Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Człowiek

Paul Bloom: Nie zostaliśmy ukształtowani tak, by stale odczuwać szczęście

Marta Kowal: Większość ludzi ma mechanizmy fizjologiczne i psychologiczne umożliwiające wywołanie miłości
Człowiek

Marta Kowal: Większość ludzi ma mechanizmy fizjologiczne i psychologiczne umożliwiające wywołanie miłości

– Żadna pojedyncza cecha ani ich kombinacja nie gwarantują miłości. Sprawę utrudnia fakt, że słabo znamy sami siebie. Nasze ostatnie badania międzykulturowe pokazują, że deklarowane preferencje często rozmijają się z rzeczywistymi wyborami – opowiada psycholożka dr Marta Kowal z Uniwersytetu Wrocławskiego. [Artykuł także do słuchania]

Gdy sytuacja – jakakolwiek – się nie zmienia, zaczynamy się nudzić. Psycholodzy nazywają to bieżnią hedonistyczną: biegniemy coraz szybciej, ale zostajemy w tym samym miejscu – mówi psycholog Paul Bloom z Yale University. [Artykuł także do słuchania]

Prof. Paul BloomTedGlobal/NPR/|Prof. Paul Bloom
Prof. Paul Bloom pracuje na Yale University i University of Toronto. Specjalizuje się w psychologii rozwoju dzieci, społecznego rozumowania i moralności. Jego najnowsza książka „Psychika. Historia ludzkiego umysłu” ukazała się właśnie w Polsce nakładem wydawnictwa Rebis.


KASPER KALINOWSKI: – Rodzimy się z wrodzonym kompasem moralnym, odróżniamy „pomocników” od „szkodników” – dowodzą pana badania nad niemowlętami. To dowód na to, że jako gatunek jesteśmy z natury dobrzy?
PAUL BLOOM: – Uwielbiam rozmawiać o tak małych dzieciach, zwłaszcza że moja córka ma zaledwie cztery miesiące. Patrzę na nią i próbuję zrozumieć. Na razie nie sprawia wrażenia, żeby wiedziała bardzo dużo. Po prostu patrzy trochę zdezorientowana i zaczyna się uśmiechać. Uważam jednak, że badania nad niemowlętami to najbardziej interesujący aspekt psychologii. Nie tylko wykazują, że dzieci mają zalążki moralności i pamięci, lecz także, że pojmują świat fizyczny i społeczny, a nawet wykazują pewne zdolności matematyczne. Są całkiem bystre.

Wrodzona mądrość?
Moim zdaniem tak. Za jej część odpowiada właśnie zmysł moralny. Z tego nie wynika jednak, że rodzimy się dobrzy. Lepiej mówić o dwoistości ludzkiej natury. Od pierwszych dni życia mamy w sobie życzliwość, troskę i altruizm oraz jakieś poczucie sprawiedliwości. To wyjaśnia, dlaczego jesteśmy tak bardzo społeczni, dlaczego tak często udaje nam się współpracować i dobrze się traktować. Posiadamy też jednak inne instynkty – zdecydowanie mniej moralne. Możemy np. chcieć dominować nad innymi lub przejąć ich zasoby.

W zachowaniach niemowląt przejawia się współczucie dla cudzego cierpienia. Czy możemy to nazwać empatią?
Myślę, że tak. Bardzo wcześnie zaczynamy współodczuwać ból innych i przejawiać motywację, by próbować im pomóc. Zauważmy jednak, że czujemy to głównie wobec osób bliskich. Jako dorośli mamy więcej empatii wobec partnerów, dzieci czy przyjaciół niż wobec dalekich znajomych. Nasz wrodzony zmysł moralny najczęściej milczy, gdy chodzi o cierpienie obcych ludzi. Aby zacząć się o nich troszczyć, musimy wykroczyć poza swoją biologiczną naturę.

Niemowlęta zazwyczaj wolą bawić się z przedstawicielami własnej rasy. Trudno nazwać to rasizmem, więc jakie są przyczyny takiego zachowania?
Rzeczywiście nie nazwałbym niemowląt rasistami – to nawet brzmi dziwnie. Poza tym pojęcie rasy jest bardzo złożone. Lepszym określeniem jest plemienność (trybalizm) – nasza naturalna tendencja do preferowania własnej grupy.

