Amerykańskie małże słodkowodne znalazły się na skraju zagłady. Odpowiedź na pytanie, dlaczego, nie jest jednoznaczna
Przez moją maskę do pływania widziałem, że obiekt, który wskazuje palcem Wendell Haag, znajduje się około pół metra pode mną, na dnie rzeki. Nie od razu jednak dostrzegłem, że to coś żyje. Wyglądało bowiem jak kamień pokryty szarawą mazią. Znajdowaliśmy się w południowym odgałęzieniu rzeki Kentucky, a ja klęczałem, podpierając sie rękami, z twarzą zanurzoną w wodzie i uniesionym tyłem tułowia – w dość niezgrabnej pozie, której nauczyłem się od biologów zajmujących się małżami, takich jak Haag. W końcu po długim wpatrywaniu się w dno, rozpoznałem małża. Był w większości zagrzebany w mule rzecznym i wystawiał z niego koniec ciała, a muszla była lekko uchylona. Wokół tej ciemnej szczeliny zwisały mięsiste wypustki, które falowały w nurcie rzeki niczym proporce. W ten właśnie sposób małż Lampsilis cardium polował na ryby z rodzaju Micropterus.
Okazuje się bowiem, że okoń mógłby wziąć te wypustki za nadającą się do zjedzenia małą rybkę. Wtedy rzuciłby się na przynętę, po czym zamiast pokarmu w jego otworze gębowym wylądowałaby porcja larw małża: tysiące dwuklapowych „wampirów” mniejszych niż ziarenka soli, z których część natychmiast przyczepiłaby się do skrzeli ryby i zaczęła żywić jej krwią.
Kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o tej sztuczce, zacząłem inaczej – i z większym szacunkiem – patrzeć na tego mięczaka. I nie tylko na niego: w Ameryce Północnej udokumentowano około 300 gatunków słodkowodnych małżów. Wszystkie są bezmózgimi bezkręgowcami. Większość życia spędzają zakotwiczone w dnie rzek, odfiltrowując z przepływającej wody glony i bakterie. Zarazem wszystkie wykorzystują ryby do rozprzestrzeniania swojego potomstwa, a większość z nich stosuje przy tym złożone strategie. Niektóre małże, jak Lampsilis cardium, skłaniają rybę do ugryzienia przynęty pełnej larw; inne najpierw zaciskają klapy swojej muszli na głowie ryby i „wstrzeliwują” młode do jej jamy gębowej. Larwy przez kilka tygodni pozostają przyczepione do skrzeli ryby, przeobrażając się w młodociane małże, które odczepiają się i opadają na dno rzeki. Często – i o to właśnie chodzi w tym mechanizmie – dzieje się to powyżej miejsca, w którym zaczęła się ich przygoda z rybą.
Małże słodkowodne wyewoluowały z małżów morskich ponad 200 mln lat temu, zasiedlając rzeki dzięki temu, że wykorzystywały ryby do przenoszenia swoich larw w górę ich nurtu. Morskie małże są dla nas przysmakiem. O istnieniu małżów słodkowodnych większość ludzi nawet nie wie. Żyją one przez dziesięciolecia, w niektórych przypadkach – ponad sto lat.
Ale obecnie gatunki słodkowodne zanikają. Około jednej dziesiątej z 300 występujących w Ameryce Północnej już wyginęło, a jedna trzecia pozostałych znajduje się na listach organizmów zagrożonych lub narażonych na wyginięcie. Rzecz jest bardziej zagadkowa, niż mogłoby się wydawać. Chociaż przestaliśmy budować zapory niszczące siedliska małżów i zmniejszyliśmy zanieczyszczenie rzek, większość populacji nadal się kurczy. Naukowcy nie są pewni, dlaczego tak się dzieje. „Mamy do czynienia z katastrofą środowiskową i tak naprawdę nie wiemy, co ją powoduje” – powiedział mi Haag.
Haag należy do niewielkiej społeczności badaczy, którzy próbują temu zapobiec. W kilku stanowych laboratoriach na południowym wschodzie USA – regionie o światowym znaczeniu pod względem różnorodności małżów – naukowcy opracowali metody rozmnażania rzadkich gatunków w niewoli, a następnie ich wypuszczania na wolność. Haag kieruje badaniem prowadzonym w 13 stanach i obejmującym około 90 strumieni i rzek, którego celem jest znalezienie przyczyny tych, jak to określa, „enigmatycznych spadków liczebności”. Jego zdaniem wciąż istnieje nadzieja na odwrócenie tego trendu.
Zeszłego lata zanurzyłem się wraz z Haagiem – ekologiem wód słodkich z U.S. Forest Service – w czterech różnych rzekach stanu Kentucky. Najpierw pokazał mi strumień Rolling Fork, który dotąd uniknął poważnego spadku populacji małżów. Płynie on przez południowy skraj regionu Bluegrass. Populacje małżów w tym strumieniu są wciąż tak bogate, jak w latach 80., gdy były one powszechne. To wtedy Haag wybrał swoją życiową drogę. Leżąc w tej płytkiej rzece, nawet ja byłem w stanie zauważyć sześć różnych gatunków na powierzchni jednego metra kwadratowego dna. Haag zidentyfikował ich znacznie więcej. „Dosłownie chodzimy tu po małżach” – stwierdził.
Piżmaki amerykańskie są jeszcze lepszymi łowcami małżów niż Haag, a na żwirowej plaży ocienionej przez platany zostawiły dla nas pokaźny zbiór pustych muszli. W ciągu 20 minut Haag zebrał ponad 20 gatunków. Różniły się kształtem – od owalnych po niemal trójkątne – oraz fakturą, od gładkiej po pofałdowaną i guzowatą. Największy z nich był Megalonaias nervosa o długości 15 cm. Ten gatunek może osiągać rozmiary talerza obiadowego
Z zewnątrz muszle miały barwy zanurzonych w wodzie kamieni – od najciemniejszego brązu przez odcienie od płowych do zielonkawożółtawych. Wewnątrz jednak wszystkie wyściełała lśniąca masa perłowa. Migocąc w słońcu, wyglądała nieziemsko. W niektórych muszlach była czysto biała, w innych bladożółta lub różowa, a w jednej smukłej, młodej muszli niedużego małża przybierała głęboki odcień luksusowej purpury. Ta uderzająca piękność – jak zauważył Haag – nie ma żadnego znanego celu. Nikt jej nie widzi, dopóki małż żyje.
W całej Europie występuje zaledwie 16 gatunków słodkowodnych małżów. Tymczasem na tym jednym odcinku rzeki Rolling Fork żyje ich około 35. „Kiedy schodzisz nad rzekę i zanurzasz się w wodzie, powinieneś zobaczyć to bogactwo” – stwierdził Haag, gdy opuszczaliśmy to miejsce.
Następnego dnia w potoku Horse Lick Creek płynącym przez płaskowyż Cumberland zobaczyliśmy jednak coś zupełnie innego. Pod koniec lat 80., kiedy Haag po raz pierwszy przeprowadził inspekcję Horse Lick, było w nim kilkadziesiąt gatunków małżów Teraz po ponad godzinie poszukiwań w przejrzystych bystrzach i głębokich zacienionych basenach nie znaleźliśmy ani jednego małża – żywego ani martwego. Haaga to nie zaskoczyło, ale mimo to wydawał się poruszony. „Trudno uwierzyć, że kiedykolwiek były tu małże – powiedział. – Nie ma po nich żadnego śladu – zaczynam nawet wątpić we własną pamięć”. Jednak dane potwierdzają, że doszło tu do zagłady.
Według Haaga wszyscy biolodzy zajmujący się małżami słodkowodnymi „zmagają się z poczuciem straty i dramatu”. Todd Amacker, biolog z Tennessee Valley Authority (TVA), który zaraził mnie zainteresowaniem małżami, odbył kiedyś wiele podróży po południowym wschodzie USA, fotografując wymarłe gatunki w kolekcjach muzealnych; jego plakat przedstawiający 23 z nich wisi dziś w klasach szkolnych w całym regionie. „Studiowanie życia biologicznego jest dla mnie nie tylko nauką – mówi Amacker. – To także docenianie piękna i mierzenie się ze stratą.” W 2017 roku David Strayer, ekolog wód słodkich z Cary Institute of Ecosystem Studies w stanie Nowy Jork, opublikował artykuł zatytułowany „Ile warte są słodkowodne małże?”. Wymienił w nim wszystkie możliwe powody, dla których moglibyśmy cenić małże. Między wierszami tego rzeczowego, filozoficznego wywodu skrywa się stłumiony, niemal słyszalny ból.
Odpowiedź na pytanie Strayera była kiedyś prostsza: małże słodkowodne miały bezpośrednią wartość gospodarczą. Rdzenni Amerykanie jedli je w dużych ilościach i używali ich muszli jako motyk oraz skrobaków. Amerykanie pochodzenia europejskiego nigdy nie polubili ich smaku, który – wedle relacji Haaga – waha się pomiędzy mdławym a wręcz odrażającym. Jednakże od połowy XIX wieku wyławiali małże tysiącami, licząc na to, że w którymś z nich znajdą cenną perłę.
Te „gorączki perłowe” bledną jednak w porównaniu z boomem na małże zapoczątkowanym przez Johanna Boepplego, producenta guzików z Niemiec. Boepple odkrył, że z masy perłowej jednej dużej muszli można wyciąć wiele pięknych guzików. W 1891 roku założył zakład w Muscatine w stanie Iowa, w pobliżu bogatych łowisk małżów w rzece Missisipi. Dekadę później w mieście działały już dziesiątki fabryk guzików, a boom rozprzestrzeniał się w górę i w dół Missisipi oraz jej dopływów. Haag w swojej książce z 2012 roku zatytułowanej North American Freshwater Mussels szacuje, że w latach 1895–1950 co najmniej 11 mld muszli małżów przerobiono na guziki. Zanim tanie plastikowe guziki zakończyły tę rzeź, nasi dziadkowie i pradziadkowie nosili na ubraniach fragmenty muszli. W tamtym czasie ich wartość była więc oczywista.
Co zaskakujące, jak zauważa Haag, przemysł guzikarski wyrządził stosunkowo niewielkie trwałe szkody: gdy małżów zaczynało brakować w jednym miejscu, zbieracze przenosili się gdzie indziej, dzięki czemu populacje z czasem się odradzały. Znacznie większe szkody wyrządziliśmy małżom nieumyślnie. Ich populacje na południowym wschodzie USA i w całym kraju zostały trwale zdewastowane w wyniku XX-wiecznego boomu na budowę zapór.
Zapory przekształciły rzeki Tennessee, Cumberland, Ohio i górny bieg Missisipi w łańcuchy sztucznych zbiorników. Choć niektóre małże potrafią żyć w mulistym dnie takich akwenów, większość preferuje płytkie, żwirowe dna rzek – a zapory zniszczyły setki kilometrów takich pierwotnych siedlisk. Miejscowość Muscle Shoals w stanie Alabama, słynąca ze studiów nagraniowych, prawdopodobnie zawdzięcza swoją nazwę (z błędem w pisowni) kilkudziesięciokilometrowemu odcinkowi rzeki Tennessee, który niegdyś był domem dla co najmniej 70 gatunków małżów. Dziś pozostała mniej niż połowa z nich, ponieważ bystrza zniknęły, zalane przez trzy tamy zbudowane w latach 20. i 30. XX wieku. Haag szacuje, że zapory odpowiadają w przybliżeniu za dwie trzecie z około 30 wymierań, które dotknęły małże północnoamerykańskie w XX wieku.
Dlaczego powinniśmy się tym przejmować? Po pierwsze, małże są gatunkami kluczowymi dla ekosystemu. Filtrują pokarm z wody, a odpady transferują do osadów dennych, gdzie stają się one pożywieniem dla niezliczonych organizmów. Same małże są zjadane przez ryby, ssaki, takie jak piżmaki i szopy, a także przez kaczki i inne ptaki. Po drugie, zdrowe populacje małżów przynoszą nam pośrednie korzyści. Obliczono, że małże na jednym 500-kilometrowym odcinku górnego biegu Missisipi filtrują ponad 50 mld litrów wody dziennie – około 75 razy więcej niż oczyszczalnia ścieków Minneapolis–Saint Paul. Gdybyśmy nadal mieli populacje małżów sprzed epoki kolonialnej, wszystkie rzeki wschodniej części USA byłyby dziś znacznie bardziej przejrzyste i zapewne też znacznie czystsze.
Jak zauważa Strayer, problem z ocenianiem małżów głównie przez pryzmat ich zdolności do oczyszczania wody polega na tym, że racicznica zmienna (Dreissena polymorpha) – gatunek inwazyjny – radzi sobie z tym jeszcze lepiej. W rzece Hudson, gdzie prowadzi badania Strayer, całkowicie zastąpiła ona rodzimych małżów słodkowodnych (z którymi nie jest blisko spokrewniona). Woda stała się bardziej przejrzysta. Jednak biolodzy – i zapewne większość z nas – woleliby zachować rodzimą faunę. Ustawa Endangered Species Act (ESA) z 1973 roku zobowiązuje do podejmowania takich prób.
Dlatego najsolidniejszą podstawą do oceniania wartości małżów nie jest to, co robią dla nas, lecz to, czym są w całej swojej osobliwej egzystencji – Strayer nazywa to „wartością istnienia”. W Bear Creek w północno-zachodniej Alabamie Amacker pokazał mi dwa duże małże należące do różnych gatunków, które wymijały się, poruszając w przeciwnych kierunkach. Sam ich ruch był ledwie dostrzegalny – małże poruszają się, wysuwając umięśnioną stopę, a następnie podciągając ciało do przodu, może o pół centymetra na raz, robiąc przy tym długie przerwy. Jednakże oba osobniki przesuwały na boki kamyki o połowę od siebie większe, pozostawiając wyraźne ślady w żwirze. Dokąd zmierzały, podejmując tak znaczny wysiłek, i po co? Biolodzy zajmujący się małżami nie potrafią jeszcze odpowiedzieć na takie pytania. Badania nad tymi organizmami zaczęły się na dobre dopiero po przyjęciu ustawy ESA.
Ludzie poświęcający czas tym mało znanym stworzeniom także, jak mi się zdaje, są wartościowi; są dowodem na to, że nasz gatunek zasługuje na uznanie. Amacker opowiedział mi o listonoszu z Cleveland, który nazywał się Herbert Athearn i w wolnym czasie zbierał małże w całej południowo-wschodniej części USA, skrupulatnie dokumentując miejsca ich występowania. Z czasem, gdy dwa jego małżeństwa się rozpadły, wypełnił niewielki dom gablotami pełnymi muzealnych okazów małżów. Przed śmiercią w 2011 roku przekazał to swoje domowe muzeum do North Carolina Museum of Natural Sciences w Raleigh. Zbiór stał się bezcennym źródłem informacji dla biologów zajmujących się małżami. „Athearn zbierał swoje okazy w latach 50., 60. i 70. XX wieku, a więc wtedy niektóre gatunki właśnie zaczynały znikać – mówił. – Gdyby nie on, nie wiedzielibyśmy, że w ogóle występowały w tej lub innej rzece”. Innymi słowy, bez tej wiedzy naukowcy nie wiedzieliby, co należy przywrócić w konkretnym cieku wodnym.
Gdy Haag studiował na uniwersytecie w połowie lat 80., spędził dwa lata, pracując dla Kentucky State Nature Preserves Commission – zajmował się występowaniem małżów w stanowych rzekach. Do tego czasu zapory wyeliminowały już wiele gatunków z rzeki Cumberland, a Horse Lick Creek, wpadający do Rockcastle – odnogi Cumberland nieprzegrodzonej zaporami – był znany jako schronienie dla niektórych z nich. Jednak Haag już wtedy zauważył, że większość tamtejszych osobników była dość stara. W latach 90. zaczęły one wymierać. „Ten proces w zasadzie zakończył się około 2005 roku – mówi Haag. – Widziałem to zanikanie małżów na własne oczy i je dokumentowałem.” Podobnie stało się w rzece Rockcastle i w całym południowym wschodzie USA, szczególnie w mniejszych rzekach wyżynnych.
Co spowodowało ten kryzys? Budowa zapór praktycznie ustała w połowie lat 80., a jakość wód ogólnie poprawiała się od czasu uchwalenia w 1972 roku ustawy Clean Water Act, która wprowadziła limity zrzutów ścieków komunalnych i przemysłowych. Również zmiana klimatu nie wydawała się prawdopodobną przyczyną: nie jest jasne, czy temperatury tych rzek rzeczywiście wzrosły, ale wyższa temperatura zwykle sprzyja szybszemu wzrostowi małżów.
Oczywiście nawet mimo Clean Water Act wiele cieków nadal jest zanieczyszczonych. Z pól uprawnych spływają nawozy i pestycydy; z odkrywkowych kopalń węgla wypłukiwane są metale ciężkie. Deszcze erodują glebę z pól i placów budowy, zasypując dna rzek osadami. Powszechna opinia głosiła, że za dalszy spadek liczebności małżów musi odpowiadać jakaś kombinacja tych czynników. Haag ustalił jednak, że istnieje bardzo niewiele danych potwierdzających to założenie.
Prowadząc badania rzeki Rockcastle, gdzie za spadek populacji małżów obwiniano górnictwo węgla, pewnego dnia Haag doznał olśnienia. Przeszukując dno, natrafiał na skupiska azjatyckiego gatunku Corbicula fluminea. Ten inwazyjny osobnik był mu dobrze znany – spotykał go w niemal każdym cieku wodnym w ciągu całej swojej kariery. Obecność intruza została odnotowana po raz pierwszy w 1938 roku w stanie Waszyngton. Od tego czasu rozprzestrzenił się on na kontynencie; dziś występuje już w 47 amerykańskich stanach. Zielonkawożółte i niewielkie małże – zwykle mają około 2 cm średnicy – potrafią się tak rozmnożyć, że zapychają ujęcia wody w elektrowniach. Nierzadko występują w zagęszczeniach sięgających tysięcy osobników na metr kwadratowy.
„Pamiętam, jak leżałem w rzece, gdy nagle zacząłem się zastanawiać, dlaczego przez cały czas ignorowaliśmy ten fakt. Te obce małże są tak liczne, że nie mogły nie wpłynąć na rodzimą faunę. Ale jak?” – opowiadał mi Haag, kiedy wracaliśmy znad Rockcastle zeszłego lata. Będąc doktorantem na Ohio State University regularnie nurkował w jeziorze Erie. Gdy w 1988 roku pojawiły się w nim racicznice – w krótkim czasie oczyściły mętną wodę. „Nagle widzialność w niej znacznie wzrosła” – wspomina. Ale inwazyjny małż oczyścił też jezioro z rodzimych gatunków. Haag uważa, że podobny skutek mogło dać pojawienie się intruzów z Azji, gdy w latach 60. zaczęły się rozprzestrzeniać w rzekach i potokach Południowego Wschodu USA. Tyle że w tamtym czasie było za mało biologów zajmujących się małżami, by to zauważyć.
W 2018 roku Haag i jego współpracownicy przeprowadzili eksperyment w 17 miejscach na rzece Rockcastle i jej dopływach. W czerwcu umieścili młode, hodowane w niewoli małże na dnie rzeki, zamknięte w małych betonowych silosach, przez które mogła przepływać woda. Przez całe lato wielokrotnie badali jakość wody, a na końcu powrócili, by zebrać małże. Wtedy zmierzyli też liczebność azjatyckiego gatunku na wszystkich stanowiskach. W niektórych miejscach małże rosły znacznie wolniej niż w innych. Niska temperatura wody spowalniała ich wzrost, ale nie było dowodów na zanieczyszczanie wody przez kopalnie węgla, ani też na to, że wolniejszy wzrost był związany z jakąś zmianą chemizmu wody. Istniała natomiast silna korelacja z liczebnością małżów azjatyckich.
Haag kontynuuje te badania, tyle że na znacznie większą skalę. Jest to największe dotąd przedsięwzięcie mające na celu rozwiązanie zagadki spadku liczebności małżów słodkowodnych na terenie USA. W ciągu trzech lat jego zespół zebrał dane z około 90 rzek w 13 stanach – od Minnesoty po Georgię. Naukowcy ze wszystkich stanów zgłosili się do współpracy. Erin McCombs, biolog zajmująca się małżami, pracująca obecnie w American Rivers, organizacji ekologicznej z siedzibą w Waszyngtonie, zdobyła finansowanie w wysokości 1,3 mln dolarów od BAND Foundation, Fundacji Rodziny Merck oraz z agencji federalnych.
Tym razem oprócz wypuszczania hodowanych w niewoli młodych małżów zespół Haaga ocenił także istniejące już społeczności małżów w każdej rzece. Monitorowano obecność glonów, dostawy osadów dennych i inne zmienne mogące wpływać na kondycję mięczaków. Od badaczy stanowych pozyskano dane dotyczące składu chemicznego wody oraz stanu zdrowia populacji ryb i owadów w poszczególnych rzekach.
Haag wciąż analizuje ogromny zbiór danych. Przestrzega jednak, że nawet on może nie doprowadzić do jednoznacznego wyjaśnienia zagadki spadku liczebności małżów. Chociaż według niego żaden z typowych potencjalnych czynników, takich jak pestycydy czy nadmierne zamulanie, zapewne nie okaże się główną przyczyną kryzysu. Na razie jedynym czynnikiem, który występuje w większości rzek dotkniętych tajemniczym zjawiskiem, jest obecność C. fluminea. „Jestem raczej pewien, że winowajcami są małże azjatyckie” – mówi Haag. Gdy już znajdą w rzece dobre warunki do życia, gwałtownie zwiększają liczebność i mogą wtedy konsumować tak dużo dostępnego pokarmu, że dla młodych osobników rodzimych gatunków niewiele już zostaje.
Alternatywnie małże azjatyckie mogą przenosić nowy wirus lub inny patogen. Idea ta pojawiała się w ostatnich latach w mediach. Od 2016 roku rzeka Clinch w południowo-zachodniej Wirginii była wielokrotnie dotykana nagłymi masowymi wymieraniami rodzimych małżów – ginęły tysiącami w ciągu paru tygodni. W 2020 roku Tony Goldberg, epidemiolog weterynaryjny z University of Wisconsin–Madison, i jego doktorant Jordan Richard zidentyfikowali nowy wirus u niektórych umierających osobników. Okazało się jednak, że był to fałszywy trop. Wirus, wykryty także w innych rzekach, wydaje się oportunistą atakującym małże już osłabione z innych przyczyn. „Nadal nie wiemy, co zabija małże w rzece Clinch” – mówi Goldberg. Nie wiadomo też, jak powiązać takie krótkotrwałe kryzysy z długoterminowymi spadkami populacji, które bada Haag.
Goldberg i Charlotte Ford, odbywająca staż podoktorski w jego laboratorium, analizują obecnie młode małże będące obiektem badań Haaga. Na razie nie znaleźli „ich masowego zabójcy”. Potwierdzili jednak niezwykłą osobliwość tych zwierząt: zamiast zwalczać wirusy, jak robią to kręgowce, małże wydają się raczej zawierać z nimi rozejm, w każdym razie podejmują takie próby. Naukowcy wykryli DNA należące do około 7 tys. wirusów wcześniej nieznanych u małżów. „Prawie wszystkie były nowe, co zdumiewa i wymyka się analizom” – komentuje Goldberg.
Niezależnie od przyczyny spadku liczebności małżów, Haag uważa, że zjawisko to jest związane z nimi samymi – to wydaje się już ustalone. Nie chodzi o to, że zdegradowaliśmy siedliska małżów na tysiąc różnych sposobów. Gdyby tak było, istniałaby korelacja pomiędzy kondycją małżów w danej rzece a innymi jej mieszkańcami – rybami i owadami, które również służą za wskaźniki zdrowia ekosystemu. „Rzecz w tym, że takiej korelacji nie ma” – powiedział mi Haag.
W pewnym sensie to dobry znak: małże nie są po prostu skazane na zagładę przez współczesną cywilizację. Potrafią żyć w świecie, który stworzyliśmy – pod warunkiem jednak, że dowiemy się, co je zabija, i zaczniemy odtwarzać utracone populacje.
W Alabamie, gdzie mieszkam, występuje 181 gatunków małżów – więcej niż w jakimkolwiek innym stanie. Spośród nich 63 są uznane za zagrożone lub narażone na wyginięcie. W stanowym ośrodku Alabama Aquatic Biodiversity Center, zespole niskich budynków i kilku stawów położonych na obrzeżach Marion, kierownik programu Paul Johnson wraz ze swoim niewielkim zespołem stara się powstrzymać wyginięcie najbardziej zagrożonych gatunków małżów, hodując je i wypuszczając z powrotem do rzek. „Paul to nasz bohater – mówi Tierra Curry, badaczka z organizacji ekologicznej Center for Biological Diversity. – Niektóre z tych gatunków wciąż istnieją na Ziemi tylko dzięki niemu”.
Procedura zaczyna się tam, gdzie małże wciąż jeszcze żyją w stanie dzikim, często jest to niewielki odcinek małej rzeki. Każdej wiosny zespół Johnsona wyrusza w takie miejsca, na przykład ku rzece Conasauga w Georgii zamieszkiwanej przez gatunek Medionidus parvulus, albo ku rzece Buttahatchee w stanie Mississippi, gdze żyje małż Epioblasma penita. Rozpoczyna się poszukiwanie samic z jajami. Znalezienie jakiegokolwiek zagrożonego małża jest trudne, ale znalezienie takiego, który jest „ciężarny”, jeszcze trudniejsze: trzeba ostrożnie uchylić muszlę, tylko tak, by sprawdzić, czy skrzela są wypełnione larwami. W rzece Buttahatchee zeszłej wiosny – jak relacjonuje Johnson – czterem osobom zajęło pół dnia znalezienie zaledwie dwóch ciężarnych osobników Epioblasma penita. W niektóre wiosny nie udawało się znaleźć żadnego.
W ośrodku przyglądałem się, jak biolog Michael Buntin ponownie otwiera jedną z tych ciężarnych samic i bardzo delikatnie za pomocą strzykawki przemywa jej skrzela wodą, aby wypłukać larwę. „Nie chcę jej skrzywdzić” – wyjaśnił. (Następnego dnia jego współpracownik jechał pięć godzin samochodem, aby odwieźć małża do jego domu w rzece.) Oglądane pod mikroskopem larwy były przezroczyste, ale już przypominały maleńkie dwuklapowe organizmy. Gdy Buntin posypał je solą w szalce Petriego, natychmiast się zamknęły, dowodząc tym samym, że żyją – i pokazując, jak wkrótce będą przyczepiać się do skrzeli ryb. „Teraz trochę rozgniewamy ryby” – powiedział Buntin.
W dużym hangarze, wypełnionym szumem pomp i bulgotem wody spływającej do setek zbiorników, Buntin przelał zawiesinę z larwami do małego, przezroczystego zbiornika, a następnie wrzucił do niego kilkadziesiąt ryb Percina caprodes z rodziny okoniowatych. To one są żywicielami małżów Epioblasma penita. W ciągu kilku minut wszystkie ryby miały już larwy przyczepione do skrzeli. Po kilku tygodniach larwy miały przekształcić się w młode małże, które opadną na dno zbiornika. Przez kolejny rok lub dłużej będą hodowane w szeregu pojemników, z których ostatni umieszczony jest w stawie zewnętrznym, aż osiągną rozmiary pozwalające na oznakowanie i wypuszczenie do środowiska.
Zanim pracownicy Johnsona w ogóle zaczną rozmnażać dany gatunek małża, muszą najpierw ustalić, jakiego żywiciela potrzebują jego larwy. Może to zająć wiele lat. W przypadku jednego gatunku musieli przetestować blisko 70 gatunków ryb. W należącym do stanu Kentucky ośrodku Center for Mollusk Conservation w Frankfort, gdzie Haag ma swoje biuro, dyrektor Monte McGregor opowiada mi, jak czasem omija takie trudności. Hoduje niektóre larwy małżów in vitro w inkubatorze, karmiąc je surowicą króliczą lub innym zamiennikiem krwi rybiej. Zastosował tę metodę wobec małża Epioblasma obliquata, którego populacja w jednej z rzek w stanie Ohio skurczyła się do pojedynczych osobników. Przy wsparciu U.S. Fish and Wildlife Service zespół McGregora postarał się zebrać jak najwięcej tych małżów. „I od tego momentu sami wychowywaliśmy zwierzęta” – opowiada. Dotychczas wypuścili do kilku rzek prawie 13 tys. osobników Epioblasma obliquata, tworząc nowe populacje.
Johnson nie dysponuje środkami, które umożliwiłyby mu stosowanie takich technik. Jego roczny budżet wynosi nie więcej niż 600 tys. dolarów – to mniej niż koszt jednego inkubatora. Mimo to on i jego współpracownicy, pracując w niedoinwestowanym i starzejącym się ośrodku, zdołali odtworzyć populacje co najmniej czterech gatunków małżów, w tym Hamiota perovalis. Sukces ogłasza się dopiero wtedy, gdy małże hodowane w niewoli zaczynają rozmnażać się na wolności. To wymaga czasu – potomstwo wyhodowanych małżów musi urosnąć tak, aby biolodzy mogli je wykryć. „To proces rozłożony na nie mniej niż dekadę” – mówi Johnson. W przypadku Epioblasma penita trwa to jeszcze dłużej. Niszczenie jest łatwiejsze niż odbudowa.
Jesienią ubiegłego roku Haag wysłał mi wideo z małżem, którego właśnie zobaczył w rzece Rockcastle w Kentucky. Od razu go rozpoznałem: to był Lampsilis cardium kuszący swoją przynętą. W Rockcastle i kilku innych rzekach w niektórych miejscach znów pojawiają się młode małże tego gatunku – twierdzi Haag. Niektóre gatunki mogą więc same powracać. Co ciekawe, populacja azjatyckich małżów, jak się wydaje, uległa załamaniu w tych samych miejscach. To może nie być przypadek.
Ale niektóre gatunki są dziś tak rzadkie, że nie będą w stanie się odbudować bez pomocy człowieka. Jesienią 2024 roku Amacker dowiedział się, że jego zespół otrzymał grant w wysokości 3,4 mln dolarów od U.S. Fish and Wildlife Service na wsparcie odbudowy sześciu rzadkich gatunków małżów. Celem jest ich usunięcie z listy gatunków zagrożonych. W jakiś sposób grant przetrwał w 2025 roku objęcie władzy przez administrację Trumpa. Amacker podkreśla, że przyznana kwota jest „bezprecedensowa”. Większość środków ma trafić do wylęgarni, takich jak te prowadzone przez Johnsona i McGregora.
W lipcu zeszłego roku pojechałem pewnego dnia spotkać się z Johnsonem nad strumieniem Big Canoe Creek, płynącym niecałą godzinę jazdy samochodem od mojego domu w Birmingham. Strumień uchodzi do rzeki Coosa, a właściwie do jeziora Neely Henry, jednego z wielu zbiorników utworzonych w XX wieku przez przedsiębiorstwo energetyczne Alabama Power. Zapory doprowadziły do zagłady ponad 30 gatunków ślimaków i co najmniej trzech gatunków małżów. „Prawdopodobnie było ich znacznie więcej. Jeśli coś nie zostało opisane, to nie wiesz nawet, że zostało utracone” – stwierdził Johnson. Jednak Big Canoe Creek pozostał prawdziwą ostoją małżów. Johnson próbuje obecnie przywrócić tam gatunek Medionidus parvulus.
Tego dnia towarzyszyła mu Brittany Barker-Jones, biolożka z U.S. Fish and Wildlife Service odpowiedzialna za ten gatunek, a także kilku lokalnych przyjaciół rzeki. Jeden z nich Doug Morrison zarządza rezerwatem przyrody o powierzchni 170 ha znajdującym się kilka kilometrów w górę rzeki, otwartym dla zwiedzających w 2023 roku. Opowiedział mi, że w roku 2013 przyczynił się do rozebrania przez U.S. Fish and Wildlife Service przegrody na rzece powstałej w XIX wieku przy młynie wodnym. Znajdowała się około 100 m powyżej miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Wkrótce ten odcinek strumienia stał się ponownie doskonałym siedliskiem dla ryb i małżów. „Ludzie próbują odzyskać zlewnie swoich rzek i poprawić ten kawałek świata, w którym żyją” – mówił mi Johnson, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy kilka lat temu.
Przedzieraliśmy się w górę rzeki do jej całkowicie zacienionego odcinka. Johnson i Barker-Jones znaleźli kilka oznakowanych małżów, które wypuścili w poprzednich latach. Pierścienie na ich muszlach pokazywały, że od tego czasu wyraźnie urosły. Następnie przeszliśmy do wykonania głównego zadania, które Johnson i inni biolodzy nazywają „wypuszczaniem na wolność” – w końcu małże to dzikie zwierzęta, ale bardziej przypomina to sadzenie roślin. Johnson wydobył niebieską torbę z siatki z 322 osobnikami Medionidus parvulus. Miały rozmiary migdałów i barwę dębowego drewna z zielonkawymi refleksami. Lśniły. Barker-Jones zaniosła je na tacce do strumienia. Towarzyszyli jej Granger Waid, przyjaciel rzeki, i jego dziesięcioletnia córka, Mary Grace. Zaczęli powoli przemieszczać się w dół rzeki niczym siewcy na polu; umieszczali w rzece po jednym małżu naraz – biolog w piance, ojciec w bluzie z kapturem i mała blondynka w szortach.
Johnson i ja zmienialiśmy ich od czasu do czasu. Tego letniego dnia woda w strumieniu była wartka i przyjemnie chłodna. Delikatnie rozgarniałem palcami drobny żwir i układałem na nim małża. Zajęcie dawało mi olbrzymią satysfakcję – trzeba było tylko uważać, aby nie położyć małża złą stroną, bo wtedy mógłby się udusić. „Ostry koniec muszli do góry, zaokrąglony do dołu” – przypominał mi Johnson. Przyszłość tych stworzeń była teraz w naszych rękach.