Szamani Moises Nilmore Yakuna (w czerwonej koszulce) i Alfonso Matapí (niebieska koszulka w pasy) na dorocznym zgromadzeniu społeczności Curare, gdzie omawiane są plany działań na rzecz ochrony izolowanych plemion. Szamani Moises Nilmore Yakuna (w czerwonej koszulce) i Alfonso Matapí (niebieska koszulka w pasy) na dorocznym zgromadzeniu społeczności Curare, gdzie omawiane są plany działań na rzecz ochrony izolowanych plemion. Juan Arredondo
Człowiek

Strażnicy Ludu Tygrysa. Co się dzieje w rezerwacie tubylczej ludności Curare-Los Ingleses?

Dziś, gdy antropologowie zastanawiają się, jak najlepiej chronić izolowane plemiona, rdzenne ludy w Kolumbii próbują osłonić swoich niemających kontaktu z zachodnią cywilizacją sąsiadów przed nadciagającym marszem nowoczesności

W Sekcji Archeo prezentujemy archiwalne teksty ze „Świata Nauki” i „Wiedzy i Życia”. Wciąż aktualne, intrygujące i inspirujące.


Jhonattan Andres Perea spogląda przez zmrużone oczy na pogrążoną w blasku amazońskiego słońca ścianę dżungli. Jego napędzana małym silnikiem łódź sunie jednym z dopływów wielkiej rzeki Caquetá, a w końcu dobija do błotnistego brzegu. Perea wyskakuje na ledwo widoczną ścieżkę, wita się z około 20 członkami plemienia Carijona i przywołuje pięciu innych, w tym mnie, by za nim podążyli. Potem znika w zielonej gęstwinie, wśród kakofonii niewidocznych ptaków, małp i owadów. Roślinność jest tak gęsta, a ciemna, pokryta butwiejącymi resztkami ścieżka tak kręta, że przez chwilę ci z nas, którzy znajdują się za Pereą, mają wrażenie, jakby zapadł się pod ziemię. Dopiero po kilku minutach, gdy wynurzamy się z dżungli na otwartą przestrzeń, spostrzegamy go w pobliżu połyskującego słonego jeziora. Perea uważnie patrzy przed siebie. „Dalej nie możemy iść – mówi. – Tam rozciągają się moczary, które – według legendy – odgradzają nas od nich”. Wskazując palcem przed siebie, dodaje: „To tam, gdzieś tam. Tam żyją”.

„Oni” to tajemnicze plemię zamieszkujące jakieś dziewięć kilometrów od niewidocznej granicy znaczącej początek ich terytorium w rezerwacie tubylczej ludności Curare-Los Ingleses, w południowo-wschodniej części Kolumbii. Inaczej niż Carijona i inne plemiona żyjące na obrzeżach tego terytorium, rozciągającego się na sąsiadujący park narodowy RíoPuré i inne obszary, ci tajemniczy ludzie nie mieli dotąd praktycznie żadnych kontaktów z zewnętrznym światem, a nawet w sposób aktywny takich kontaktów zawsze unikali. Członkowie tego plemienia żyją tak, jak żyli przez tysiąclecia, nie okrywają ciał, polują z pomocą zatrutych strzał i dmuchawek, używają narzędzi kamiennych do ścinania drzew i bambusowych noży do krojenia pożywienia.

Niektórzy z członków plemienia Perea nazywają tych ludzi „naszymi dzikimi braćmi”. Inni zwą ich „Ludem Tygrysa” (w Ameryce Południowej nie ma tygrysów, ale słowo ‘tigre’ używane jest czasem na określenie miejscowych jaguarów). To przezwanie przetrwało przez pokolenia, od czasów sprzed przybycia misjonarzy, baronów kauczukowych i wszystkich zagrożeń zachodniego świata. Wedle rozmaitych podań jest to klan dzikich wojowników, z wymalowanymi pasami na ciałach, z przekłutymi nosami i zjadających swoich wrogów. Około XIX wieku, chroniąc się przed białymi ludźmi, uciekli oni dopływem rzeki Caquetá zwanym Bernardo i osiedli w niedostępnych zakątkach dżungli. Carijona i 14 innych plemion zamieszkujących sąsiadujące z nimi terytoria traktują swoich dzikich sąsiadów z mieszaniną podziwu i strachu; zazdroszczą im czystości ich kultury i uważają ich szamanów za obdarzonych nadludzką mocą panowania nad żywiołami.

„Długi dom”, czyli maloca, służy Curare jako miejsce zgromadzeń lokalnej społeczności i omawiania wysiłków podejmowanych w celu ochrony izolowanych sąsiadów.Juan Arredondo„Długi dom”, czyli maloca, służy Curare jako miejsce zgromadzeń lokalnej społeczności i omawiania wysiłków podejmowanych w celu ochrony izolowanych sąsiadów.

Nikt nie wie, ilu z tych odludków żyje jeszcze w ich leśnych ostępach – szacunki wahają się od 50 do 500. Ale z pewnością napór ze strony zewnętrznego świata stanowi zagrożenie dla ich trybu życia, a nawet dla samej ich egzystencji. Perea wraz z towarzyszami próbują uchronić ich przed niechcianymi kontaktami. Przybyłem do Curare, by zbadać, jak udaje im się zapewnić izolację ich dzikich sąsiadów w coraz bardziej zglobalizowanym świecie. Od dawna trwają dyskusje wśród antropologów, aktywistów i urzędników państwowych o tym, jak najlepiej chronić takie izolowane plemiona w Amazonii i w innych miejscach. Ponieważ zawsze ich członkowie żyli z dala od innych, mają niewielką odporność na choroby mieszkańców uprzemysłowionego świata. Spotkanie z obcymi, przynoszącymi potencjalnie śmiertelne patogeny, mogłoby spowodować zagładę tych społeczności. Wielu specjalistów uważa, że tylko unikając wszelkich kontaktów z obcymi, uda się uchronić ich przed chorobami. Co może ważniejsze, wiele z tych plemion zdaje sobie sprawę z obecności zewnętrznego świata i świadomie wybrało swoją izolację. Brak kontaktów to w tej sytuacji kwestia praw człowieka. Inni uważają jednak, że kontaktów nie da się uniknąć i że należy przygotować tych ludzi do tego, co nieuniknione. Nie da się zatrzymać pochodu nowoczesności. A bez regularnych kontaktów nie uchronimy izolowanych plemion przed uzbrojonymi napastnikami pożądliwie spoglądającymi na obecne na ich terenach bogactwa: pierwotny las, złoto i inne zasoby.

W roku 2012 plemię Perea i inne społeczności żyjące w Curare, a także grupy z sąsiednich terenów podjęły energiczne kroki patrolowania granic i ochrony terenów ich izolowanych sąsiadów przed wycinką cennych drzew, myśliwymi, poszukiwaczami złota, misjonarzami, przemytnikami, dilerami narkotykowymi i komunistycznymi bojówkami. W ostatnim czasie ich wysiłki nabrały szczególnej pilności. Przez dziesięciolecia trwa wojna domowa w kolumbijskiej Amazonii, a obecność partyzanckich obozów, prawicowych bojówek i ukrytych głęboko w dżungli laboratoriów narkobiznesu hamowała plany eksploatacji tych terenów. Ale w listopadzie 2016 roku rząd podpisał z partyzantami porozumienie pokojowe. Taka stabilizacja mogłaby wywołać boom gospodarczy i – jak wielu się obawia – narazić na szwank wysiłki na rzecz ochrony zagrożonych plemion, jak miało to miejsce w krajach ościennych. Pojawiły się też bardziej bezpośrednie zagrożenia w postaci powstania niekontrolowanych przez nikogo grup zbrojnych pragnących ustanowić nowe drogi przez rozległe, dziewicze obszary interioru, by móc zdobywać środki na swoją działalność poprzez nielegalną sprzedaż narkotyków i bezprawne pozyskiwanie bogactw naturalnych.

Jednym z ważnych zadań jest utrzymywanie licznych punktów kontrolnych strategicznie zlokalizowanych na granicach chronionych obszarów.Juan ArredondoJednym z ważnych zadań jest utrzymywanie licznych punktów kontrolnych strategicznie zlokalizowanych na granicach chronionych obszarów.

Trwają intensywne wysiłki, by wprowadzić w życie ogólnonarodową politykę uzgodnioną przez organizacje pozarządowe, przywódców tubylczych plemion i ministerstwo spraw wewnętrznych i podpisaną latem ubiegłego roku przez ustępującego prezydenta Juana Manuela Santosa i jego rząd. Te nowe ustalenia gwarantują izolowanym plemionom prawo do samostanowienia i określają procedury dla zagwarantowania tych praw wszystkim plemionom w całym kraju. Chociaż Lud Tygrysa to jedyne dotychczas izolowane plemię, którego obecność została potwierdzona, są poważne przesłanki sugerujące, że w kolumbijskiej Amazonii może żyć jeszcze 17 innych, równie izolowanych grup. Międzynarodowe organizacje pozarządowe zbierają dowody potrzebne dla wykazania obecności nowych plemion wymagających ochrony federalnej – ochrony udzielanej przez Pereę i innych w Curare i pozwalającej wątpiącym zrozumieć, że taka polityka jest możliwa.

Organizacja Survival International szacuje, że na całym świecie może istnieć ponad 100 takich izolowanych plemion definiowanych jako „tubylcze ludy, które nigdy nie utrzymywały pokojowych kontaktów z jakimikolwiek grupami funkcjonującymi w społeczeństwie”. W Kolumbii, podobnie jak w całej Amazonii, większość takich plemion świadomie żyje w izolacji. Wiele z nich wycofywało się w głąb dżungli między XVIII a początkiem XX wieku w obawie przed kauczukowymi baronami, którzy atakowali i zamieniali tubylczą ludność w niewolników, misjonarzami, którzy usiłowali ich „cywilizować” i nawracać, zabraniając im praktykowania tradycyjnych wierzeń.

W bardziej współczesnych czasach „pierwsze kontakty” okazały się katastrofalne z jeszcze innych powodów. Do najczęstszych tego typu spotkań dochodziło wzdłuż granicy kolumbijsko-brazylijskiej, gdzie znajdują się największe połacie dziewiczej dżungli. Przez cały wiek XX rządy Brazylii podejmowały starania o otwarcie tych terenów dla działalności gospodarczej, wysyłając tam kolonistów i eksploratorów, budując w dżungli małe lotniska, wytyczając nowe drogi i ogólnie wspomagając nieustający marsz cywilizacji w głąb interioru. By ułatwić spotkania z autochtonami wysyłano jako pierwszych ochotników zwanych sertanistas z misją nawiązywania kontaktów, a potem i asymilacji ich do nowoczesnego społeczeństwa. Taką działalność prowadziło najpierw Serviço de Proteção ao Índio (Służba Ochrony Indian), a potem Fundação Nacional do Índio (Narodowa Fundacja ds. Indian), zwana w skrócie FUNAI.

Te pierwsze spotkania pokazały cały katalog zniszczeń, które później obserwowano u innych ludów tubylczych w całej Amazonii. Z braku naturalnej odporności na obce choroby już wkrótce po pierwszych kontaktach wiele osiedli indiańskich utraciło od 50 do 90% populacji. Ci, którzy przeżyli, wyzbyci swych tradycyjnych zwyczajów i towarzystwa współplemieńców, kończyli nierzadko w obskurnych barakach budowanych w dżungli lub wręcz na ulicach, włócząc się jako alkoholicy lub prostytutki i tracąc wszelką zdolność do zadbania o własny los.

Daniel Aristizabal z Amazon Conservation Team (pośrodku) wraz z pracownikami Parku Narodowego Río Puré piszą sprawozdanie ze spotkania.Juan ArredondoDaniel Aristizabal z Amazon Conservation Team (pośrodku) wraz z pracownikami Parku Narodowego Río Puré piszą sprawozdanie ze spotkania.

W początkach lat 60. dwóm słynnym sertanistas, braciom Cláudio i Orlando Villas-Bôas, udało się doprowadzić do powstania wielkiego rezerwatu, znanego jako Park Narodowy Xingu, pierwszego z mozaiki zamkniętych sanktuariów, gdzie ludność tubylcza może – przynajmniej w teorii – żyć własnym życiem. Xingu stało się wzorcem dla innych tego typu rezerwatów powstających na obszarze Amazonii, w tym także dla Curare. Mimo to, w następnych latach, dochodziło niejednokrotnie do „pierwszych kontaktów” z ich nieuchronnymi niszczycielskimi następstwami i chorobami, które dziesiątkowały plemiona, zanim jeszcze można było pomyśleć nad ich przesiedleniem. Kolumbia ma swój udział w tym dziele zniszczenia, z najbardziej znanym przykładem ludu Nukak-Maku – plemieniem łowców i zbieraczy dotkniętym po pierwszym oficjalnym kontakcie w roku 1988 epidemiami i walczącym do dziś o przetrwanie.

W Brazylii w latach 80. zgubne efekty takich kontaktów ukazały się z całą wyrazistością, tak że niektórzy z sertanistas, pod przywództwem dynamicznego protegowanego Villas-Bôasa Sydneya Possuelo, zaczęli zrównywać „pierwsze kontakty” z ludobójstwem i głosić konieczność podjęcia radykalnych działań. W roku 1988 Possuelo dopiął swego, gdy zaczęto stosować nową strategię „zero kontaktów”: wytyczono granice tubylczych ziem, zakazując wycinki drzew, zakładania kopalń i innej inwazyjnej aktywności, co – jak wielu uważa – uratowało życie tysiącom ludzi. Ta nowa polityka Brazylii znalazła uznanie w krajach ościennych i stała się standardową metodą radzenia sobie z problemem izolowanych plemion, zdobywając uznanie zarówno wśród ludów tubylczych, jak i organizacji pozarządowych. W Peru strategia ta została, jako modelowa, przyjęta w roku 2006 i oficjalnie uznana za obowiązującą.

Niemniej od tego czasu polityka „ręce precz od izolowanych plemion” była nieustannie atakowana przez potencjalnych kolonistów, potężne kompanie wydobywcze, farmerów i firmy wycinające cenne gatunki drzew. Wszyscy oni łakomie spoglądali na chronione obszary – i nierzadko odnosili sukcesy. W roku 2006 Possuelo, po krytyce szefa FUNAI, który oświadczył publicznie, że ludność tubylcza ma za dużo ziemi, został zwolniony ze stanowiska.

Ostatnio niektórzy antropolodzy zaczęli sugerować, że polityka oparta na zakazie kontaktów z izolowanymi plemionami jest źle pomyślana, gdyż nie uwzględnia bezprawnych działań wielu bezwzględnych grup operujących w dżungli. W kontrowersyjnym artykule opublikowanym w roku 2015 w Science Robert S. Walker z University of Missouri i Kim R. Hill z Arizona State University dowodzą, że firmy wydobywcze, kompanie pozyskujące drewno i myśliwi bez problemu zapuszczają się na chronione obszary, wystawiając mieszkających tam ludzi na działanie śmiercionośnych patogenów i dopuszczając się okrucieństw w poczuciu pełnej bezkarności. Zdaniem autorów najbezpieczniejszym i najbardziej humanitarnym postępowaniem byłoby dopuszczenie izolowanych plemion do „kontrolowanych kontaktów”.

Członkowie społeczności tubylczych z rezerwatu Curare i okolicych terenów próbują godzić wysiłki na rzecz ochrony izolowanych sąsiadów z codziennymi czynnościami: podtrzymywaniem ognisk...Juan ArredondoCzłonkowie społeczności tubylczych z rezerwatu Curare i okolicych terenów próbują godzić wysiłki na rzecz ochrony izolowanych sąsiadów z codziennymi czynnościami: podtrzymywaniem ognisk...

Hill mówi, że artykuł ten był zwieńczeniem trwających przez dziesięciolecia prac terenowych i wielokrotnych kontaktów z członkami wielu plemion, którzy mówili o głodzie, brutalności i nieustającej ucieczce przed prześladowcami. Zdecydował się na tę publiczną wypowiedź, gdyż – jak twierdzi – opowieści te już dawno zburzyły jego młodzieńczy idealizm i jest teraz przekonany, że z problemem chorób można sobie będzie poradzić dzięki lepszemu planowaniu. „Wszystkie izolowane plemiona na świecie są w dużej mierze kontrolowane przez całkowicie niesprawne i skorumpowane reżimy Trzeciego Świata, które nie radzą sobie z deklarowanymi celami ich ochrony – tłumaczy. – Ta ochrona jest w praktyce czysto iluzoryczna. Utrzymując izolację, a więc również utrudniony dostęp do rzetelnej informacji, nie jesteśmy w stanie wyrobić sobie opinii na temat dokładnej sytuacji. A myślę, że dzieją się tam rzeczy straszne, o których nie mamy bladego pojęcia, właśnie dlatego, że nie możemy z tymi ludźmi porozmawiać i dowiedzieć się od nich, jak się rzeczy mają.”

Wbrew wyrażonej jasno przez Hilla intencji artykuł w Science spowodował powszechne niezadowolenie wśród aktywistów działających na rzecz tubylczych plemion i wywołał lawinę listów protestacyjnych, a nawet gróźb śmierci. A Walker odmówił komentarza, mówiąc, że nie będzie się więcej wypowiadał publicznie na te tematy.

„Nawet gdyby udało się doprowadzić do bezpiecznych i kontrolowanych kontaktów – a wątpię, by było to możliwe – to co potem?” – pyta Fiona Watson z Survival International, organizacji, która wystąpiła z najsilniejszą krytyką pomysłu Hilla i Walkera. „Kiedy spojrzymy na przypadki plemion, z którymi nawiązano kontakty w ostatnich czasach, to nie widać, by w czymkolwiek im to pomogło. W istocie można mówić o pogorszeniu się ich sytuacji. Są teraz otoczeni, na ich ziemiach pojawili się obcy i są bardziej narażeni na choroby”.

...przygotowywaniem posiłków z manioku...Juan Arredondo...przygotowywaniem posiłków z manioku...

Wielu kolegów Hilla czuje się rozdartych. „Wszyscy możemy chyba się zgodzić, iż najważniejszą rzeczą jest, by pozostali przy życiu” – mówi Stephen Beckerman, antropolog kultury z Pennsylvania State University, którego badania dotyczą plemienia Barí w Wenezueli i Kolumbii i Waorani z Ekwadoru. Ale, jak zauważa, nie opracowano na razie idealnego rozwiązania. „Całe moje ciało krzyczy: do diabła, zostawcie ich w spokoju! Ale każdy dzień moich doświadczeń w tropikalnym lesie, każda lektura na ten temat i każda rozmowa z innymi specjalistami utwierdza mnie w przekonaniu, że to nierealne”.

Dla tych, którzy po raz pierwszy znajdą się w tropikalnym lesie, wyprawa do Curare może wydawać się podróżą na kraniec świata. By się tam dostać, poleciałem do Bogoty, gdzie spotkałem się z Danielem Aristizabelem, szczupłym trzydziestokilkulatkiem z czarnym kucykiem, ubranym w spraną koszulkę i spłowiałe bojówki. Aristizabel pracuje dla amerykańskiej organizacji pozarządowej Amazon Conservation Team (ACT). Razem polecieliśmy do Leticia na dalekim południu Kolumbii, potem załadowaliśmy się na pokład poobijanego samolotu transportowego z czasów II wojny światowej, lecącego do La Pedrera – granicznego zakurzonego miasteczka pośrodku dżungli zbudowanego wokół pasów startowych. Lecąc na wysokości 5 km, wciśnięty między skrzynki z jajami, kartony mleka w proszku i worki z mąką, wypatrywałem ziemi przez maleńkie okno. Pode mną rozciągały się setki kilometrów gęstego dziewiczego lasu, poprzedzielanego tylko przez liczne, brązowe, esowate pasemka potężnych dopływów Amazonki. I choć przemierzyłem 300 km, nie dostrzegłem ani jednej osady, ani jednego ludzkiego skupiska. W La Perdera przesiedliśmy się do rozklekotanej drewnianej łodzi i rozpoczęliśmy rejs w górę rzeki. W pięć godzin później – i cztery dni po opuszczeniu Nowego Jorku – dotarłem ostatecznie do celu swojej podróży.

...i wytwarzaniem mieszanki liści koki i popiołu.Juan Arredondo...i wytwarzaniem mieszanki liści koki i popiołu.

Ludzie żyją tam w kilku leśnych osiedlach wzdłuż rzeki, bez bieżącej wody i bez elektryczności, nie licząc kilku rzadko używanych generatorów prądu. Większość pożywienia pochodzi z polowań, połowu ryb i tradycyjnej uprawy roślin. Nie ma tam dróg, jedynie leśne ścieżki i łodzie-dłubanki. Najbliższą miejscowością jest La Pedrera, gdzie znajduje się jeden hotel i restauracja. Członkowie lokalnych plemion lubią mówić, że choć brakuje im pieniędzy i dóbr materialnych, to mają obfitość ziemi i naturalnych bogactw.

Jednak pomimo tego oddalenia od cywilizowanego świata mieszkańcy Curare nie stronią całkowicie od zdobyczy nowoczesności. Wiele dzieci uczęszcza do zacumowanej przy brzegu rzeki mobilnej szkoły z La Pedrera prowadzonej do zeszłego roku (kiedy została przejęta przez władze) przez księży katolickich. Członkowie plemienia regularnie odwiedzają La Pedrera, aby skorzystać z nowoczesnej opieki medycznej, a w razie poważniejszych schorzeń lub złamań kości udają się też do Leticia, a nawet i Bogoty. Wielu z nich nosi współczesne ubrania i używa maczet, zapalniczek i stalowych garnków kupowanych w miastach (takich jak La Pedrera); niektórzy mieli sposobność oglądać telewizję. Tylko determinacji izolowanych plemion i ich samozwańczych strażników zawdzięczamy, że te wpływy cywilizacji nie dotarły jeszcze do najgłębszego interioru.

Tubylczy ludzie z Curare i Río Puré od pokoleń zdawali sobie sprawę z istnienia ich tajemniczych pobratymców w interiorze, których naukowcy nazywają Yuri i Río Puré i uważają za blisko ze sobą spokrewnionych. Ale dopiero wraz z przybyciem kolumbijskiego obrońcy środowiska Roberta Franco i ACT w początkach XXI wieku ich los stał się przedmiotem ogólnonarodowej debaty nad sposobami ochrony najbardziej izolowanych plemion.

Życie w samotnościMapa Mapping SpecialistsŻycie w samotności

Franco, autor licznych książek na temat Amazonii, był przez lata jednym z czołowych kolumbijskich orędowników idei, że najlepszym sposobem ochrony lasów deszczowych jest przekazanie praw do tych terenów tubylczym plemionom, gdyż to one najlepiej potrafią żyć w harmonii ze swym otoczeniem. Franco pracował też jako konsultant ds. antropologii z różnymi agendami rządowymi i miał okazję poznać naocznie spustoszenia towarzyszące „pierwszym kontaktom”. Doszedł wówczas do przekonania, że „samoizolacja” jest jednym z praw człowieka. Z zamiarem znalezienia najlepszej metody ochrony najbardziej bezbronnych grup, Franco zaczął gromadzić podczas swoich wypraw do Amazonii w latach 80. wszelkie dostępne strzępy informacji na temat izolowanych plemion. Przeczesywał dawne teksty, przeglądał historyczne i współczesne mapy i przeprowadzał wywiady – nawet z dawnymi dowódcami zbrojnych grup i przemytnikami narkotyków, którzy podczas swych rajdów w dżungli mieli okazję napotkać członków takich plemion.

Życie w samotności

Głęboko w dżungli kolumbijskiej Amazonii żyją plemiona całkowicie izolowane od otaczającego świata. Ich terytoria obejmują znaczną część rezerwatu ludności tubylczej Curare–Los Ingleses oraz przyległe obszary, w tym część parku narodowego Río Puré. Lokalnych społeczności starają się chronić mieszkańców izolowanych plemion.

Aby uzyskać oficjalne wsparcie rządowe, Franco potrzebował jednak namacalnych dowodów istnienia izolowanych plemion. W roku 2007 ACT zobowiązał się z nim współpracować na tym polu. Już wówczas Franco był przekonany, że najbardziej obiecującymi miejscami do rozpoczęcia działań będą Curare i Río Puré. Pod koniec lat 60. handlarz kauczukiem i skórami Julian Gil natknął się w dzikich ostępach dżungli na wydeptaną ścieżkę i podążając nią, dotarł do obszernej chaty („długiego domu”, zwanego maloca), gdzie zobaczył licznych tubylców w trakcie jakiejś ceremonii. Mieli na sobie tylko niewielkie kawałki skór zakrywających intymne części ciała, a w ich uszach i nosach tkwiły cienkie jak ołówki patyki. Nagie ciała wymalowane były w kolorowe pasy. Spotkanie przybrało wkrótce gwałtowny obrót i zakończyło się zniknięciem Gila i śmiercią kilku członków plemienia. W rezultacie wojsko kolumbijskie pojmało wielu tubylców, co wywołało oburzenie na świecie. W końcu wojsko wypuściło więźniów i zapowiedziało, że pozostawi całe plemię w spokoju.

Uważa się, że ludzie ci należeli do plemion Yuri i Passé, którzy już setki lat temu, uchodząc przed białymi porywaczami niewolników, osiedlili się na swym obecnym terytorium, gdzie – jak do niedawna sądzono – dawno już wyginęli. Ale w roku 2010 Franco wraz z niewielką załogą przelecieli samolotem Cessna nad obszarami Curare i Río Puré, gdzie przypuszczalnie mogły skrywać się wciąż nieodkryte jeszcze plemiona. Pierwszego dnia spostrzegli chatę maloca otoczoną drzewami owocowymi i zrobili zdjęcia jednej tubylczej kobiety – z wymalowaną twarzą i ciałem – patrzącej uważnie na przelatujący nad jej głową samolot. Te fotografie, a także odkrycie czterech innych chat, stanowiły dla rządu i oficjalnych tubylczych plemion impuls do zapoczątkowania prac nad ochroną izolowanych społeczności.

W roku 2014 Franco leciał do domu z innego tubylczego terytorium położonego dalej na północ, gdy jego samolot runął na ziemię. Na pokładzie było 10 osób. Wszyscy zginęli, w tym jeden z członków ACT Daniel Matapí. Był to potężny cios dla ACT i dla Aristizabala – wówczas młodego urzędnika w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, którego praca doktorska dotyczyła kwestii ochrony izolowanych plemion. Aristizabal blisko współpracował z Franco nad wprowadzeniem nowych regulacji, które pozwoliłyby osiągnąć ten cel. Po tragicznej śmierci Franca Aristizabal zgodził się przystąpić do ACT i kontynuować jego prace.

W skrócie

Na całym świecie żyje około 100 izolowanych plemion. Zetknięcie z cywilizacją może wiązać się z narażeniem na kontakt ze śmiertelnymi patogenami.

Naukowcy i politycy od dawna zastanawiają się, jak chronić te plemiona. W Kolumbii to ludy tubylcze bronią swoich sąsiadów.

Ich wysiłki pomogą być może przetrwać kolejnym 17 izolowanym plemionom, które – jak się przypuszcza – żyją w kolumbijskiej Amazonii.

