została przywitana owacjami i pożegnana na stojąco. W tej pozycji spędziliśmy też trochę czasu prywatnie, przy bankietowym stoliku, spotykając się raptem po dwudziestu latach. I miałem wrażenie, że nic się nie zmieniło.
Dokładnie pamiętam wrześniowy dzień we Lwowie. Siedzimy z grupą znajomych pisarzy i pisarek, raczymy się przepysznym lwowskim browarem. Jest przed wojną, jest ciepło. Olga ma krótkie włosy, moja żona Róża też. Bohdan Zadura dowcipkuje, Mariusz Grzebalski i Marcin Hamkało dokazują, nasi ukraińscy przyjaciele Marianna Kijanowska, Ostap Sływynski i Andrij Bondar wyglądają na szczęśliwych. To jedyne zdjęcie, jakie zachowałem z tamtego wypadu.
Pierwszym apelem, jaki Olga wystosowała jako vice prezeska Pen International była prośba o organizowanie w Ukrainie jak największej ilości spotkań autorskich z polskimi twórczyniami i twórcami. Jest w tym dbałość tyleż o stare kontakty międzykulturowe, ile jakieś wyjście w możliwą przyszłość, o której nie mówimy inaczej niż tylko w trybie mglistych fantazji o pokoju. Tak jakbyśmy przyzwyczaili się do wojny w charakterze biernych obserwatorów jej medialnej obecności intensyfikowanej dziś zdecydowanie rzadziej, gdzieś w czwartym materiale wiadomości, na obrzeżach bardziej partykularnych newsów. Tymczasem wojna nie może stać się naszym naturalnym habitatem, w innym przypadku po prostu status naszego człowieczeństwa winien zostać obniżony do poziomu bakteryjnego.
Szczerze mówiąc dosyć mam usprawiedliwiania tej komy społecznej zmęczeniem materiału i nudą, odwróceniem nastrojów wobec Ukraińców, co tak cynicznie wykorzystuje nowy prezydent. Jeszcze jednak gorsze jest chyba mobilizowanie Polaków do uwagi na wojnę poprzez podkreślanie naszego, narodowego interesu, który będzie się bezpiecznie kręcić, o ile ta rzeź zatrzyma się w okopach Donbasu. Gdzieś w tym wszystkim ginie empatia, jakieś podstawowe międzyludzkie współczucie. Być może „czuły narrator”, z noblowskiej mowy Olgi, miałby tu wiele do powiedzenia. Zwłaszcza że świat przedstawiony współczesnego pandemonium internalizowany jest jako powrót historii, a więc czegoś, co niby ma swoją instrukcję obsługi zdeponowaną w archiwum klęsk, jakim jest wiek dwudziesty.
O różnych rozmiarach klęsk gadaliśmy w Gliwicach. Dajmy na to klęska ministerstwa edukacji, które płochliwie wprowadziło edukację zdrowotną jako przedmiot nieobowiązkowy. Właśnie obserwuję, jak ochoczo rodzice wypisują dzieciaki z klasy mojej córki z tych zajęć. Rektor Ryszard Koziołek aż złapał się wpół ze śmiechu: „Stary wyobraź sobie siebie jako jedenastolatka. Przecież jak nie musisz, to nie pójdziesz. Też bym nie poszedł”. Myślę, że Ryszard trafia w punkt. Zresztą odwrót od nauki, od zobiektywizowanej wiedzy, ku plemiennym zabobonom jest chyba paradygmatyczny dla naszej współczesności. Napędza ją irracjonalnym paliwem egzotycznych przekonań, których tubą zdaje się „kościół Jędraszewskiego”. I tak sobie gadaliśmy, w trosce, ale też uldze, że może jednak warto publicznie upominać się o naukę. Olga zresztą dała tego zabawne świadectwo, wspominając, że w młodości chciała być naukowcem, leczyć ludzi na orbicie i z latami naukom oddaje coraz większą pasję lekturową.
Wtedy we Lwowie i teraz w Gliwicach jej encyklopedyczny umysł pracował na najwyższych obrotach. A jednocześnie ciągle jest niezwykle otwarty, wychylony w jakiś rodzaj – czasem może utopijnej – wiary w porozumienie między ludźmi na gruncie najniższego, racjonalnego mianownika empatii właśnie. To zaiste fenomenalne, że czytając o sobie rozliczne głupoty, potrafi zarazem ufać Księdze i ludziom, którzy są w tej podróży razem z nią.
„Podróż ludzi Księgi” i „Prawiek” wysłała mi w połowie lat 90. jako rewanż za tomik, który jej podarowałem. Trochę w tamtych prawiekowych czasach korespondowaliśmy. Ewidentnie Poczta Polska była wtedy główną negocjatorką kontaktów między piszącymi. Wtedy Tokarczuk jeszcze nie mogła wiedzieć, co ją w literaturze czeka i do czego będzie zdolna.
A ja czekam na kolejne spotkanie, szybciej niż za dwadzieścia lat. Czasu już nie ma. A głupio, żeby zostały po nas wszystkich tylko sentymenty i literatura.