Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Struktura

Spór o listę czasopism, czyli o to, czy polska nauka ma być lokalnym kręgiem wzajemnej adoracji, czy globalną rozmową.

Nauka polską racją stanu! Badacze apelują o wzrost finansowania
Opinie

Nauka polską racją stanu! Badacze apelują o wzrost finansowania

W projekcie budżetu na 2026 r. konieczność nakładów na obronność stała się argumentem dla cięć w innych obszarach. Także w nauce. Gdzie tu logika?

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapowiedziało nowe zasady ewaluacji naukowej. I rozpętała się burza. Awantura na temat nowej listy czasopism i wydawnictw wygląda z zewnątrz jak typowa akademicka dyskusja o detalach. A jednak nią nie jest. [Artykuł także do słuchania]

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapowiedziało nowe zasady ewaluacji naukowej. I rozpętała się burza. Awantura na temat nowej listy czasopism i wydawnictw wygląda z zewnątrz jak typowa akademicka dyskusja o detalach. A jednak nią nie jest. To spór o definicję tego, czym w ogóle jest nauka w Polsce – i komu wolno tę definicję ustalać.

Ministerstwo proponuje system, w którym polskojęzyczne czasopisma i krajowe wydawnictwa mają otrzymać punktację porównywalną z czołowymi periodykami i oficynami międzynarodowymi. Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie: doceńmy to, co nasze. Jednak za tym hasłem kryją się dwa zupełnie różne postulaty, celowo lub przez niedbalstwo ze sobą zmieszane. Pierwszy jest uzasadniony. Drugi – destrukcyjny.

Zacznijmy od tego, co jest prawdą. Część dyscyplin humanistycznych z natury rzeczy funkcjonuje przede wszystkim w obiegu krajowym i nie ma w tym niczego złego. Historyk badający lokalne archiwa sejmikowe z XVII w., prawnik analizujący orzecznictwo polskich sądów administracyjnych, filolog pracujący nad recepcją Brunona Schulza – piszą po polsku, bo ich odbiorcy i źródła są polskie. Badania tego rodzaju mają swój naturalny obieg i ten obieg jest lokalny. To oczywistość, którą uznają nawet najbardziej zagorzali zwolennicy umiędzynarodowienia.

Dobry obieg krajowy

Tyle że z tej słusznej obserwacji wyciąga się wniosek absurdalnie szeroki: skoro niektóre badania humanistyczne sensownie funkcjonują lokalnie, to cały system powinien premiować publikowanie w kraju. Socjologia, psychologia, ekonomia, zarządzanie, nauki o komunikacji, a nawet znaczna część historiografii czy filozofii – to dyscypliny, w których zamknięcie się w krajowym obiegu nie jest „ochroną tożsamości”, lecz rezygnacją z udziału w globalnej rozmowie naukowej.

Resort uzasadnia reformę potrzebą „ratowania” polskojęzycznego publikowania, rzekomo zagrożonego. Dane mówią coś dokładnie przeciwnego. W poprzedniej ewaluacji nauk społecznych i humanistycznych około trzech czwartych zgłoszonych publikacji było w języku polskim. W niektórych dyscyplinach – ponad 80 proc.!

Jeśli w naukach społecznych i humanistycznych mały procent dorobku ewaluacyjnego stanowią publikacje w realnym obiegu międzynarodowym, to trudno twierdzić, że język polski jest zagrożony. Pytanie, które powinniśmy sobie zadawać, brzmi inaczej: czy system, w którym przytłaczająca większość badaczy nigdy nie wystawia swoich prac na ocenę międzynarodową, tworzy naukę zdolną odpowiadać na realne problemy?

Badania porównawcze wzorców publikacyjnych w naukach społecznych i humanistycznych w Europie pokazują, że kraje o silniejszej orientacji międzynarodowej osiągają też lepsze wyniki w pozyskiwaniu grantów europejskich i w rankingach cytowań. Korelacja to nie przyczynowość, ale wzorzec jest wyraźny.

Propozycja, by monografie wydane w krajowych oficynach wyceniać punktowo na tym samym poziomie, co książki opublikowane np. w Yale University Press, jest z gruntu absurdalna. Wydanie książki w czołowym wydawnictwie międzynarodowym wymaga wielomiesięcznego, czasem wieloletniego procesu recenzyjnego, w którym tekst oceniają niezależni eksperci z całego świata, i to tylko jeśli redakcja wydawnictwa zdecyduje się wysłać go do oceny po ostrej selekcji nadesłanych propozycji. Rywalizacja o miejsce w katalogu jest mordercza. Wydanie monografii w wielu polskich wydawnictwach naukowych? Bywa, że wystarczy złożyć maszynopis i opłacić publikację. System punktacyjny, który nie rozróżnia tych poziomów, nie jest „demokratyczny” ani „sprawiedliwy”, lecz po prostu ślepy.

Autorzy Manifestu Lejdejskiego, dokumentu stanowiącego punkt odniesienia dla polityki bibliometrycznej na świecie, wprost ostrzegają przed konstruowaniem wskaźników, które zachęcają do gry systemem zamiast do poprawy jakości badań. Zrównanie krajowej monografii z publikacją w prestiżowym wydawnictwie międzynarodowym to dokładnie ten rodzaj błędu.

Tu dochodzimy do sedna problemu, o którym w debacie mówi się najrzadziej. Za postulatem „docenienia polskich czasopism i wydawnictw” kryje się – obok uzasadnionej troski o humanistykę – coś znacznie mniej szlachetnego: interes osób i środowisk.

Szara strefa nauki

W polskim systemie akademickim istnieje rozległa szara strefa nauki pozorowanej. Są czasopisma, w których recenzja to formalność – redaktor zna autora, autor zna recenzenta, recenzent wie, że następnym razem role się odwrócą. Są wydawnictwa, które opublikują niemal każdy tekst – pod warunkiem że ktoś za to zapłaci lub że autor jest „z kręgu”. Są całe ścieżki kariery zbudowane na publikacjach, których nikt poza autorem i dwoma recenzentami nie przeczytał – a i ci recenzenci niekoniecznie przeczytali uważnie. To nie jest marginalne zjawisko. W systemie, w którym trzy czwarte publikacji w naukach społecznych i humanistycznych nigdy nie opuszcza krajowego obiegu, skala tego procederu nie jest trywialna.

Ludzie, którzy zbudowali swoje kariery w ten sposób, mają racjonalny interes w tym, by system ewaluacji nie rozróżniał zbyt wyraźnie między publikacją poddaną ostrej międzynarodowej selekcji a tekstem wydanym po znajomości w lokalnym periodyku. Nie umiejąc uprawiać nauki, a chcąc wykazać się międzynarodowo, w ostatnich latach rozpaczliwie rzucili się do publikowania w zagranicznych czasopismach drapieżnych, ale chętniej wróciliby do łowienia w lokalnym mętnym stawie, w którym wszystkich znają, a wszyscy znają ich.

Dla nich podwyższenie punktacji krajowych czasopism to nie „ochrona polskiej kultury”. To ochrona własnej pozycji w hierarchii prestiżu i władzy akademickiej. Pozwala im dalej zasiadać w komisjach, recenzować habilitacje, decydować o awansach – z dorobkiem, który w międzynarodowym obiegu nie miałby żadnej wartości. Najgorsze, że system ten się replikuje: podejmując decyzje w kwestiach awansu, zatrudnienia czy grantów, będą uznawać za najlepszych tych, którzy produkują wyroby naukopodobne, aby umacniać własną legitymizację. Dlatego w wielu dyscyplinach pomysł, aby demokratycznie wypytać środowisko, jakie publikacje są najwięcej warte, jest z piekła rodem. To przecież nie tylko walka o symboliczny prestiż, ale też o bardzo realne zasoby: pensje, nagrody, lepsze warunki zatrudnienia.

Najbardziej szkodliwe w całej tej debacie jest narzucone fałszywe przeciwstawienie: albo „zachodnie mody” i pogarda dla polszczyzny, albo „ochrona krajowej kultury naukowej”. Tymczasem rozwiązanie leży po prostu w uczciwym rozróżnieniu. Istnieją konkretne propozycje, wielokrotnie zgłaszane: trójpodział na listę opartą na międzynarodowych bazach (Scopus, Web of Science), listę obejmującą inne indeksowane bazy (np. ERIH+ dla specyfiki humanistycznej) oraz odrębną listę wydawnictw krajowych z niższą, ale jasno zdefiniowaną punktacją i proporcjami. Proste, tanie, przejrzyste.

Można by też wydzielić dyscypliny, w których lokalne publikacje powinny być szczególnie cenne. Łatwo też można sobie wyobrazić wymóg, aby w każdym okresie ewaluacyjnym opublikować jedną pracę polskojęzyczną, której punktacja powinna jednak zachowywać elementarne proporcje wobec wysiłku i skali osiągnięcia.

Wreszcie, jeżeli problemem jest wyłonienie gremiów eksperckich do stworzenia rankingów czasopism i wydawnictw, wystarczy zapytać osoby, których wybitność jest niekwestionowana – choćby laureatów grantów ERC czy innych prestiżowych nagród, nie organizując jednak ogólnokrajowego plebiscytu. Oczywiście wykorzystanie komitetów PAN jest jakimś rozwiązaniem, ale nie dotyczy fundamentalnej kwestii: koniec końców ktoś musi odważnie wziąć odpowiedzialność za reguły, które poprawią sytuację, a nie ją pogorszą.

Potrzeba profesjonalizacji

Nauka w języku polskim potrzebuje profesjonalizacji: lepszych procedur recenzyjnych, indeksowania w bazach międzynarodowych, otwartego dostępu, wyższych standardów edytorskich, kosztownej cyfryzacji, pomocy redakcjom. Dosypanie punktów krajowym periodykom nie podniesie ich jakości.

Warto przy tym pamiętać, że polski system ewaluacji nauki w ogóle nie potrzebuje punktów! Tylko trzeba sobie jasno powiedzieć, że do oceny jednostek wystarczy, aby przedstawiły co kilka lat np. dziesięć najważniejszych dokonań. Dziesięć – na setki pracowników i wiele lat, bo realnie i tak rzadko się zdarza, że mają ich na absolutnie najwyższym poziomie więcej. Te publikacje spokojnie mogłyby jakościowo ocenić gremia eksperckie, najlepiej spoza lokalnych środowisk. Kosztowałoby to nie więcej niż obecny system.

Jest to jednak rozwiązanie niewykonalne z prostej przyczyny: nikomu – zarówno ministerstwu, jak i uczelniom, ani także większości osób zatrudnionych na stanowiskach naukowych w Polsce – nie zależy na tym, aby utrudnić uprawianie nauki pozorowanej. Na tym może zależeć jedynie osobom z zewnątrz, np. młodym ludziom, którym strzeli do łba pracować za pensję minimalną, ale będą mieli przy tym bezczelne międzynarodowe ambicje. Względnie osobom, które postawiły na uczestnictwo w rozwoju realnej nauki, czasem dziwacznie nazywanej światową, tak jakby była jakaś inna.

Gdyby zacząć ich słuchać, mogłoby się okazać, że król jest nagi, i trzeba by zacząć rozmawiać o kwestiach, których nie da się załatwić rozporządzeniem. Na przykład o tym, że budżet polskiej nauki jest najniższy w procencie PKB od wielu lat i niewiele większy niż połowa tego, co na naukę łożą europejscy przeciętniacy. Ambicje zaś mamy od przeciętnych znacznie bardziej wybujałe.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną