Krzysztof Gieraltowski / Forum
Człowiek

Stanisław Barańczak: profetyczny umysł wiecznie młody

Zajął się w swoich wierszach zaimkowym pseudonimowaniem Boga, którego imion wyliczał bez liku. Od pisanego wielką literą „Ty” po „Radiologa bez Twarzy”. Przeciekawie wypada to ostatnie określenie w kontekście współczesnych paradygmatu naukowego, dla którego wiara nie stanowi koniecznego impulsu poszukiwawczego.

Dzieło Stanisława Barańczaka rośnie w czasie i przestrzeni. Czas znowu sprzyja mocno jego zaangażowanym wierszom z lat 70. Przestrzeń natomiast domaga się formy, co z kolei aktualizuje słynne tomy Atlantyda i Widokówka z tego świata pisane w latach 80. Wybitny tłumacz i poeta, w tajemny skądinąd sposób, zaprogramował swoje dzieło pośmiertne. Wiedziony rzadką intuicją czuł pismo nosem – po prostu odkrywał uniwersalne prawa rządzące tyleż ludzką małością, co ograniczoną skłonnością ludzi do autorefleksji w warunkach opresji politycznej i metafizycznej.

Polityczność Barańczaka wydaje się z dzisiejszej perspektywy aktywizmu społecznego profetyczna. Pod emploi poznańskiego akademika ukrywał się bowiem wiecznie młody umysł, dla którego rewolta roku 1968 miała charakter formacyjny tak w perspektywie polskiego antysemityzmu, jak i w szerszej, globalnej perspektywie idealizmu, który do popkultury przeniknął pod postacią frazy: „Bądź realistą, żądaj niemożliwego”. Piękny umysł Barańczaka ewidentnie ciążył jednak w stronę realizmu, rozumianego jako bezpardonowe rozprawianie się ze społecznym konformizmem małej stabilizacji w państwie PRL. Kanoniczne – w dzisiejszym kontekście powrotu historii konformizmu – tomy Barańczaka z lat 70. nie tracą nic ze swojej siły rażenia wprost w serca współczesnych N.N. Ten anonimowy bohater pojedynczy i zbiorowy tomu Sztuczne oddychanie wrócił z przytupem w czasy ponowoczesności, by kotwiczyć ją ponownie w niereformowalnej skłonności do wiernopoddańczej wiary w mity, jakimi ta rzeczywistość dokarmia swoje zbutwiałe korzenie.

Chyba jednym z najbardziej zadziwiających i trwałych źródeł opresji, których nie oczyszcza w najmniejszym nawet stopniu doświadczenie historyczne XX w., są nacjonalizmy. Tak się złożyło, że główną niespodzianką współczesności – przez wielu intelektualistów oczekiwaną i wieszczoną – jest powrót ich, a nie technologiczny i klimatyczny holocaust, który niespodzianką nie jest. Są to nacjonalizmy politycznie różne i różnie motywowane historycznie. Zawsze jednak modyfikowane odpowiednio przez politycznych cyników, których wynoszą do władzy indyferentne, słabe demokracje, w których społeczny konformizm trzyma się mocno. Przychodziło mi czasem do głowy, że ów konformizm to immanentna cecha człowieka, że w pewnych wypadkach poniekąd jest innym imieniem zdrowego rozsądku. W przeważającej jednak mierze stanowi poważny grzech pierworodny, obciążający procesy demokratyzacji życia codziennego. Nie wiem, czy Barańczak znał i cenił myśl Raoula Vaneigema, ale niektóre frazy z Sztucznego oddychania jako żywo wydają się poetyckim wykładem idei obecnych w Rewolucji życia codziennego – tej sztandarowej pozycji w biblioteczce każdego rewolucjonisty roku 1968 we Francji. O ile czerwone książeczki Mao nie wymagały od aktywistów nowej lewicy specjalnych predyspozycji intelektualnych, o tyle książka Vaneigema zmuszała do poważnego namysłu. Po ponad pół wieku, które minęło od jej napisania, potwierdza się stara zasada – im wino starsze, tym jego bukiet smakowy bogatszy.

Raoul Vaneigem swoją Rewolucję życia codziennego oparł na jednej, zasadniczej idei. Podług autora należy na nowo przywrócić należne miejsce subiektywności. To nasze jednostkowe światoodczucie stanowić ma o przewartościowaniu systemu społecznej represji, której widocznym znakiem u schyłku lat 60. stał się powszechny model radosnej konsumpcji dóbr materialnych. Wykroczenie poza zaklęty krąg zniewolenia ducha przez imperatyw posiadania nastąpić może jedynie na drodze radykalnej kontestacji. Vaneigem podważa zasadność wiary w „nowy, wspaniały świat”, który rzekomo wyrośnie na gruzach rzeczywistości kapitalistycznego wyzysku. Rewolucja życia codziennego to projekt rewindykacji podmiotowości – odzyskania wolności wątpienia we wszystkie prawdy stanowiące o sensowności życia jednostki. Pod ostrze krytyki autora dostają się więc wielkie tradycje historiozofii, począwszy od modelu Rewolucji Francuskiej, przez dziewiętnastowieczny optymizm światopoglądów scjentystycznych, skończywszy zaś na złowrogich pomysłach Lenina. Nie to stanowi jednak o atrakcyjności książki Vaneigema.

Głównym atutem Rewolucji życia codziennego stał się język, którym autor opowiada o wielkich pomyłkach ulepszania organizacji życia społecznego i doskonalenia ludzkiej natury. Vaneigem w prostej linii antycypował pojawienie się tak wyrazistych głosów współczesnej socjologii jak wystąpienia Jeana Baudrillarda czy Paula Virilio. Nie stroni od żywej mowy – jego dyskurs to wypadkowa energii różnych potoczystości i żargonów rewolucyjnych rodem z pism Fouriera. A wszystko to podane w sosie autoironii i prześmiewczej rezygnacji. Pod piórem Vaneigema na nowo ożywają postacie Sade’a, Stirnera czy Freuda – tych, których praca intelektualna pozostawała w kontrpropozycji do uładzonej i nieprawdziwej wizji człowieka jako powściągliwej istoty społecznej. Vaneigem określa się mianem depozytariusza wiedzy, która wyklucza możliwość spolegliwej zgody na pohukiwania demonstracji w obronie praw człowieka lub obywatela. Ludzie nie nadają się na obywateli, a swoje prawa egzekwują zawsze kosztem innych.

Nie inaczej sprawy się mają na lokalnym, peerelowskim podwórku. Barańczak również „robi człowieka” za pomocą przechwyconych językowych gotowców, w których lapsus doskonale wyświetla nieświadomość szarego obywatela, szarego kraju. Pisze Barańczak bowiem w czasach, w których heroizm był na wagę złota, nawet jeżeli złoto okazało się „runem nicości” i mocno przecenionym w warunkach demokracji liberalnej fantazmatem. Bohater, którego wykreował musiał wydawać się co najmniej podejrzany, mysi, szary i zgarbiony, a przede wszystkim lokalny, „nasz ci on”, a nie tych sytych zrewoltowanych Francuzów. Ale to właśnie mysia, czy żabia perspektywa moralna, okazać się miała wiarygodną diagnozą ludzkiej kondycji in genere. Kondycji, z którą się nie dyskutuje, tylko politycznie wyzyskuje. Stopniowo lektura Sztucznego oddychania powoduje, że zaczynamy lubić N.N. Dzięki niemu zrzucamy niechciany bagaż etyki, który załadował na nasze chwiejne, ludzkie kręgosłupy polski katolicyzm, każąc nam zasuwać za miskę ryżu ku nieokreślonej wieczności. N.N. wie, że z wieczności nici. Że trzeba ją sobie wydziergać tu i teraz. I starać się wyprzedzać politykę faktów dokonanych, dokonując odpowiednio dalekosiężnych prognoz siebie samego. W tekście „N.N. rzuca w przestrzeń naiwne pytania”, Barańczak portretuje prezentera telewizyjnego, dziennikarza i szeregowego współpracownika SB, bombardując ich serią pytań, z których parę wydaje się dziś zadawanym luminarzom szpalt i ekranów:

Co ty naprawdę myślisz? Tak, do ciebie mówię,

wprost w twoje białe zęby, w twoje oczy, które

co dzień o wpół do ósmej wieczór

budzą w nas zaufanie i wiarę.

(…)

Co myślisz ty, piszący artykuły

o tym, że jest i będzie coraz lepiej?

(…)

A ty co myślisz, wystukujący

na maszynie kolejną informację o

treści rozmowy z dwoma kolegami

na imieninach twojej żony?

Jakże znajomo pobrzmiewają w tych wyimkach echa tyleż historyczne, ile całkowicie współczesne. Kultura „narcystycznej normy” i widzialności dokonuje w ludzkich psychikach zniszczeń, całkowicie luzujących horyzont moralny i odsyłających go do lamusa etyki, w którym Barańczak owej moralność strzegł jak ognia. Nie bez kozery tytułował zbiór swoich esejów Etyka i poetyka. Koniunkcja łącząca te dwa pojęcia wydaje się dziś zaiste staroświecka. W dzisiejszym stanie spraw społecznych poeta zaangażowany nazwałby raczej książkę „Etyka albo poetyka”. Alternatywa chyba bardziej zbliża się do stanu faktycznego świata, gdzie „poetyka bycia” całkowicie oddaliła się od tego bycia moralnej istoty.

Istocie transcendującej porządek społeczny poświęcił Barańczak całe lata 80. swojej twórczości. Po emigracji do Ameryki, w sposób naturalny doświadczył idei Vaneigema na własnej skórze, poświęcając sporo wierszy z Atlantydy, a zwłaszcza z Widokówki z tego świata krytyce amerykańskiego way of life w wersji kampusowej. Ale nade wszystko zajął się zaimkowym pseudonimowaniem Boga, którego imion wyliczał bez liku. Od pisanego wielką literą „Ty” po „Radiologa bez Twarzy”. Przeciekawie wypada to ostatnie określenie w kontekście współczesnych paradygmatu naukowego, dla którego wiara nie stanowi koniecznego impulsu poszukiwawczego. Specjalizacja współczesnej nauki zdecydowanie wpływa na specjalizację pojęcia Boga, który służy do rozwiązywania konkretnych problemów naszej egzystencji, a nie do określania tej egzystencji horyzontów metafizycznych. Na pierwszy rzut oka takie potraktowanie Boga może uchodzić za świętokradztwo, niemniej skutecznie chroni przed ideologicznymi krucjatami. Prywatyzacja doświadczenia metafizycznego, tak wiarygodnie i z zyskiem metaforycznym przeprowadzona w Widokówce z tego świata, po dziś dzień nie trąci myszką. I w tej materii Barańczak czuł pismo nosem – wiedział, że zwłaszcza na polską, zbełtaną chimerami predestynacji do bycia Chrystusem narodów” wyobraźnię, taki sprywatyzowany Bóg może podziałać kojąco. Mało tego. W jednej ze swoich najwspanialszych, zaimkowych apostrof dał nam również szansę ucieczki z zatęchłej kultury narcyzmu, otwierając prawdziwie wymagającą ścieżkę empatii, której obiektem uczynił po prostu Boga: ten rachunek nieprawdopodobieństwa.

Ale dosyć już o mnie. Mów jak Ty się czujesz

z moim bólem – jak boli

Ciebie Twój człowiek.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną