Szybki dostęp do zdjęć satelitarnych sprawia, że armie nie mogą się już ukrywać. Dlatego uczą się lepiej kłamać
Dzień po tym, jak Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły obecną wojnę z Iranem, firma satelitarna Planet Labs rozesłała komunikat prasowy. „Udostępniamy pierwszą partię obszarów dotkniętych nalotami” – głosił. Planet obsługuje konstelację około 200 satelitów, które razem mogą codziennie wykonywać zdjęcia dużej części Ziemi – w tym jej pogrążonych w chaosie regionów. Komunikat zawierał link do wykonanych tego dnia zdjęć zawalonych tuneli w bazie rakietowej oraz dymu unoszącego się nad obiektem marynarki wojennej.
Jak pokazuje wiadomość firmy Planet, rządy, dziennikarze i zwykli obserwatorzy mogą dziś zobaczyć, co dzieje się na świecie, niemal natychmiast po wydarzeniach – dzięki infrastrukturze znajdującej się w kosmosie. Ta stosunkowo nowa możliwość jest rezultatem gwałtownego rozwoju satelitów „teledetekcyjnych”, takich jak te należące do Planet, które nieustannie obserwują Ziemię z góry.
Setki satelitów teledetekcyjnych firmy Planet Labs dzielą niebo z setkami innych, a razem popychają nas ku temu, co nazwano osobliwością GEOINT (Geospatial Intelligence, wywiad geoprzestrzenny): dostępności w czasie rzeczywistym geoprzestrzennych danych wywiadowczych dla przeciętnego człowieka, który będzie mógł zobaczyć nie tylko to, jak wygląda świat, lecz także jak się zmienia. Nie osiągnięto jeszcze punktu zwrotnego, ale samo zbliżanie się do niego na zawsze zmieniło sposób prowadzenia wojen.
Rząd USA prowadził program satelitów szpiegowskich już od końca lat 50., lecz dopiero w 1992 roku prywatne firmy otrzymały zgodę na eksploatację własnych satelitów. Dziś komercyjne satelity teledetekcyjne są wszechobecne. Igor Morić z Princeton University, którego badania obejmują wykorzystanie satelitów do kontroli zbrojeń, oblicza, że dzięki połączonym możliwościom tworzą one „superkonstelację”, zdolną fotografować każdy punkt na planecie co kilka godzin.
Jednymi z najostrzej widzących „oczu” na niebie dysponuje firma Vantor, której satelity potrafią rozróżniać z orbity obiekty wielkości kuchennej deski do krojenia. Dziesięć satelitów tej firmy nie może pokryć całego globu, tak jak setki satelitów Planet, ale mogą one wracać nad priorytetowe miejsca 15 razy dziennie i dostarczać zdjęcia nawet w ciągu 15 minut. Vantor wykorzystuje również swoje dane do tworzenia dwu- i trójwymiarowych map większości świata, aktualizowanych tego samego dnia, w którym napływają nowe dane wywiadowcze.
Rządy USA i państw sojuszniczych, z którymi współpracuje Vantor, dążą do tego, co dyrektor generalny Dan Smoot nazywa „żyjącym globem”. „Chcieliby widzieć obraz świata aktualizowany w czasie rzeczywistym i obserwować wszystko, co się w nim zmienia” – mówi. Ale prywatne satelity nie tylko wykonują zdjęcia: potrafią wykrywać fale różnej długości i przenosić instrumenty takie, jak radar czy urządzenia przechwytujące transmisje radiowe, oferując szybko odświeżany obraz planety wykraczający poza możliwości ludzkiego wzroku.
Jedną z firm pracujących z tymi niewizualnymi sygnałami jest HawkEye 360, która wykorzystuje 30 satelitów do wykrywania i lokalizowania transmisji radiowych. Może ona ponownie odwiedzać większość miejsc mniej więcej co godzinę. „To jeden z tych sposobów detekcji, przed którymi nie da się całkowicie ukryć” – mówi Todd Probert, dyrektor operacyjny HawkEye. Jest to szczególnie użyteczne przy śledzeniu statków, czym wiele osób interesowało się w przypadku Cieśniny Ormuz, gdzie konflikt z Iranem utrudnił transport ropy.
Statki chcące stać się niewidzialne mogą wyłączać swoje automatyczne systemy identyfikacyjne albo fałszować pozycję GPS tak, że – magia! – wydają się znajdować gdzie indziej. Ale nie są w stanie ukryć wszystkich transmisji radiowych, takich jak sygnały emitowane przez systemy radarowe.
Satelity HawkEye mogą wychwycić te sygnały i metodą triangulacji określić pozycję nadawcy – a następnie, być może z pomocą satelitów wykonujących zdjęcia, potwierdzić, kto naprawdę nim jest. Satelity HawkEye potrafią również wykrywać zakłócanie sygnału GPS, pokazując wojskowym, gdzie ktoś zagłusza lub fałszuje sygnał, by uczynić tradycyjne systemy lokalizacji i nawigacji niewiarygodnymi.
Przy tak wielu rodzajach satelitów znacznie trudniejsze stało się ukrywanie działań wojskowych prowadzonych na powierzchni. Schowanie się pod ziemię pozwala ukryć część aktywności, ale trudno prowadzić całą wojnę z bunkra.
Jak pokazuje komunikat prasowy firmy Planet, dane satelitarne dostępne niemal w czasie rzeczywistym pozwalają rządom chwalić się swoimi niszczycielskimi sukcesami; jednocześnie informacje te utrudniają zaprzeczanie faktom. W napiętych, lecz nominalnie pokojowych czasach satelity mogą zapobiegać eskalacji konfliktów, łagodząc obawy przed nadchodzącym atakiem. Morić opowiada się na przykład za wykorzystywaniem danych satelitarnych do weryfikowania przestrzegania traktatów nuklearnych – jeśli nadal będą obowiązywać – poprzez liczenie rakiet na zdjęciach wykonywanych z orbity.
Ale paradoksalnie zbyt duża przejrzystość może być niebezpieczna – ostrzega Morić. Odstraszanie nuklearne opiera się bowiem na przekonaniu obu stron, że są zdolne wzajemnie się zniszczyć. Jeśli jednak USA miałyby aktualne informacje na temat na przykład lokalizacji mobilnych chińskich wyrzutni rakietowych, taka widoczność mogłaby podważyć zdolność Chin do odwetu. A ta podatność osłabia logikę wzajemnego gwarantowanego zniszczenia i mogłaby zwiększyć prawdopodobieństwo użycia broni jądrowej.
Satelity pozwalają również państwom komunikować się bez słów. Wiedząc, że satelity obserwują sytuację, Rosja niedawno zaprezentowała nowy bombowiec, pozostawiając go tak długo w otwartej przestrzeni, by amerykańskie satelity mogły mu się dokładnie przyjrzeć, twierdzi Morić. Ale pewne rzeczy w życiu są nieuniknione: śmierć, podatki i pragnienie armii, by oszukiwać swoich przeciwników. Tak więc nawet gdy Ziemia zbliża się do osobliwości GEOINT, prawda i przejrzystość nie zawsze zwyciężają.
Przede wszystkim prawdziwe obrazy cyfrowe można modyfikować za pomocą sztucznej inteligencji albo całkowicie je fałszować. Oszustwo może mieć również charakter analogowy: Rosja i Ukraina wykorzystywały fałszywy sprzęt wojskowy – na przykład dmuchane i drewniane czołgi – by zmylić czujniki. Rosja malowała też dokładne sylwetki swoich bombowców na pasach startowych.
Prawda więc nie jest tak oczywista. I podobnie jest z dostępem do niej: prywatne firmy satelitarne nie mają obowiązku szybkiego udostępniania swoich danych; ich decyzje dotyczące tego, kiedy, jak i komu je przekazywać, czynią z nich graczy geopolitycznych. Planet – firma, która rozsyłała komunikaty prasowe po nalotach na początku wojny z Iranem – ogłosiła na przykład, że opóźni publikację zdjęć z niektórych obszarów Bliskiego Wschodu o 14 dni.
Planet nie ma monopolu na zdjęcia satelitarne, podobnie jak nie mają go Stany Zjednoczone, więc takie opóźnienie nie oznacza, że nikt nie może zobaczyć, co się dzieje. Ale możliwość selektywnego ograniczania dostępu do rzeczywistego obrazu sytuacji może mieć bardzo realne konsekwencje. Na przykład „New York Times” potwierdził omyłkowy amerykański atak na irańską szkołę podstawową właśnie dzięki zdjęciom satelitarnym. Bez dostępu do tych obrazów świat mógłby żyć w niepewności albo być zmuszony ważyć sprzeczne relacje rządów mających wszelkie powody, by przedstawiać wydarzenia w korzystnym dla siebie świetle.
Okazuje się więc, że jeśli chodzi o przemysł satelitarny i spełnienie ostatecznej obietnicy osobliwości GEOINT, główną przeszkodą nie jest technika. Są nią ludzie – i ich nieustanne pragnienie tajemnic – wzajemnego się oszukiwania.