Główne przesłanie opiera się na przekonaniu, że należy współpracować z tubylczymi społecznościami w Curare i wspierać ich wysiłki na rzecz ochrony izolowanych plemion. Gdy byłem w Curare, tubylcy odbywali właśnie swoje doroczne spotkanie, na którym omawiano te wysiłki i planowano działania na przyszły rok. Wraz Aristizabalem odwiedziliśmy ogromną malokę z dachem z liści palmowych i wzięliśmy udział w tym zgromadzeniu.

Zostaliśmy powitani, jak starzy przyjaciele. Pośrodku chaty ośmiu ubranych w T-shirty starców siedziało na rytualnych drewnianych ławach. Śmiejąc się i rozmawiając, przekazywali zebranym cylindryczne pojemniki Tupperware z mambe – mieszaniną liści koki i popiołu, którą wciskali sobie w usta metalowymi łyżkami pomiędzy wargi i dziąsła. Wokół biegały roześmiane dzieci, pod czujnym wzrokiem rodziców, którzy rozsiedli się na deskach łączących słupy podtrzymujące całą konstrukcję. Inni odpoczywali na hamakach zawieszonych pomiędzy ścianami.

Przez następne trzy noce inne ważne osobistości plemienne przekraczały usypany z ziemi próg maloki i składały meldunki na temat prac prowadzonych w ostatnim roku dla zapewnienia spokoju mieszkańcom rezerwatu. Podjęte działania były niespieszne i wyważone, oferujące wiele możliwości sprostania wyzwaniom, stojącym zarówno przed chronionymi plemionami, jak i ich strażnikami.

Niektórzy uczestnicy spotkania mówili o konieczności zachowania tradycyjnych zwyczajów plemion, które już nawiązały kontakty z dzisiejszą cywilizacją. Jeden z młodych dyskutantów omówił swoje wysiłki napisania książeczek dla dzieci, w których przedstawiłby tradycyjne legendy, aby wyjaśnić konieczność ochrony świętych miejsc i plany zarządzania rezerwatem. „Jak wiecie, opowieści naszej starszyzny są bardzo, bardzo długie. Dotyczą na przykład pochodzenia zwierząt i uprawianych przez nas roślin – mówił. – Wysłuchaliśmy ich wszystkich i teraz musimy jakoś je streścić”. Jego wystąpieniu towarzyszył charakterystyczny pomruk słuchających, co jest tradycyjnym sposobem okazywania przychylności.

Inni mówcy zwracali uwagę na potrzebę zachowania flory i fauny rezerwatu. Kiedy jeden ze starców mówił o nielegalnym zabiciu ciężarnej samicy tapira na obszarze, gdzie plemię zobowiązało się do powstrzymania się od polowań, rozpętała się burzliwa dyskusja nad wysokością kary, jaką należałoby obciążyć sprawcę lub sprawców tego czynu.

W końcu dyskusja zeszła na temat sposobów powstrzymania intruzów przed naruszaniem granic rezerwatu. Nawet jednak gdyby udało się zrezygnować z planów „cywilizowania” tych obszarów i tak pozostają liczne zagrożenia czyhające na izolowane plemiona i ich tereny. W roku 2015, zanim udało się wypracować porozumienie, władze kolumbijskie pochwyciły na południe od Río Puré dwóch amerykańskich misjonarzy, którzy próbowali nawiązać kontakt z dwoma izolowanymi plemionami i nawrócić je na chrześcijaństwo – nie zdawali sobie najwyraźniej sprawy z niebezpieczeństwa, na jakie narażają swoje niedoszłe owieczki – i samych siebie.

Od wschodu, od strony Brazylii nieustannie napierają nielegalni poszukiwacze złota. Na niektórych obszarach Curare stale też pojawiają się przemytnicy narkotyków i zwykli rozbójnicy, a niektórzy obawiają się, że ich obecność będzie tylko rosła w miarę postępującej demobilizacji dawnych bojowników. W 2016 roku członkowie dysydenckiej frakcji Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC), niezadowoleni z treści porozumienia, weszli na teren rezerwatu. Wymachując bronią i wykrzykując slogany, przekonali nastoletniego syna jednego ze starszyzny plemienia z Curare, by się do nich przyłączył.

Cecilia Guido patroluje wraz ze swym synem Luis Eduardo Marinem i wnuczką Naydą Guido odcinek rzeki Caquetá, w ramach tubylczych wysiłków na rzecz ochrony rezerwatu Curare–Los Ingleses i żyjących tam ludzi, którzy nie mieli jeszcze kontaktu z zewnętrznym światem.Juan ArredondoCecilia Guido patroluje wraz ze swym synem Luis Eduardo Marinem i wnuczką Naydą Guido odcinek rzeki Caquetá, w ramach tubylczych wysiłków na rzecz ochrony rezerwatu Curare–Los Ingleses i żyjących tam ludzi, którzy nie mieli jeszcze kontaktu z zewnętrznym światem.

Aby monitorować te zagrożenia i znaleźć na nie odpowiedź, pracownicy ACT zaopatrują tubylczych strażników w nowoczesne urządzenia. Ze swoich biur w Bogocie i Wirginii ACT-owcy przeczesują stosy zdjęć satelitarnych w poszukiwaniu sygnałów nielegalnych działań, świeżych śladów wyrębu drzew, a także oznak obecności tubylczych plemion (zdjęcia dostarczane są bezpłatnie przez amerykańskiego sprzedawcę dokumentów satelitarnych DigitalGlobe, a ich jakość i rozdzielczość z każdym rokiem rosną – dziś pozwalają zidentyfikować obiekty o wielkości 30 cm, np. liść banana).

ACT utrzymuje też regularne kontakty z partnerami z parków narodowych Kolumbii, gromadzi doniesienia od mieszkańców terenów sąsiadujących z ziemiami tubylczych plemion, a także – w razie konieczności – wzywa na pomoc zaprzyjaźnionych ludzi z ministerstw spraw wewnętrznych i obrony narodowej. To właśnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wystosowało oficjalne ostrzeżenie do amerykańskich misjonarzy, których działania w następnym roku zostały wstrzymane. Wcześniej armia kolumbijska przeprowadziła loty zwiadowcze nad granicą, by odstraszyć potencjalnych intruzów z Brazylii. A w roku 2017, po otrzymaniu informacji od ACT, wojsko ostrzelało na północy kraju dwie barki z nielegalnym ładunkiem kopalin.

Ale najważniejszym zadaniem pozostają wysiłki samych społeczności tubylczych, kontrolujących swoje ziemie, zbierających wszelkie informacje i – w razie potrzeby – broniących swoich izolowanych sąsiadów przed obcymi. W roku 2012 plemiona te włączyły tereny izolowanych plemion w obręb terytorium objętego planami zarządzania i ustanowiły dwa finansowane przez ACT „posterunki”. Trzy inne są utrzymywane przez Parki Narodowe Kolumbii i zlokalizowane na strategicznie położonych zakolach rzeki na granicy z obszarami chronionymi. Zarówno tubylcy, jak i pracownicy parków nie są uzbrojeni podczas tych patroli. Ich zadaniem jest cierpliwe wyjaśnianie zasad ochrony, nie wolno im przyjmować łapówek i powinni się wycofać w razie jakiegokolwiek zagrożenia. Czasem te najprostsze zasady są wystarczające – w dżungli jest wiele innych miejsc, gdzie wydobywanie kopalin i łowienie ryb jest dozwolone. Ale niebezpieczeństwo przemocy zawsze istnieje.

Niedawne przypadki pojawienia się misjonarzy na chronionych obszarach pokazują słabość przyjętych rozwiązań. Wobec ograniczonych funduszy strażnicy nie są w stanie upilnować granic i na długich odcinkach nie są one zaporą dla intruzów. Podczas spotkania tubylcy narzekali, że utrata wsparcia ze strony jednej z oraganizacji pozarządowych zmusiła ich do zmniejszenia liczby strażników.

Dzieci z tubylczego plemienia Borikada w Curare bawią się wśród lian.Juan ArredondoDzieci z tubylczego plemienia Borikada w Curare bawią się wśród lian.

Najbardziej zagrożony posterunek znajduje się na południowym skraju terytorium izolowanych plemion, na samej granicy z Brazylią, gdzie uwijają się barki z nielegalnie pozyskanym złotem. Posterunek ten, zwany Puerto Franco, jest tak trudno dostępny i tak niebezpieczny, że strażnicy są zmuszeni wielokrotnie w ciągu dnia przekazywać meldunki drogą radiową i – w razie kłopotów – używać szyfru. Na wypadek niespodziewanego ataku ze strony poszukiwaczy złota ACT przygotowała specjalny schron z zaopatrzeniem i dodatkowy nadajnik radiowy ukryty w pobliżu.

Dla tubylczej ludności szczególnie ważne jest zaangażowanie szamanów, przywódców duchowych i strażników tradycyjnej wiedzy i zwyczajów. Podczas mojego pobytu jeden z lokalnych szamanów, 55-letni Moises Nilmore Yakuna, siedząc na ławce w „długim domu”, chwycił zawieszony na szyi woreczek, nasypał z niego na dłoń szczyptę czarnego proszku i wyjaśnił, jak za pomocą tej mikstury z tytoniu i innych darów dżungli potrafi „otworzyć swój umysł” i dotrzeć myślą do innych członków plemienia. Za pomocą tradycyjnych rytuałów, w tym tańca, on i inni szamani zbudowali coś w rodzaju duchowego muru ochronnego wokół zakazanych terenów, gdzie duchy strzegą przed kopaczami, drwalami i przemytnikami narkotyków. Jak mi powiedział, „dzięki tym duchowym wysiłkom i myślom zapewniamy naszym tajemniczym sąsiadom możliwość życia w pokoju”.

Ta praca jest tak ważna, że czasem trzeba prosić o wyspecjalizowane posiłki z zewnątrz. Tak stało się w roku 2016, w kilka miesięcy po śmierci Franco, kiedy to jeden ze strażników zapadł na tajemniczą chorobę i stracił życie. Incydent ten, w połączeniu z serią niewytłumaczalnych burz z piorunami w ciągu poza tym słonecznych dni, skłoniły starszyznę do posłaniu umyślnego z prośbą o szamańską pomoc od plemienia żyjącego trzy dni drogi w górę rzeki, na terenie sąsiedniego parku narodowego.

Ów szaman, 78-letni Alfonso Matapí, od razu po przybyciu zorientował się, że miejscowi utracili dobry kontakt z dżunglą i rozgniewali tym znacznie potężniejszych znachorów z Ludu Tygrysa. Samolot Franco rozbił się, jego zdaniem, „nie z powodu usterki, ale dlatego, że ludzie nie życzyli sobie takich lotów, których było dużo. To oni doprowadzili do katastrofy” (Inne osoby na pokładzie były niewinnymi ofiarami). Strażnik musiał zginąć, ponieważ wtargnął na zakazany teren w pobliżu świętego słonego jeziora i zwierzęta, które z niego korzystają, musiały się bronić. „Gromy, wiatr i deszcz to było przesłanie [od Ludu Tygrysa] mówiące: zostawcie nas w spokoju – tłumaczy Matapí. – Próbuję im teraz wysłać moje myśli: Nie obawiajcie się, zostawimy was w spokoju. Nie będziemy was niepokoić”.

Jest, oczywiście, możliwe, że izolowane plemiona zechcą kiedyś nawiązać kontakt ze swoimi sąsiadami. By przygotować mieszkańców Curare na taką ewentualność, ACT i tubylcy przeprowadzili konsultacje z ludźmi, którzy mieli już takie doświadczenia. Wśród nich jest Luis Felipe Torres, antropolog kierujący zespołem z Ministerstwa Kultury Peru, który w latach 2012–2017 nadzorował jeden z najbardziej wiarygodnych przypadków takiego kontaktu.

W ostatnich latach coraz częściej wyłaniały się z dżungli w regionie Madre de Dios w południowym Peru grupy złożone z członków plemienia Mashco Piro, próbując wymieniać dobra z tubylcami. Takie kontakty trwają nieprzerwanie do dziś. Choć spotkania przebiegały zwykle pokojowo, zdarzały się też nieporozumienia, które nawet dwukrotnie doprowadziły do śmierci od strzał co najmniej dwóch tubylców (w 2011 i 2015); ten drugi przypadek skłonił rząd do wysłania na miejsce zdarzenia Torresa i jego ludzi, by opanowali sytuację.

Często, jak zauważa Torres, wychodzący z dżungli ludzie, chcący wymienić się pewnymi rzeczami lub żywnością, mogą mylnie zinterpretować wysiłki tubylców, mające na celu ochronę przed potencjalnie groźnymi pożywieniem lub przedmiotami, jako wrogie gesty. To może tłumaczyć oba śmiertelne przypadki w Peru. Torres pomógł Aristizabalowi w doprowadzeniu do wzajemnych wizyt mieszkańców Madre de Dios i tubylców z Curare, tak by doszło do wymiany doświadczeń między nimi.

Nowa polityka władz kolumbijskich w stosunku do izolowanych plemion narzuca na różne agendy rządowe obowiązek działania w przypadku doniesień o obecności nieznanych wcześniej plemion. Zwiększa też prawa do ziemi oraz zapewnia stosowną ochronę, gdy doniesienia te się potwierdzą. W dokumencie zapisano reguły postępowania w przypadku pierwszego kontaktu i powołano do życia narodowy komitet do koordynowania działań obejmujących przywódców plemiennych, przedstawicieli agend rządowych, ministerstw ochrony środowiska, zdrowia i spraw wewnętrznych, a także uzbrojonych służb.

Ze swojej strony Aristizabal nie ma złudzeń, co do czekających go wyzwań. Jeśli ktoś ma słabą pamięć, kilka wydarzeń z ostatnich lat pomoże mu ją odświeżyć. Całkiem niedawno partyzancji z FARC znów pojawili się na objętym ochroną terenie. Jedna z grup pojmała żonę prominentnego przywódcy plemiennego, którego poznałem podczas swojego tam pobytu, i zagroziła śmiercią jego i jego rodziny, jeśli nie przestanie mówić o tubylczych prawach do ziemi. Ten jednak pozostaje wierny swoim przekonaniom, że izolowane plemiona trzeba chronić przed wpływami zewnętrznymi. Oczywiście, bardzo trudno byłoby stosować taką ochronę w nieskończoność – przyznaje. – Ale to nie oznacza, że możemy zignorować ich chęć do życia w spokoju. Dlaczego mielibyśmy podejmować za nich decyzje?”.

W ostatnich miesiącach ACT nie ustawała w wysiłkach zbierania dowodów, które pozwoliłyby objąć ochroną inne, nieodkryte jeszcze plemiona. Niedawno miało miejsce być może przełomowe wydarzenie w regionie Caquetá, gdzie zginął Franco. Przez pięć lat członkowie ACT przeglądali starannie zdjęcia o wysokiej rozdzielczości, poszukując dowodów na istnienie izolowanych tubylczych społeczeństw, które – jak sądzono – mogłyby żyć w parku narodowym Chiribiquete. Pewnego dnia w styczniu 2017 roku Brian Hettler, pracujący w biurze ACTA w Wirginii, otrzymał jedno z najbardziej wyraźnych zdjęć tego obszaru, jakie kiedykolwiek widział – zwykle bowiem zalegają tam chmury.

Tego dnia chmury w cudowny sposób się rozproszyły i ukazały góry stołowe upstrzone szmaragdowo-zielonymi płatami dżungli i postrzępionymi klifami, bogatymi w przedkolumbijskie ryty i jaskiniowe malowidła. Nie zajęło Hetterwowi dużo czasu, by dostrzec wśród tego morza zieleni białą plamę, a na niej rdzawy kształt, który okazał się przy bliższym spojrzeniu pokrytym chrustem dachem chaty.

Hetter jest przekonany, że znalazł dowód istnienia kolejnej nieznanej dotąd społeczności. ACT jest już w kontakcie z żyjącymi w sąsiedztwie tubylcami, chcąc zapewnić jej ochronę. Dziś, gdy rząd kolumbijski przyjął pogląd ACT na tę sprawę, być może uda się zapewnić nowemu plemieniu spokój i pozwoli mu żyć zgodnie z jego własnymi zasadami. Może i w tym zakątku dżungli uda się powstrzymać na jakiś czas napór nowoczesności.

***

Świat Nauki 3.2019 (300331) z dnia 01.03.2019; Antropologia; s. 54
Oryginalny tytuł tekstu: "Strażnicy Ludu Tygrysa"

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną