Reklama
Katarzyna Roguz Katarzyna Roguz Leszek Zych / Polityka
Środowisko

Katarzyna Roguz, laureatka Nagrody Naukowej POLITYKI 2026: Otrzepuję się i idę dalej

Oni wierzą, że nadal można pozytywnie wpływać na świat. 26. Nagrody Naukowe POLITYKI rozdane!
Człowiek

Oni wierzą, że nadal można pozytywnie wpływać na świat. 26. Nagrody Naukowe POLITYKI rozdane!

Dr Michał Godziszewski w kategorii Nauki humanistyczne, dr Krzysztof Mączka w kategorii Nauki społeczne, dr inż. Katarzyna Roguz w kategorii Nauki o życiu, dr inż. Marcelina Jureczko w kategorii Nauki ścisłe i dr inż. Sebastian Cygert w kategorii Nauki techniczne. POLITYKA 26. raz wręczyła swoje stypendia naukowe.

Czym i kogo kuszą kwiaty? Po co badacze biegają po łąkach? W jakiej zieleni miastu jest najlepiej? Odpowiada dr inż. Katarzyna Roguz, laureatka tegorocznej Nagrody Naukowej POLITYKI w kategorii Nauki o życiu. [Artykuł także do słuchania]

ROBERT JURSZO: – Dlaczego nauka? Jest tyle innych pasjonujących rzeczy, które można robić w życiu. I lepiej płatnych.
KATARZYNA ROGUZ: – Chyba nie zdarza mi się myśleć o lepiej płatnej pracy, myślę o trudnej sytuacji finansowej polskiej nauki i doświadczam jej skutków. I pewnie moglibyśmy długo na to narzekać. Ja jednak zawsze chciałam i nadal chcę chronić przyrodę, wykorzystując narzędzia naukowe. Myślę o swojej pracy jak o pracochłonnym i uważnym dokładaniu kolejnych puzzli do ogromnego obrazu, którego w całości nikt jeszcze nie widział

Dlaczego przyroda?
Od początku bardziej świadomego życia kochałam zwierzęta, ważny był dla mnie wegetarianizm. To było trochę jak magma, która wzbierała we mnie, choć jeszcze nie było formy, w którą mogłaby się wlać. I kiedy już zdawałam na studia, przeczytałam w „Niezbędniku Inteligenta” POLITYKI wywiad z prof. Ewą Symonides (NI Plus 6/2010 – przyp. red.), w którym powiedziała, że sama miłość do przyrody nie wystarczy, by ją chronić, bo trzeba przede wszystkim ją poznać. Te słowa zapadły we mnie bardzo głęboko i w jakiś sposób pomogły przemienić moje emocje w coś bardziej konstruktywnego. Później zaczęłam pracę w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie nauczyłam się, że bez zachwytu nad detalem – budową skrzydła motyla czy kwiatostanu stokrotki – trudniej jest naturę chronić. Dlatego w swojej edukacyjnej pracy staram się pokazywać te szczegóły innym, by uwidocznić, jak bardzo złożony jest ten świat. Myślę, że nadal jest w tym ten mój pierwotny entuzjazm, jednak dojrzalszy, bo już ukierunkowany.

Jako naukowczyni poświęciła się pani badaniu ewolucji cech kwiatów oraz studiom nad relacjami między roślinami a zapylaczami.
To efekt wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności. Odkąd zaczęłam studiować biologię, marzyłam, by pracę licencjacką zrobić w Ogrodzie Botanicznym UW. Od zawsze też uwielbiałam rośliny kwiatowe, ponieważ fascynuje mnie różnorodność kolorów, kształtów, form i zapachów kwiatów. Tak trafiłam do prof. Marcina Zycha, z którym relacja bardzo mnie ukształtowała naukowo i zawodowo. Dzięki niemu zrozumiałam, że kwiaty są nie tylko czymś statycznym i pięknym, ale również elementem skomplikowanych interakcji z innymi organizmami, a także czymś, co się zmienia. W doktoracie zajęłam się ewolucją kwiatów z rodzaju szachownica. Szczególnie interesowało mnie to, jak ich cechy kształtowały się w relacji z zapylaczami.

I jak ułożyły się puzzle?
Zaskakująco. W biologii zapylania funkcjonuje teoria tzw. syndromów kwiatowych, która mówi, że określone zestawy cech kwiatów odpowiadają preferencjom poszczególnych grup zapylaczy. Przykładowo czerwone kwiaty są prawdopodobnie dopasowane do ptasich. Sądzono, że owady nie widzą tego koloru w taki sposób, w jaki my go postrzegamy, więc nie odróżniają ich od zielonego tła. W toku badania okazało się jednak, że kwiaty niektórych gatunków szachownic są odwiedzane nie tylko przez kolibry, ale też przez pszczoły. W ten sposób udało się pokazać, że teorii syndromów kwiatowych nie należy traktować jako koncepcji, która w pełny sposób wyjaśnia relacje między kwiatami a zapylaczami.

Mogłoby się wydawać, że o zapylaniu wiadomo już wszystko, tymczasem – jak widać – w naszej wiedzy wciąż są białe plamy.
Jako naukowczyni mam raczej wrażenie, że nasza wiedza jest jednocześnie duża i niewielka. Wiemy, że zapylacze są przyciągane przez właściwości kwiatów, czyli kolory, kształty, zapachy, oraz oferowaną nagrodę, czyli najczęściej pyłek lub nektar. Choć nie tylko, bo kwiaty są też miejscem spotkań – w tym kopulacji – czy nocowania. Wiemy też, że zapylacze, w tym owady, potrafią rozpoznawać kwiaty, że je zapamiętują i potrafią lokalizować. To, co dzieje się z pyłkiem – gdzie i jak się przemieszcza, gdy zostanie podjęty z kwiatu – wciąż jednak jest dla nas tajemnicą. Inny przykład: wciąż nie wiemy, po co szachownicy kostkowatej – to jedyna roślina z tego rodzaju rosnąca w Polsce, i to zaledwie na dwóch stanowiskach, do tego zagrożona – szachownicowaty wzór na płatkach kwiatów. Wciąż jest co badać.

26. edycja Nagród Naukowych POLITYKI (2026)Polityka26. edycja Nagród Naukowych POLITYKI (2026)

W powszechnym przekonaniu zapylacze to owady, przede wszystkim pszczoły. Tymczasem zapylaczem może być nawet kaberu etiopski, zwany też wilkiem etiopskim, jeden z najrzadszych psowatych świata, w dodatku endemiczny.
Oraz kolibry i ptaki wróblowe. Na przykład w Wielkiej Brytanii korona cesarska, azjatycki gatunek, a przy tym roślina ozdobna ogrodów, jest zapylana przez sikory. Bardzo ważnymi zapylaczami dzikich bananów są nietoperze, czyli ssaki. Rośliny są zapylane przez różne gatunki gryzoni, ale też lemury czy jaszczurki. Grupa zapylaczy jest bardzo szeroka i nie ogranicza się do owadów. Przykład wilka etiopskiego jest fascynujący, ponieważ to drapieżnik, a więc kojarzymy go z polowaniem, a nie z zapylaniem. Przyroda lubi rozsadzać nasze wyobrażenia o niej, więc może tak jest i w tym przypadku. Mówię „może”, ponieważ nie wiadomo, czy wilk etiopski przenosi pyłek w sposób efektywny, tzn. czy dotykanie pokrytym nim pyskiem żeńskich kwiatów faktycznie prowadzi do zapłodnienia. Na razie pretenduje do roli zapylacza. (śmiech)

Pani badania dotyczą również biologii miejskiej. Miasta, o czym wiemy co najmniej od drugiej połowy XX w., są ekosystemami bardzo złożonymi. Składają się nie tylko z obszarów zabudowanych, ale też np. z parków, łąk kwietnych, nieużytków, zieleni niezagospodarowanej, rumowisk, bocznic kolejowych. Czy taka przestrzeń zmienia relacje kwiatów z zapylaczami?
To pytanie bardzo mnie ostatnio nurtuje. Tym bardziej że miasto zmienia bardzo dużo: temperaturę, dostępność wody czy połączenia pomiędzy poszczególnymi populacjami, które często są porozcinane ulicami czy budynkami. Wprowadza nowe gatunki roślin, które w naturalnych siedliskach nie rosłyby obok siebie. Działa jak filtr na zapylacze – niektóre ich grupy nie są w stanie odnaleźć się w warunkach miejskich, a inne radzą sobie świetnie. I są oczywiście takie, które my wprowadzamy do ekosystemu, jak np. pszczoła miodna. Przestrzeń miejska zmienia się też szybciej niż typowy naturalny ekosystem.

Co udało się ustalić?
W Ogrodzie Botanicznym UW robimy badania na żmijowcu. To często występująca w miastach roślina uznawana za chwast, choć jest przepiękna – ma wielkie kwiatostany złożone z licznych niebieskich kwiatów. Całkiem dobrze czuje się na miejskich nieużytkach, bocznicach kolejowych i w zapuszczonych pustostanach. Nasze pierwsze badania wskazują na to, że ilość nektaru w jej kwiatach jest zależna od dostępności wody w siedlisku. Przy czym nie chodzi tu o wilgotność podłoża, lecz o obecność zbiorników w pobliżu. To ważne ustalenie, ponieważ – jak mówiłam – nektar jest jedną z ważniejszych nagród pokarmowych dla zapylaczy, która wabi je do kwiatów.

Druga część naszych badań na żmijowcu wskazuje na to, że gdy rośnie on w mniej zurbanizowanych przestrzeniach, to zapylacze wybierają większe kwiaty. To naturalna preferencja, bo większy kwiat jest obietnicą większej nagrody. Na terenach bardziej zurbanizowanych zapylacze stają się mniej wybiórcze. A to może oznaczać, że w warunkach miejskich zmienia się presja selekcyjna na określone cechy kwiatów. To jednak jest na razie raczej hipoteza robocza.

W tym kontekście ciekawe wyniki przyniosły nasze badania testujące uczciwość komunikacji między kwiatami a ich zwierzęcymi zapylaczami. Koncentrowaliśmy się tu na irysach. Sprawdzaliśmy to, czy większe kwiaty rzeczywiście produkują większą ilość nektaru, ale też to, czy zapylacze czytają ten sygnał. I okazało się, że nie jest to wcale sztywną regułą.

Czy z tych badań wynikają jakieś rekomendacje dla ochrony zapylaczy i kwiatów w miastach?
Myślę, że tak. Nasze analizy łąk kwietnych jasno pokazały, że warto dbać o to, by miejska zieleń zapewniała pokarm dla różnych grup zapylaczy. I choć w Polsce zasadniczo są to jedynie owady, to one również potrzebują w tej kwestii zróżnicowania. Przykładowo kwiatostany dzikiej marchwi są otwarte jak talerz, więc z nich będzie mógł pożywić się również tak mało wyspecjalizowany zapylacz jak chrząszcz. Są też jednak kwiaty mniej dostępne, jak u groszku, lucerny czy koniczyny, do których nie wszystkie zapylacze będą miały dostęp. Projektując łąki miejskie, dobrze jest zwracać uwagę na to, by tworzyły je zróżnicowane gatunki roślin, bo to zwiększa również bioróżnorodność owadów. Rośliny powinny być również dobierane w taki sposób, by pory ich kwitnienia pokrywały cały sezon wegetacyjny – od wczesnego marca po późny październik. No i w miastach zdecydowanie powinno się ograniczyć koszenie. Rozumiem, że w niektórych parkach – zwłaszcza zabytkowych – część roślinności musi być wykoszona, a np. na pasach drogowych trzeba to zrobić ze względów bezpieczeństwa. W innych przypadkach dajmy przyrodzie rosnąć. Również ze względu na zapylacze.

Otrzymała pani tegoroczną Nagrodę Naukową POLITYKI…
…to dla mnie bardzo ważne wyróżnienie. Szczerze mówiąc, byłam bardzo zaskoczona, że je otrzymałam. Wydawało mi się, że badanie ewolucji kwiatów to bardzo niszowe zajęcie. Nie pracuję nad ważnym lekiem, nie wymyślam nowej technologii, nie robię czegoś, co da się łatwo skomercjalizować i osiągnąć dzięki temu szybki zysk. Ta nagroda jest dla mnie ważna właśnie w tym momencie, w którym ją dostałam. Naprawdę dodała mi skrzydeł, bo ostatni czas był dla mnie ciężki: odrzucone granty, odrzucone artykuły, trudne recenzje. Oczywiście w nauce odmowa jest czymś naturalnym, ale zawsze bolesnym. I to naprawdę wspaniałe, kiedy przychodzi wiadomość, że to, co robię, ma znaczenie nie tylko dla mnie. Tę nagrodę traktuję również jako docenienie ludzi, którzy ze mną pracują, bo nauka to praca zespołowa. Może brzmi to patetycznie, ale tak właśnie myślę.

Ostatnie pytanie, stereotypowe, ale chyba wciąż warto je zadawać: trudno być kobietą w nauce?
Biologia jest dość sfeminizowaną nauką i zdaje mi się, że wcześniej nie musiałam się bardzo zastanawiać nad swoją płcią. Od niedawna jednak jestem także matką. I choć mam wspierającego partnera, to praca naukowa jest wymagająca i bywam ogromnie przeciążona. Nie da się uniknąć wszystkich trudności wynikających z łączenia macierzyństwa z pracą. Podczas grantu, w ramach którego byłam w Niemczech, uczelnia dofinansowała wyjazd na konferencję z dzieckiem, które miało też tam zapewnioną opiekę. Córka była jednak chora, więc przed swoim wystąpieniem spałam zaledwie godzinę. To są właśnie sytuacje, w których być kobietą w nauce jest trudno. Człowiek się jednak otrzepuje i idzie dalej.

Z pewnością wiele się zmieniło w zakresie instytucjonalnego wsparcia dla matek badaczek. Niemniej wciąż istnieją rozwiązania warte upowszechnienia. Kiedy zbliżał się moment porodu, poprosiłam mojego szefa, prof. Zycha, by na moje miejsce zatrudnił pracownika technicznego, który mógłby kontynuować moje badania, kiedy będę na urlopie macierzyńskim. Trzeba więc dobrego instytucjonalnego wsparcia, rozważenia różnych opcji i prób racjonalnego zaplanowania przerwy w karierze.

ROZMAWIAŁ ROBERT JURSZO.


Partnerzy|Partnerzy

Reklama