Jak armia Hannibala przeszła przez Alpy. Pomysł był szalony. Badacze rozwiązują zagadkę
To był szalony pomysł. Poprowadzić kilkadziesiąt tysięcy uzbrojonych ludzi, tysiące koni i mułów oraz 37 słoni bojowych ścieżkami wijącymi się między szczytami i przepaściami. Zadanie było tym bardziej karkołomne, że Hannibal i jego armia znajdowali się w drodze już od wielu miesięcy. Wiosną 218 r. p.n.e. wyruszyli z południowej Hiszpanii. Pokonali Pireneje, przekroczyli Rodan i wkroczyli do Galii. Przed nimi pozostawała ostatnia wielka przeszkoda – Alpy. Gdy po 15 dniach dramatycznej przeprawy zeszli do doliny Padu, Rzymianie zrozumieli, że wojna przybrała nieprzewidziany obrót. Kilka tygodni później Hannibal rozgromił ich nad Trebią. Później przyszły zwycięstwa nad Jeziorem Trazymeńskim i pod Kannami. Nigdy wcześniej republika nie znalazła się tak blisko katastrofy.
Hannibal fascynował największych wodzów Europy. Podziwiali go Pompejusz i Juliusz Cezar, którzy sami wielokrotnie prowadzili legiony przez Alpy. Jego wyczyn studiowali Konstantyn Wielki i Fryderyk Barbarossa. Nie krył zachwytu Napoleon Bonaparte. Kiedy w maju 1800 r. przeprawiał armię przez Wielką Przełęcz Świętego Bernarda, aby zaskoczyć Austriaków w północnych Włoszech, był przekonany, że powtarza jeden z najśmielszych manewrów militarnych starożytności, choć uważał, że Hannibal wybrał położoną bardziej na południe przełęcz Mont Cenis. Paradoks polega na tym, że choć marsz Hannibala należy do najlepiej znanych epizodów drugiej wojny punickiej, jego najważniejszy fragment pozostaje zagadką. Nie wiadomo bowiem, którą przełęczą Kartagińczycy przedostali się do Italii.
Najwięcej informacji zachowało się w dziele Polibiusza, cenionego za wyjątkową rzetelność greckiego historyka z II w. p.n.e. Twierdził on, że odtworzył przebieg wyprawy na podstawie relacji jej uczestnika. Rzymski historyk Tytus Liwiusz pisał o tych wydarzeniach półtora wieku później, ale jego tekst jest znacznie mniej precyzyjny. Nawet zestawione razem oba przekazy nie pozwalają jednak wskazać jednej przełęczy. Jak do tej pory nie pomogła też archeologia. Mimo wielu lat poszukiwań w Alpach nie odnaleziono żadnego artefaktu, który pozwoliłby zakończyć spór.
Prowadząc wielką armię
Przez długi czas tropili Hannibala głównie historycy, porównując zdanie po zdaniu relacje kronikarzy. Dwie dekady temu dołączyli do nich geolodzy i geomorfolodzy. W ostatnich latach pojawili się nawet mikrobiolodzy analizujący osady sprzed ponad 2 tys. lat, a teraz do tego niezwykłego grona dołączyli naukowcy, których mało kto spodziewałby się spotkać na tropie kartagińskiego wodza. Zajmują się tym, ile energii potrzebują ludzie, konie i słonie podczas marszu.
Według Polibiusza Hannibal porzucił najdogodniejszą drogę wzdłuż Morza Śródziemnego i po przeprawie przez Rodan pomaszerował w górę rzeki, docierając po czterech dniach w okolice dzisiejszej miejscowości Livron-sur-Drôme. Dopiero stamtąd skierował się ku Alpom. Była już połowa października. Dziewięć dni później dotarł do przełęczy, a po kolejnych sześciu dniach był już w dolinie Padu. Spieszył się. Chciał pokonać barierę górską, zanim Rzymianie zorientują się w jego zamiarach. Polibiusz pisze, że gdy Kartagińczycy dotarli na przełęcz, leżała tam gruba warstwa śniegu. Twierdzi też, że po drugiej stronie znajdowało się rozległe miejsce pozwalające rozbić obóz dla całej armii. I że właśnie tam Hannibal zgromadził wyczerpanych żołnierzy i – wskazując w dole równinę Padu – próbował ich przekonać, że największe trudności mają za sobą.
Te detale stały się dla współczesnych badaczy bezcennymi wskazówkami. Dwa szczegóły – rozległa równina poniżej głównej grani i wspaniały widok na dolinę Padu – wykluczyły wiele alpejskich przejść. Odpadały też wszystkie położone niżej, na wysokości mniejszej niż 2400–2500 m n.p.m., bo na nich w czasach Hannibala nie byłoby jeszcze śniegu pod koniec października. Badaczom pozostały dwie przełęcze: Col du Clapier (2491 m n.p.m.) i położona bardziej na południe Col de la Traversette (2947 m n.p.m.).
Niżej położona przełęcz Col du Clapier wydawała się rozsądniejszym wyborem dla dowódcy prowadzącego wielką armię. Innego zdania byli jednak dwie dekady temu geolog William Mahaney i geomorfolog Pierre Tricart. Opowiedzieli się za Traversette, wykazując, że o wiele lepiej pasuje do opisów Polibiusza. Relacjonował on bowiem m.in., że w drodze na przełęcz armia Hannibala wpadła w zasadzkę zastawioną przez górali w wielkim kanionie, a podczas drogi w dół żołnierze tonęli w świeżym śniegu, pod którym krył się lód, aż w końcu drogę zagrodziło im wielkie głazowisko. Dowódca nakazał wówczas zbudowanie ścieżki przez skały, po której mogłyby przejść także słonie. Mahaney i Tricart dowodzili, że jedynie droga na Traversette prowadzi przez głęboki kanion, a poniżej przełęczy zidentyfikowali głazowisko.
Zwolennicy Col du Clapier zwracają jednak uwagę, że prowadzi tam naturalny szlak biegnący doliną rzeki Isère. Za czasów Hannibala tereny te zamieszkiwało galijskie plemię Allobrogów, o którym wspomina Polibiusz. Zdaniem tych badaczy trudno znaleźć powód, dla którego wódz miałby wybrać trudniej dostępną i znacznie wyżej położoną Traversette. Mimo to Mahaney i Tricart upierają się przy swoim. Zaproszeni przez nich do współpracy mikrobiolodzy pobrali próbki osadów spod przełęczy. I odkryli w nich niezwykle wysokie stężenie bakterii charakterystycznych dla odchodów koni i mułów. Krytycy zwracali jednak uwagę, że podobne ślady mogły pozostawić późniejsze armie lub wielowiekowy wypas.
Najnowszy rozdział tej historii napisali badacze z University of Oxford i Friedrich-Schiller-Universität Jena w artykule opublikowanym w lipcu w „Proceedings of the National Academy of Sciences”. Emilio Berti i Fritz Vollrath nie próbowali odczytywać na nowo kronik Polibiusza ani szukać kolejnych śladów w alpejskich dolinach. Założyli, że Hannibal był przede wszystkim doświadczonym dowódcą i musiał doskonale wiedzieć, ile wysiłku kosztuje ludzi i zwierzęta marsz w trudnym terenie. Od powodzenia tej kalkulacji zależało przecież nie tylko przekroczenie Alp, ale też cała kampania przeciwko Rzymowi. Jeśli więc miał do wyboru kilka przełęczy prowadzących do Italii, najrozsądniej było wybrać tę, której pokonanie pochłonie najmniej sił.