Niesamowite badania w tym kontekście przeprowadziła Katherine Kinzler z University of Chicago. Przenosząc je na nasz grunt: jeśli dwulatkowi wychowywanemu przez polskich rodziców damy wybór: zabawa z kimś mówiącym po polsku lub po angielsku – wybierze oczywiście osobę polskojęzyczną. Można by pomyśleć, że po prostu lepiej ją rozumie. Co jednak w przypadku osoby posługującej się czystą polszczyzną i kimś mówiącym z akcentem? Dzieci wybiorą tę pierwszą. Język jest dla nas sygnałem przynależności do tej samej grupy.

Dopiero w późniejszym okresie rozwoju łączy się to z tym, co nazywamy rasizmem. Jeśli rasa staje się istotnym sposobem definiowania grupy, naturalnym wyborem staje się preferowanie towarzystwa osób o tym samym kolorze skóry. Bycie naprawdę dobrym człowiekiem wymaga przekroczenia schematów.

A jeśli połączymy plemienność z empatią?
Mam wobec tej zdolności mieszane uczucia. Napisałem o tym książkę „Przeciw empatii”, w której krytykuję ją jako siłę moralną. Moim zdaniem, kiedy narody idą na wojnę lub wybucha nienawiść, często iskrą jest właśnie empatia wobec kogoś, kogo postrzega się jako ofiarę. Jeśli ktoś powoduje pańskie cierpienie, ja – odczuwając wobec pana empatię – chcę, by ta osoba również cierpiała. To czyni mnie mściwym i okrutnym. Takie „gorące” emocje moralne prowadzą czasem do zachowań, z którymi ostatecznie nie chcielibyśmy się utożsamiać.

To brzmi mało intuicyjnie. Podobnie jak teza z pana najnowszej książki „Psychika. Historia ludzkiego umysłu” – psychologia jest trudniejszą nauką niż fizyka. To przez wspomnianą złożoność ludzkiej natury?
Być może fizycy są mądrzejsi od psychologów (śmiech). A poważnie – my, ludzie, jesteśmy bardzo skomplikowani. Zauważmy, że w fizyce poczyniliśmy niesamowite postępy. Rozumiemy np. podstawowe prawa, jakimi rządzi się wszechświat, czy budowę materii, nawet na poziomie cząstek subatomowych. Gdy jednak chodzi o rozumienie ludzkich motywacji, emocji, pragnień czy przekonań, wciąż jesteśmy daleko w tyle. Naprawdę daleko.

Dlatego wciąż do badania osobowości używacie kartki i ołówka, podczas gdy fizycy potrafią zmierzyć skład atmosfery planety odległej o wiele lat świetlnych od Ziemi?
Tak. Mogę zapytać fizyka o temperaturę Słońca i otrzymam naprawdę precyzyjną odpowiedź. Gdy zaś zechcę sprawdzić, jak bardzo jakiś człowiek jest ekstrawertyczny, dam mu zestaw pytań w stylu: „Czy lubisz imprezy?”. Psychologia jest młodą dyscypliną. Na pewno kiedyś doczekamy się znacznie precyzyjniejszych miar, ale na razie nasza nauka nie jest wystarczająco zaawansowana. Nasze narzędzia są prymitywne. Bardzo często po prostu zadajemy ludziom serię pytań na temat, który badamy.

Kocham jednak psychologię i w książce staram się pokazać, że dokonaliśmy pewnych odkryć i czegoś się nauczyliśmy. Poza tym w psychologii nawet zdolny student lub doktorant mogą dokonać istotnego odkrycia, co w fizyce, wymagającej lat przygotowań, jest w zasadzie niemożliwe. To jakby pracować w Apple w pierwszych dniach istnienia firmy, a nie teraz, gdy stała się gigantyczną korporacją.

Niektórzy twierdzą, że sytuację psychologii na zawsze popsuł Zygmunt Freud. Zgodziłby się pan?
Biedny Freud. Wielu moich kolegów zwyczajnie się go wstydzi. W Yale można skończyć psychologię, nigdy o nim nie słysząc. Uważam to za błąd. Freud był prawdziwym badaczem umysłu. Stworzył ambitną teorię, która w wielu aspektach okazała się błędna – jak choćby kompleks Edypa czy ogólna topografia umysłu. Trzeba mu jednak oddać jedno – spopularyzował znaczenie nieświadomości w nauce. A idea, że większość tego, co dzieje się w naszych głowach, nie podlega świadomej kontroli, jest dziś fundamentem psychologii. Jeśli chcę wiedzieć, dlaczego ktoś nas pociąga lub dlaczego zagłosowaliśmy w wyborach w określony sposób, nie wystarczy o to zapytać, bo sami możemy tego nie wiedzieć. Dziedzictwo nieświadomości zawdzięczamy Freudowi.

Zauważmy jeszcze jeden paradoks. Humaniści wciąż go kochają. To zresztą zabawna sytuacja, którą opisuję w książce – znacznie częściej o Freudzie usłyszy student literatury niż psychologii.

Sporo miejsca w swoich pracach poświęca pan szczęściu. Czy w 2026 r. możemy stworzyć listę czynników, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi?
Tak. Pierwszy nikogo nie ucieszy, bo nie mamy na niego wpływu – to geny. Szczęście jest dziedziczne. Jeśli ktoś urodził się w radosnej rodzinie, prawdopodobnie sam taki będzie. Kolejny fakt – pieniądze rzeczywiście dają szczęście. Ich znaczenie maleje wraz ze wzrostem kwoty, ale początkowo kupują nam wolność od zmartwień, możliwość podróżowania czy wykonywania satysfakcjonującej pracy zamiast upokarzającego znoju.

Numerem jeden – potwierdzonym naukowo – są tu jednak relacje z ludźmi. Choć sam jestem introwertykiem, dowody są przytłaczające – szczęśliwi ludzie mają trwałe przyjaźnie i bardzo często są w stałych związkach z osobami, które ich kochają. Możemy debatować o roli religii, małżeństwa i wielu sprawach, ale najważniejsze są relacje. Także posiadanie dzieci może znacząco wpływać na poziom szczęścia.

Wspomniał pan o swojej małej córce. Z dziećmi i szczęściem sprawa nie jest taka prosta.
Zdecydowanie. Okazuje się np., że na samym początku rodzicielstwa mężczyźni stają się bardziej szczęśliwi niż kobiety. To jednak złożony efekt. W Stanach Zjednoczonych posiadanie dzieci wiąże się nawet z niewielkim spadkiem odczuwanego szczęścia. Być może dlatego, że rodzice mają tam mniej wsparcia socjalnego niż np. w wielu państwach w Europie. Poza tym rodzicielstwo jest trudne – małe dzieci naprawdę są wymagające. W późniejszym okresie życia ludzie mówią jednak – i sądzę, że to prawda – że dzięki nim mają poczucie celu i sensu. Oczywiście są osoby, które nie mają dzieci, a ich życie jest wspaniałe.

Z badania sprzed pięciu lat wynika, że 13 proc. dorosłych Polaków żałuje, że ma dzieci.
To wciąż mało, nie uważa pan? Biorąc pod uwagę cały wysiłek i wszystkie koszty związane z rodzicielstwem, to zdumiewająco niewiele. Jestem przekonany, że znacznie więcej osób żałuje wyboru współmałżonka czy życiowego partnera.

Nie ma pan wrażenia, że żyjemy w kulturze, która wymusza na nas szczęście? A przecież bycie szczęśliwym przez cały czas nie leży w ludzkiej naturze.
To bardzo trafna uwaga. Ewolucja, która zaprojektowała nasze mózgi i umysły, troszczy się raczej o nasze przetrwanie i rozmnażanie. Nie zostaliśmy ukształtowani tak, by stale odczuwać błogostan. Gdy sytuacja się nie zmienia, zaczynamy się nudzić. Psycholodzy nazywają to bieżnią hedonistyczną – biegniemy coraz szybciej, ale zostajemy w tym samym miejscu. Pyszny posiłek cieszy, ale po stu razach traci smak. Podobnie jest z namiętnością. Rozwiązaniem nie jest wkładanie całej energii w pogoń za szczęściem, lecz szukanie dóbr długoterminowych.

Dlatego sugeruje pan, że pogoń za szczęściem może prowadzić do depresji, a cierpienie jest niezbędne, by być szczęśliwym.
Jak pokazują badania, ludzie, dla których szczęście jest celem samym w sobie, są w rzeczywistości najmniej szczęśliwi. Tyle że ta zależność może działać w obie strony – być może pragnienie szczęścia czyni ludzi mniej szczęśliwymi, a może ludzie mniej szczęśliwi bardziej starają się być szczęśliwi. W każdym razie świadome pragnienie błogostanu prawdopodobnie nie służy zdrowiu. Lepiej nie czynić szczęścia główną aspiracją, a skupić się na robieniu czegoś wartościowego, choć to niemal zawsze wyzwanie. Cokolwiek uzna pan w życiu za naprawdę sensowne – dzieci, związki, praca twórcza czy przebiegnięcie maratonu – będzie wiązać się z trudnościami. To, co przychodzi łatwo, nie nadaje życiu wartości. Łatwa droga to zazwyczaj uzależnienie – alkohol czy pornografia dają przecież szybką gratyfikację, która zaraz zamienia się w ciężar.

Fatalnie też przewidujemy, co nas uszczęśliwi. Czy w drugą stronę także się mylimy? Przeceniamy wpływ tragedii na nasze życie?
Mój przyjaciel psycholog Dan Gilbert mówi, że jesteśmy bardzo słabi w prognozowaniu własnych emocji. Ludzie myślą, że utrata pracy czy niepełnosprawność to koniec świata. To straszne wydarzenia, ale zazwyczaj po pewnym czasie wracamy do formy – i to jest dobra wiadomość. Zła jest taka, że wygrana na loterii czy sukces książki, którą wydamy, również nie uszczęśliwią nas na długo. Ostatecznie wracamy do punktu wyjścia.

Zaczęliśmy rozmowę od pańskich badań nad niemowlętami. Psychologia od lat zmaga się z kryzysem replikacji eksperymentów – te wyniki również próbowano podważyć. Czy dziś przedstawiałby pan je ostrożniej?
Wiele moich prac udało się zreplikować, niektórych mniej istotnych – nie. Co do niemowląt, preferowanie „pomocników” potwierdzono w wielu laboratoriach. Bardzo duże badanie sprzed pięciu lat, w którym użyto wideo zamiast realnych postaci, nie dało jednak tego samego wyniku. Być może efekt nie pojawia się tak wcześnie, jak sądziliśmy, albo forma była dla niemowląt zbyt trudna. Cóż, nauka polega na popełnianiu błędów i ich korygowaniu.

Ważnym wyzwaniem związanym z replikacją jest również fakt, że psychologia przez lata opierała się na badaniach przedstawicieli tzw. społeczeństw WEIRD (Western – zachodnie, Educated – wykształcone, Industrialized – uprzemysłowione, Rich – bogate, Democratic – demokratyczne – przyp. red.). Obecnie badamy zaś również ludzi w Azji czy Afryce. Dzięki temu psychologia staje się dojrzałą, globalną nauką.

Co zmieniło się najbardziej w psychologii w ciągu pana kariery?
Poza tym, że stajemy się coraz mniej zachodniocentryczni, bardziej rygorystycznie podchodzimy do analiz statystycznych. A przede wszystkim nauczyliśmy się, że psychologia najlepiej radzi sobie wtedy, gdy łączy się z innymi dziedzinami: neuronauką, teorią ewolucji, antropologią, a nawet sztuczną inteligencją. Takie łączenie dyscyplin to przyszłość psychologii.

Właśnie – jak zmieni pana naukę sztuczna inteligencja?
Wszyscy o tym rozmawiamy. Niektórzy uważają, że nie różnimy się niczym od ChatGPT. Ja w to nie wierzę. Duże modele językowe są trenowane na olbrzymich zbiorach tekstów i innych danych, a niemowlęta uczą się poprzez interakcję ze światem i mają wrodzoną wiedzę. AI na pewno zmieni psychologię, ale nie potrafię przewidzieć, w jaki sposób – wszystko dzieje się zbyt szybko. To także jednak sprawia, że psychologia jest tak fascynującą żywą nauką.

ROZMAWIAŁ KASPER KALINOWSKI

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną