Reklama
Mirosław Gryń / pulsar
Człowiek

Protest sektora nauki. Maciej Grzybek: Polska inwestuje w zbrojenia, ale nie w naukę. To błąd, którego skutki zobaczymy za dekadę

Protest sektora nauki. Marcin Kulasek: 2,2 proc. PKB na badania i rozwój jesteśmy w stanie osiągnąć szybciej niż się wydaje
Człowiek

Protest sektora nauki. Marcin Kulasek: 2,2 proc. PKB na badania i rozwój jesteśmy w stanie osiągnąć szybciej niż się wydaje

Pomimo niezwykle napiętej sytuacji budżetowej udało nam się już zwiększyć budżet o 400 mln; 280 mln przesunęliśmy z budżetów kancelarii, a kolejne 120 mln udało się znaleźć na końcowym etapie prac nad ustawą budżetową – mówi Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. [Artykuł także do słuchania]

Sam fakt wysokich wydatków na obronność nie jest problemem. Jest nim asymetria myślenia. Państwo, które potrafi bardzo szybko uznać jeden typ wydatków za konieczny dla przetrwania, ale nie potrafi podobnie traktować inwestycji w wiedzę, ma problem z definicją bezpieczeństwa. [Artykuł także do słuchania]

Polska słusznie inwestuje dziś w obronność – za rekordowe sumy kupuje samoloty, czołgi, wyrzutnie rakietowe i systemy obrony powietrznej. To zrozumiałe, kiedy za naszą granicą toczy się wojna, która zmieniła europejską wyobraźnię strategiczną. Problem polega na tym, że czołgami można odeprzeć agresora jutro. A co pojutrze? Bez naukowców nie będzie komu projektować następnej generacji systemów obronnych, oceniać ryzyka biologicznego, rozwijać cyberbezpieczeństwa, budować energetyki jądrowej, wdrażać sztucznej inteligencji ani sprawdzać, czy importowana technologia rzeczywiście działa tak, jak obiecują jej dostawcy.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego nakłady Polski na badania i rozwój w 2024 r. spadły z 1,56 do 1,41 proc. PKB. W tym samym czasie średnia unijna wynosiła 2,24 proc. PKB. Po raz pierwszy od lat nie przybliżyliśmy się do europejskiego centrum, lecz się od niego oddaliliśmy. Równolegle państwo uchwaliło budżet obronny na 2026 r.: 200,1 mld zł, czyli 4,81 proc. prognozowanego PKB. Jeszcze raz: sam fakt wysokich wydatków na obronność nie jest problemem. Jest nim asymetria myślenia. Państwo, które potrafi bardzo szybko uznać jeden typ wydatków za konieczny dla przetrwania, ale nie potrafi podobnie traktować inwestycji w wiedzę, ma problem z definicją bezpieczeństwa.

Cicha obrona

Bezpieczeństwo militarne łatwo pokazać. Ma mundur, fabrykę, poligon, kontrakt i zdjęcie z jego podpisania. Bezpieczeństwo naukowe jest cichsze i zdecydowanie mniej widoczne. Składa się z m.in. doktorantów, zespołów badawczych i instytucji zdolnych reagować szybciej, niż nadchodzi kryzys. W oficjalnym polskim myśleniu strategicznym nauka pojawia się rozproszona – jako element innowacyjności, gospodarki, szkolnictwa wyższego albo konkurencyjności. Rzadziej – jako warunek odporności państwa. Nie ma nawet osobnej kategorii bezpieczeństwa naukowego ani systemu utrzymywania kompetencji w dziedzinach krytycznych.

A przecież wolność technologiczna jest wolnością polityczną. Każde importowane F-35, Patriot, HIMARS, K2, systemy rozpoznania, technologie medyczne, rozwiązania energetyczne czy algorytmy sztucznej inteligencji ktoś musi w Polsce rozumieć, integrować, testować, zabezpieczać, naprawiać i zastępować następną generacją. Bez krajowej bazy naukowej i inżynierskiej kupujemy nie tylko sprzęt. Kupujemy zależność. Im bardziej złożony sprzęt, tym droższą.

Pandemia Covid-19 pokazała, że państwa potrzebują nie tylko szpitali i respiratorów, lecz także laboratoriów diagnostycznych, epidemiologów, wirusologów, specjalistów zdrowia publicznego i sprawnych kanałów doradztwa naukowego. Wojna w Ukrainie ujawiła, że współczesny konflikt jest wojną artylerii i okopów, lecz także dronów, satelitów, danych, oprogramowania, zakłócania sygnałów, logistyki, medycyny pola walki i odporności infrastruktury krytycznej. Kryzys energetyczny pokazał, że suwerenność energetyczna wymaga nie tylko kontraktów, lecz także kompetencji technologicznych. Wszystkie te obszary łączy jedno –– bez własnej nauki państwo jest zdane na cudzą interpretację rzeczywistości.

Odrzucone talenty

W konkursie ERC Starting Grants 2024 finansowanie zdobyło 10 naukowców z Polski lub polskiego pochodzenia. Jednak tylko dwa projekty będą realizowane w polskich instytucjach. Pozostałe granty trafiły do badaczy pracujących w zagranicznych ośrodkach – od Groningen i Hamburga, przez Helsinki, Göteborg i Barcelonę, po Niceę i Oksford. Można to czytać jako sukces: polskie szkoły i uczelnie nadal kształcą ludzi zdolnych do gry w europejskiej pierwszej lidze. Można też czytać jako diagnozę: polski system często nie jest dla nich najbardziej atrakcyjnym miejscem do prowadzenia badań. Granty ERC nie mierzą jakości całej nauki. Są jednak jednym z najlepszych testów atrakcyjności instytucji dla badaczy zdolnych prowadzić przełomowe projekty. Dlatego ważniejsze od pytania, ilu Polaków wygrywa ERC, jest to, gdzie chcą te granty realizować.

Od 2007 r. jeden belgijski uniwersytet , KU Leuven, koordynował więcej grantów ERC niż wszystkie instytucje w Polsce razem wzięte. KU Leuven to 183 granty ERC, a do Polski od początku działania ERC trafiło niespełna sto takich grantów. Grupa Wyszehradzka wypada w tych statystykach słabo w porównaniu z państwami Europy Zachodniej, ale Polska słabiej, niż wynikałoby z jej wielkości, ambicji i potencjału. Tego nie da się już tłumaczyć wyłącznie historią, zapóźnieniem startowym ani różnicą infrastruktury.

Młody badacz po doktoracie w Polsce zwykle staje przed wyborem między etatem z wysokim obciążeniem dydaktycznym a krótkim kontraktem grantowym bez jasnej perspektywy stabilizacji. W wielu krajach Europy Zachodniej standardem jest tenure track: kilka lat intensywnej pracy, ocena i możliwość przejścia na stabilne stanowisko. U nas wciąż to wyjątek. Młody naukowiec często dostaje serię umów czasowych, kolejne granty, sprawozdania. I poczucie, że system potrzebuje jego pracy, ale nie oferuje mu przyszłości.

Do tego dochodzi finansowanie badań podstawowych. Konkursy Narodowego Centrum Nauki w wielu panelach mają wskaźniki sukcesu na poziomie, który nie pozwala odróżnić projektów dobrych od bardzo dobrych. Gdy finansowanie otrzymuje od kilku do kilkunastu procent wniosków, a wiele wysoko ocenionych projektów odpada z braku środków, zaczyna to przypominać selekcję przez niedobór. Dla młodego naukowca wracającego z zagranicy komunikat jest prosty: możesz mieć dobry projekt, dorobek i międzynarodowe doświadczenie, a mimo to nie zbudujesz w Polsce zespołu, bo zabraknie środków na start.

Zdrenowane mózgi

Polska już raz zapłaciła ogromną cenę za utratę ciągłości elit eksperckich. W XX w. wojna, okupacja, zbrodnie nazistowskie i sowieckie, zmiana granic oraz powojenne podporządkowanie państwa systemowi komunistycznemu zniszczyły albo rozproszyły znaczną część polskiej inteligencji. Sonderaktion Krakau, zbrodnia katyńska, likwidacja środowisk akademickich Wilna i Lwowa – to nie są tylko rozdziały historii martyrologicznej. Także przerwanej transmisji wiedzy.

Dzisiejszej sytuacji oczywiście nie wolno z tym zrównywać. Obecny odpływ ma charakter dobrowolny i często racjonalny z punktu widzenia jednostki. Ludzie wybierają lepsze warunki pracy, stabilniejsze kariery, sprawniejsze instytucje, większe granty i bardziej przewidywalne życie. Skutek systemowy może być jednak podobny: utrata szkół naukowych, mentorów, sieci eksperckich i kompetencji oraz zaufania nie odbudowuje się szybko.

Laboratorium można wyposażyć w dwa lata. Budynek postawić w jedną kadencję. Aparaturę kupić z funduszy europejskich. Zespół badawczy, który naprawdę działa, powstaje jednak długo. Doktor potrzebuje do rozwoju zwykle czterech lub pięciu lat. Samodzielny lider naukowy – kolejnej dekady. Szkoła naukowa dojrzewa przez pokolenie. Niektóre po przerwaniu nie wracają nigdy.

Dlatego obecny odpływ młodych naukowców jest problemem strategicznym. Nie chodzi o to, że każda osoba z doktoratem musi zostać na uczelni. Wyjazdy są potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo nie ma zachęt do powrotu, mechanizmu przyciągania talentów ani utrzymywania kompetencji w dziedzinach krytycznych. Wtedy mobilność zamienia się w drenaż.

Według danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego liczba doktorantów w Polsce spadła z ok. 39 tys. w 2018 r. do ok. 20 tys. w 2024 r. Reforma szkół doktorskich miała zwiększyć jakość kształcenia. W części to zrobiła – doktorantów jest mniej, ale mają stypendia i działają w bardziej uporządkowanym systemie. Równocześnie jednak młodzi ludzie otrzymali jasny sygnał ekonomiczny: nauka jest ścieżką prestiżową, ale nisko wynagradzaną, niepewną i trudną do pogodzenia z normalnym życiem.

Doktorant w laboratorium biologicznym, chemicznym czy technologicznym nie pracuje od ósmej do szesnastej. Eksperymenty nie kończą się dlatego, że kończy się dzień pracy. Artykuły nie piszą się same. Granty nie czekają. Jeżeli system oferuje takim ludziom stypendium zbliżone do płacy minimalnej i mówi im, że robią coś strategicznie ważnego dla państwa, trudno się dziwić, że część wybiera sektor prywatny albo zagranicę.

Trzeba jednak powiedzieć jasno: samo zwiększenie finansowania nie naprawi polskiej nauki. Dosypanie pieniędzy do systemu bez reform mogłoby utrwalić część jego najsłabszych cech: feudalne relacje akademickie, niską mobilność, słabe umiędzynarodowienie, rozproszenie odpowiedzialności, niewystarczające wsparcie dla najlepszych grantów, zbyt słabe powiązania z gospodarką i brak strategicznego myślenia o kadrach.

Dlatego postulat zwiększenia nakładów na badania i rozwój nie powinien być rozumiany jako prosta prośba środowiska akademickiego o większy budżet. Powinien być kontraktem modernizacyjnym. Więcej środków – tak, ale w zamian za zmiany w przebiegu kariery, profesjonalizację zarządzania badaniami, silniejsze mechanizmy mobilności, programy powrotowe, lepsze wsparcie grantowe, jasne wskaźniki efektywności i strategiczne programy kompetencyjne w dziedzinach istotnych dla bezpieczeństwa państwa. Innymi słowy, chodzi o to, aby system był zdolny utrzymać i przyciągać ludzi, których będzie potrzebować w czasie kryzysu.

Potrzebne zmiany

Ustawowy harmonogram dojścia do 3 proc. PKB całkowitych nakładów na badania i rozwój, połączony z reformami. Cel 3 proc. nie może oznaczać wyłącznie większych wydatków publicznych. W logice europejskiej znacząca część nakładów powinna pochodzić z sektora prywatnego. Państwo musi więc nie tylko zwiększyć własne finansowanie, lecz także uruchomić mechanizmy, które pobudzą inwestycje firm: ulgi podatkowe, zamówienia przedkomercyjne, partnerstwa publiczno-prywatne, długoterminowe programy technologiczne i stabilne reguły współpracy między nauką a gospodarką.

Reforma kariery naukowej: realna ścieżka tenure track w pierwszych latach po doktoracie, lepsze warunki dla doktorantów, mniej przypadkowości zatrudnienia grantowego, jasne zasady awansu. Nie da się budować bezpieczeństwa państwa na ludziach, którym państwo nie oferuje przewidywalnej przyszłości. Programy powrotowe powinny mieć skalę większą niż symboliczna. Nie chodzi o kilka głośnych nazwisk, lecz o systematyczne przyciąganie 200–300 badaczy rocznie: Polaków pracujących za granicą i cudzoziemców, którzy mogliby budować zespoły w Polsce.

Profesjonalne wsparcie dla grantów europejskich i strategicznych. W wielu najlepszych uczelniach świata naukowiec nie jest samotnym petentem wobec administracji. Ma zespół wspierający przygotowanie budżetu, strategii, etyki, komunikacji, zarządzania danymi i kontaktów z agencją finansującą. W Polsce badacz często najpierw walczy z własną instytucją, a dopiero później z konkurencją europejską. Jeżeli chcemy więcej grantów ERC, większego umiędzynarodowienia i lepszej pozycji polskich uczelni, musimy przestać traktować środki na administrację nauki jako koszt uboczny.

Bezpieczeństwo naukowe wpisane do Strategii Bezpieczeństwa Narodowego jako osobna kategoria, mierzalny element odporności państwa. Wskaźniki mogłyby obejmować m.in. nakłady GERD/PKB, udział sektora prywatnego w B+R, liczbę grantów ERC w Polsce, strukturę wiekową kadry, saldo migracji naukowej, liczbę doktorantów w dziedzinach krytycznych i zdolność krajowych instytucji do reagowania w sytuacjach kryzysowych. Taki przegląd powinien być wykonywany cyklicznie, najlepiej co dwa lata, z odpowiedzialnością przypisaną konkretnemu organowi państwa.

Sprzęt wojskowy kupuje się decyzją budżetową. Kompetencje buduje się przez pokolenie. Dlatego bezpieczeństwo naukowe jest tak trudne politycznie: nie daje szybkiego efektu, nie mieści się w jednej kadencji, nie nadaje się łatwo do przecięcia wstęgi. Jednak państwa, które myślą poważnie o suwerenności, wiedzą, że najważniejsze rezerwy strategiczne nie zawsze stoją w magazynach wojskowych. Czasem siedzą w laboratoriach, bibliotekach, salach seminaryjnych i zespołach badawczych, których istnienie zauważamy dopiero wtedy, gdy ich zabraknie. Dlatego 27 maja o godz. 13 naukowcy, doktoranci, studenci i pracownicy sektora akademickiego planują protest przed Sejmem RP w ramach inicjatywy „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski”. To nie jest wyłącznie protest środowiskowy. To apel o uznanie, że finansowanie nauki jest częścią bezpieczeństwa państwa.

Reklama