Rachunek strat i zysków
Do rozwiązania problemu badacze wykorzystali narzędzia, jakich starożytni kronikarze z pewnością nie znali. Najpierw odtworzyli cztery najbardziej prawdopodobne trasy przeprawy przez Alpy. Następnie, korzystając z cyfrowych modeli ukształtowania terenu, obliczyli długość podejść i zejść oraz nachylenie stoków. Kluczowe okazały się jednak dane biologiczne. Od wielu lat fizjolodzy badają bowiem, ile energii zużywają słonie afrykańskie podczas poruszania się po terenie o różnym stopniu nachylenia. Podobne modele istnieją dla ludzi i koni. Po połączeniu tych informacji można było oszacować, jaki koszt energetyczny poniosłaby cała armia Hannibala, wybierając każdą z rozważanych przełęczy.
Wynik zaskoczył autorów badań. Spośród czterech analizowanych tras najmniej energii wymagało przejście przez Col de la Traversette. Pokonanie tej przełęczy kosztowałoby całą armię ok. 5,4 teradżula energii. Trasa przez Montgenèvre okazała się o 11 proc. bardziej wymagająca, przez Col du Clapier – o 16 proc., a przez Mont Cenis – niemal o 20 proc. Na pierwszy rzut oka różnice nie wydają się wielkie. Dla dowódcy prowadzącego przez góry kilkadziesiąt tysięcy ludzi i tysiące zwierząt oznaczały jednak dziesiątki ton dodatkowej żywności i większe ryzyko, że armia dotrze do Italii zbyt wyczerpana, by stoczyć bitwę.
Najciekawsze wnioski dotyczą jednak słoni, które od dawna uchodziły za najsłabsze ogniwo całej wyprawy. Intuicja podpowiada, że to właśnie one powinny najbardziej cierpieć podczas marszu przez wysokie góry. Modele pokazują jednak coś innego. Owszem, dorosły słoń potrzebuje każdego dnia ogromnych ilości pożywienia – na wolności nawet ok. 200 kg roślin. W Alpach nie miał szans znaleźć go w wystarczającej ilości. Aby na bieżąco uzupełniać wydatek energetyczny, musiałby spędzać na żerowaniu dodatkowych pięć, sześć godzin dziennie, co podczas forsownego marszu było niewykonalne. Badacze przyjęli więc, że podobnie jak ludzie i konie zwierzęta wykorzystywały zgromadzone wcześniej zapasy tłuszczu.
I tu pojawia się największa niespodzianka. Z obliczeń wynika, że żołnierze mogli utracić podczas przeprawy 19 proc. rezerw energetycznych, konie – ok. 11 proc., a słonie – zaledwie ok. 4 proc. Paradoksalnie, mogły znieść alpejską wyprawę lepiej niż ludzie. Jeśli Hannibal zdążył poznać możliwości tych zwierząt podczas wielomiesięcznego marszu przez Hiszpanię i południową Galię, mógł dojść do wniosku, że jego słonie są znacznie twardsze, niż mogłoby się wydawać. I najprawdopodobniej miał rację. Kilka tygodni później ok. 30 słoni wzięło udział w zwycięskiej bitwie nad Trebią, wywołując popłoch wśród rzymskich legionistów. Większość padła dopiero podczas wyjątkowo surowej zimy, jaka nadeszła po zakończeniu kampanii.
Czy to oznacza, że poznaliśmy miejsce alpejskiej przeprawy Hannibala? Autorzy są ostrożni. Ich obliczenia nie dowodzą, że kartagiński wódz przeszedł przez Col de la Traversette. Pokazują jedynie, że spośród wszystkich analizowanych przełęczy właśnie ta wymagała najmniejszego wysiłku od ludzi i zwierząt. Gdyby więc Hannibal kierował się rachunkiem strat i zysków, wybór wydaje się logiczny. Logika to jednak jeszcze nie dowód. Tego niepodważalnego wciąż brakuje: punickiej monety, fragmentu uzbrojenia, kości żołnierza (albo słonia). Dopóki coś takiego się nie znajdzie, alpejska przeprawa Hannibala pozostanie jedną z największych nierozwiązanych zagadek historii wojskowości.