Modlitwa do świetlików
A potem: twoje pierwsze światło.
Upiorna gwiazda pośród pociemniałych, metalicznych drzew.
Twój świetlny brzęk żywy jak kończyna. Jak ramię wyciągnięte,
jak dłonie złożone w czarę dla nagiego, ulotnego promienia.
Niemal żółte, a jednak pylistozielone niczym z innego świata.
Trzepot czegoś jasnego, lecz miękkiego wśród gałęzi.
Wierny pozdrawiaczu księżyca, nadprzyrodzony popiele: świetliku.
Twój blask – skupiona mgła gotowa do malowania.
Dokąd wędrujesz gwiazdko, maleńki majsterkowiczu,
w poszukiwaniu towarzyszki? Świetlisty inżynierze,
twoje ciało to jasność niepodobna do niczego ludzkiego.
Doskonalsza niż nasze najlepsze lampy, choć cyzelowaliśmy je przez wieki.
Jak odmienna jest nasza energia. Jak przyjazny
dom z ciepłym blaskiem okien. Nasza niespieszna śmiertelność,
pomruk maszyn. Sposób, w jaki cię gasimy
i ledwie zauważamy.
Rytmiczny owadzie, z głosem światła między gałęziami –
Tyś moim Lucyferem i Wenus,
Moim bogiem ziemi, nikłym ogniem roznieconym od wewnątrz.
Pójdę za twoim subtelnym mrugnięciem
w głąb lasu
za drzewa, po godzinie, gdy mój dom zatapia się w ciemności.