Cicha inwazja miliona zarodników
W Europie jednym z najszerzej rozpowszechnionych inwazyjnych gatunków mchów jest pochodząca z półkuli południowej krzywoszczeć przywłoka (Campylopus introflexus). Na nasz kontynent trafiła w latach 40. XX w. Dziś występuje masowo w całej Polsce – szczególnie w młodnikach sosnowych, na terenach otwartych i wzdłuż leśnych dróg. Jest groźna, bo wykształciła unikalne mechanizmy adaptacyjne. Produkuje miliony mikroskopijnych zarodników, które wiatr przenosi na odległość tysięcy kilometrów.
Tradycyjne metody walki z nią przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego. „Mechaniczne usuwanie mchu poprzez rozrywanie lub grabienie darni prowadzi do generowania tysięcy mikroskopijnych fragmentów, które – rozniesione przez wiatr, wodę lub na obuwiu – dają początek nowym ogniskom inwazji. Z kolei powszechne herbicydy są nieskuteczne ze względu na odmienny metabolizm tych roślin” – wyjaśnia dr hab. Grzegorz J. Wolski z Katedry Geobotaniki i Ekologii Roślin Uniwersytetu Łódzkiego. Krzywoszczeć tworzy gęste, zbite dywany o powierzchni nawet kilkuset metrów kwadratowych, uniemożliwiające kiełkowanie rodzimych roślin i zubażające bioróżnorodność. Spadek liczby taksonów dotyka dziesiątek gatunków roślin i zwierząt w całym kraju.
Sytuacja ekologiczna wydawała się bez wyjścia aż do maja 2026 r., kiedy to brytyjski badacz dr George Greiff zauważył w swoim kraju, że nieznany nauce gatunek pasożytniczego grzyba niszczy wyłącznie inwazyjną krzywoszczeć. Takiego selektywnego obumierania nie stwierdzono jeszcze oficjalnie poza granicami Wielkiej Brytanii. „Prowadzone przeze mnie badania nie wykazały występowania tego zjawiska w krajowych populacjach. Można jednak przypuszczać, że ujawnienie się go w Polsce jest jedynie kwestią czasu” – komentuje dr hab. Grzegorz J. Wolski. Byłby to ratunek dla naszych gatunków.