Reklama
Pierwszy numer „Wiedzy i Życia” z marca 1926 r. Pierwszy numer „Wiedzy i Życia” z marca 1926 r. Biblioteka Narodowa w Warszawie
Struktura

100 lat „Wiedzy i Życia”!

„To, co wczoraj wydawało się prawdą, dziś może być uznane za fałsz. To, co dziś za prawdę uważamy, może być jutro z liczby prawd wykreślone. Ileż jest prawd, których dziś nie przeczuwamy nawet w marzeniach sennych, a które będą zdobyczą dopiero naszych wnuków lub prawnuków – może za setki, może za lat tysiące?” – to słowa z pierwszego numeru „Wiedzy i Życia”. I dziś są aktualne. Pozdrawiamy osoby czytające ten tekst za lat 100, 200, 300…

Najstarsze polskie pismo popularyzujące nauki przyrodnicze to wychodzący od 1882 r. przy warszawskiej Szkole Głównej „Wszechświat”. Założeniem tego wzorowanego na „Nature” periodyku było poznawanie przyrody i jej ochrona, ale też prezentacja osiągnięć towarzystw naukowych z różnych zaborów. Młodsza od „Wszechświata” „Wiedza i Życie” ma trochę inną historię, bo przez długi czas była organem różnych instytucji oświatowych. Tytuł dla pisma wymyślił Tadeusz Rechniewski – socjalista, który po 14 latach zesłania na Sybir za działalność rewolucyjną wrócił w 1906 r. do Polski i założył edukujący robotników Uniwersytet dla Wszystkich oraz szereg pism popularyzujących wśród nich wiedzę społeczną i ekonomiczną. Ciągle jednak tytuły te zamykano. Rechniewski musiał otwierać nowe, aż 11 września 1910 r. w Wilnie wydał jednodniówkę „Wiedza i Życie”. We wstępniaku zaznaczono, że ma ona „rozpatrzeć pokrótce to współdziałanie pomiędzy ludźmi wiedzy i ludźmi pracy życiowej. To zbliżenie między wiedzą i życiem jest jedną z najpilniejszych potrzeb”. W ten apel wpisywały się teksty o problemach prostytucji czy strajkach robotników.

Jedniodniówka Rechniewskiego. Nie wiemy, co było w artykule „Ksiądz, kobieta i wolnomyśliciele” (pkt 9).Biblioteka Narodowa w WarszawieJedniodniówka Rechniewskiego. Nie wiemy, co było w artykule „Ksiądz, kobieta i wolnomyśliciele” (pkt 9).

Dla każdego samouka

Miesięcznik „Wiedza i Życie”, którego pierwszy numer ukazał się w marcu 1926 r., miał nieco inny charakter. Naczelnym „bogato ilustrowanego pisma o wytwornym wyglądzie zewnętrznym” został założyciel Powszechnego Uniwersytetu Korespondencyjnego, matematyk i piłsudczyk Janusz Jędrzejewicz. Wyjaśniał we wstępie, że „Wiedza” ma służyć każdemu samoukowi, bo „pragniemy w miarę sił naszych i środków przyczynić się do rozszerzenia i pogłębienia myśli polskiej i podniesienia jej na ten wysoki poziom, na którym być powinna”. Za cenę 1,95 zł czytelnik dostał ilustrowany reportaż z Egiptu pisarza Wacława Sieroszewskiego, tekst o żeglarstwie morskim polskiego pioniera tej dyscypliny Mariusza Zaruskiego, artykuł o chorobach zakaźnych autorstwa mikrobiologa Zygmunta Szymanowskiego, esej zoopsychologa Jana Dembowskiego o tym, czy zwierzęta mają rozum (dwuletnie dzieci były znaczniej mniej uzdolnione niż badany szympans), oraz opatrzony rysunkami Stanisława Noakowskiego wykład o stylach w architekturze. Były też konkursowa zagadka, instrukcja budowy taniej lunety, recenzje książek oraz nowiny naukowo-techniczne (o oddaniu do użytku największego wiszącego na świecie mostu między Camden a Filadelfią, otwarciu sarkofagu Tutanchamona czy pierwszym wykrywaczu metali).

Jak wspomina redakcja, w 1927 r. „blisko sto tysięcy zeszytów »Wiedzy i Życia« rozeszło się wśród kulturalnej publiczności polskiej, niosąc do najdalszych krańców Rzplitej, a nawet do kolonij emigrantów we Francji, Niemczech i Ameryce myśl naukową, budząc zainteresowania, wciągając szerokie rzesze do intelektualnej współpracy z ludźmi nauki, piszącymi na szpaltach naszego pisma. Powodzenie, jakie sobie »Wiedza i Życie« zdobyła, świadczy niewątpliwie o tem, że poziom kulturalny życia polskiego podnosi się wyraźnie, że wychodzimy z okresu powojennego, w którym ciężka praca zarobkowa wyczerpywała całość wysiłków ludzkich”.

Strona z pierwszego numeru „Wiedzy i Życia”. Artykuł dotyczył Egiptu.Biblioteka Narodowa w WarszawieStrona z pierwszego numeru „Wiedzy i Życia”. Artykuł dotyczył Egiptu.

Z „Wiedzą i Życiem” współpracowali naukowcy, popularyzatorzy i publicyści, a redakcja starała się, by materiały były ciekawe i przystępne. Dobrze się je czyta i dziś, np. te z 1926 r. o panteonie lamajskim, owadzich roznosicielach zarazków czy łączeniu pociętych fragmentów różnych osobników hydr („transplantowana główka pełniła rolę organizatora”). Unikano tanich sensacji, krzykliwych tytułów, a do kontrowersyjnych tematów – jak kwestia ras czy metempsychozy – starano się podchodzić racjonalnie. Wśród podejmowanych tematów były m.in. dzieje Jugosłowian, wydatki i pożyczki państwowe, „ukazanie się Turków na widowni dziejowej”, co można usłyszeć przez radioodbiornik kryształkowy (zachwalano, że można go sobie zbudować za kilka złotych). Lektura tych tekstów jest jak wyjęcie starego listu z butelki i uświadamia, jak bardzo nauka dojrzała w ostatnim wieku. Bywały w nich niekiedy zaskakujące opinie. W 1927 r. ukazał się m.in. artykuł o freskach, w którym czytamy: „Tak wymagająca męskich cech umysłu sztuka – jak rzeźba – nie rozwinęła się w Polsce wcale”.

Pod koniec 1929 r. (wcześniej były wzmianki o kłopotach finansowych i apel o nabywanie prenumeraty) pismo zaczął wydawać Związek Nauczycielstwa Polskiego. Cena wzrosła do 2,50 zł, zmienił się charakter okładek, spadła liczba ilustracji, a łamy zdominowała humanistyka, co podkreślał nowy podtytuł: „Miesięcznik poświęcony sprawie kultury i oświaty”. Niestety, jakość pisma też spadła. Opublikowano m.in. dość dziwaczny artykuł o słuchaniu i rozumieniu utworów muzycznych: „Melodię przeżywamy zawsze i od razu jako ruch dźwiękowy, o pewnym specyficznym rysunku, o własnej odrębnej od innych melodii, linii (…). Przeciętny człowiek, nie zajmujący się muzyką zawodowo, spotyka się tylko z taką, która powstała w dobie bezpośrednio poprzedzającej pokolenie, którego on jest reprezentantem. Zetknąwszy się nagle z kompozycją sprzed 400 lat nie posiada odpowiednich chwytników psychicznych, nie umie jej we właściwy sposób ustrukturyzować. Albo w ogóle nie daje sobie z tą muzyką rady, albo fałszuje ją w zasadniczy sposób, ujmując ją kategoriami XIX w.”. W 1931 r. Jędrzejewicz odszedł ze stanowiska, bo został ministrem do spraw wyznań religijnych i oświecenia publicznego (potem stał na czele rządu). Powołano zatem nowego naczelnego, Stanisława Podwysockiego, dotychczasowego sekretarza redakcji. Linia humanistyczna była kontynuowana.

Janusz Jędrzejewicz był aktywny na wielu polach.NACJanusz Jędrzejewicz był aktywny na wielu polach.

W latach 30. pojawiały się wprawdzie artykuły o technice, fizyce czy chemii (wśród nich np. historia odkrycia pierwiastków, surowce w Niemczech, wpływ klimatu wysokogórskiego na organizm), ale nie przywiązywano zbytnio wagi do doniesień ze świata nauki. Nie odnotowano nawet warszawskiej wizyty Marii Skłodowskiej-Curie, która w lipcu 1932 r. otwierała Instytut Radowy. Trzeba jednak sprawiedliwie przyznać, że w porównaniu z tamtymi czasami natłok nowinek mamy dopiero teraz, bo tempo odkryć naukowych znacznie przyspieszyło. Zdumienie budzi artykuł z 1937 r. „Ludzie odchyleni od normy w życiu literackim”. Jan Bystroń pisze: „Można chyba bez przesady powiedzieć, że w literaturze znajduje schronienie i czasem wcale ponętną arenę do działania cały szereg osób psychicznie odchylonych od przeciętnego typu; do zajęć literackich biorą się ludzie mało zrównoważeni, pseudologowie, mitomani, którzy właśnie przez anormalność swego intelektu mogą być ciekawymi poetami czy powieściopisarzami. Tutaj też znajduje dogodną formę wyrażania się niejeden autor o mniej lub więcej wyraźnych zboczeniach instynktu seksualnego. Nie trzeba dodawać, że w niejednym przypadku twórczość ta może wywierać szkodliwy wpływ na czytelników”. O kobietach zajmujących się literaturą mówi tak: „Tutaj spotkamy pewną ilość osób, niewątpliwie dość znacznie odchylonych od przeciętnego typu kobiecego. Występuje tu czasami w dość karykaturalnych formach zewnętrzna maskulinizacja przez noszenie męskich ubiorów, czy też strzyżenie włosów po męsku”. A o czytelniczkach: „W naszych warunkach typową lekturą dla niezadowolonych panien, niemających szans zamążpójścia, są powieści Mniszkówny i tym też należy tłumaczyć ich nadzwyczajne powodzenie. Jest to wyborna strawa dla tych, którym życie nie dało zaznać miłości. (…) Tam, gdzie panuje większy liberalizm w zakresie seksualnym i gdzie wobec tego mniejsza jest ilość osób niezaspokojonych, »niewyżytych«, tam tego rodzaju twórczość nie ma warunków powodzenia”.

Spis treści z numeru z 1956 r. Jest tu m.in. artykuł „Łysienie przywilej mężczyzn”.ArchiwumSpis treści z numeru z 1956 r. Jest tu m.in. artykuł „Łysienie przywilej mężczyzn”.

Po przerwie wojennej

„Wiedzę i Życie” najpierw przejęło Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego (kierowane przez Henryka Jabłońskiego, jednego z budowniczych PRL-u), a w 1950 r. – Towarzystwo Wiedzy Powszechnej. Pod tytułem widzimy napis: „Miesięcznik poświęcony popularyzacji wiedzy oraz samokształceniu”. Koszt prenumeraty rocznej wynosił 900 zł, a pojedynczego numeru – 100 zł. Dominowały teksty humanistyczne, ale pojawiały się też o budowie komórki, mózgach elektronowych, życiu zwierząt czy astronomii. Redaktorem naczelnym nadal był Stanisław Podwysocki. Silnie widać czasy stalinowskie. Zeszyt 1 z 1950 r. zaczyna się artykułem (18 stron!) o Stalinie. „Obecnie, w siedemdziesięciolecie urodzin Józefa Stalina, tego wielkiego wodza światowego bloku pokoju i wypróbowanego przyjaciela Polaków, kiedy jego życiem i jego dziełem mierzymy naszą epokę, kiedy uczymy się, w oparciu o jego nauki, rozwiązywać problemy naszej rzeczywistości, starając się, tak jak nas uczył, »zawsze patrzeć naprzód, a nie wstecz« – jego wskazania dla sztuki radzieckiej i dla radzieckiej dramaturgii są wskazaniami daleko wybiegającymi poza granice Związku Radzieckiego, są wskazaniami cennymi dla wszystkich narodów, budujących u siebie socjalizm”. Wymuszoną tematykę w związku z sytuacją w tamtych czasach zobaczymy też na przykładzie tekstu o bibliotekarzach w ZSRR, którzy „stali się aktywnymi współpracownikami tworzenia nowego społeczeństwa, wiążąc całą swą pracę z najważniejszymi zadaniami narodów radzieckich, służąc wzmocnieniu potęgi państwa socjalistycznego i kulturalnemu jego rozwojowi”.

Jak w 1950 r. wyobrażano sobie postęp techniki, widać w artykule o parowozie napędzanym paliwem atomowym z wykorzystaniem bloków uranu 235. Lach Zbigniew Bobrowski omawia, jak należałoby taki parowóz zbudować, np. płaszcz kotła miałby 30 cm grubości. W innym jego artykule czytamy o przesyłaniu fotografii na odległość przy pomocy transmisji radiowej lub kablowej. Taki sposób transmisji rozpowszechniał się wtedy i „zajmował coraz poważniejszą pozycję”. Artykuł okraszono licznymi schematami i szczegółami technicznymi. Trzeba przyznać, że jest na wysokim poziomie.

Strona artykułu z 1950 r. o atomowym parowozie. Schemat przedstawia jego silnik.ArchiwumStrona artykułu z 1950 r. o atomowym parowozie. Schemat przedstawia jego silnik.

Ciekawie brzmi artykuł o śpiewających dżdżownicach, które hodowano w szklanym naczyniu wypełnionym ziemią. „Pewnego dnia, gdy w pokoju panowała cisza, usłyszano nagle jakby mlaskanie językiem. Chwilami były tak doniosłe, że słyszano je z odległości kilku metrów. Układały się w melodię o swoistym rytmie, w którym po serii jednej zgłoski powtarzanej stale w tej samej wysokości tonu następowała seria inaczej artykułowanych dźwięków w odmiennej nieco tonacji. Potem wracał pierwszy motyw śpiewany w innym rytmie, aby znów ustąpić motywowi trzeciemu (…). Nie wszystkie śpiewają tak samo. Niektóre biorą tempo tak szybkie, że samogłoski zatracają się i słychać tylko szybkie drrrrrrrt. Niestety, nie udało się zaobserwować, w jaki sposób dżdżownica wydaje dźwięk”.

W latach 60. nadal dominowały tematy humanistyczne, wśród nich: polska szkoła drzeworytu, poczucie winy u Lwa Tołstoja, sztuka aktorska, mowa pozornie zależna, intercyzy przedślubne (ze wstępem: „Usamodzielniona młodzież współczesna nie dba o stronę materialną przyszłego życia we wcześnie i bez zbytniego nieraz namysłu zawieranym małżeństwie”). Widzimy jednak też teksty z innych dziedzin: o Antylach, Australii, powstaniu w Maroku, rozwoju urządzeń zabezpieczających ruch pociągów, o laureatach Nagrody Nobla, a nawet o samochodzie bez kół („W Ameryce doświadczalną produkcję zapoczątkowały Zakłady Forda. Prototyp takiego jednoosobowego samochodu pod nazwą Levacar Mach I działa na zasadzie sprężonego powietrza i posiada dwa silniki i dwie sprężarki […]. Uzyskuje szybkość 25 km/h. Konstruktorzy, niezrażeni próbami, mówią już o pojeździe Mach II, który będzie zdolny unieść 6 osób, poruszając się z szybkością 300 km/h”). A tekst o miażdżycy z 1961 r. można przeczytać z zainteresowaniem i teraz. Pismo kosztowało wówczas 5 zł.

Okładka pisma z 1963 r.ArchiwumOkładka pisma z 1963 r.

Już wtedy obawiano się o wpływ mediów na młodzież. Prof. dr Julian Aleksandrowicz (widać, jak tytuł naukowy niekoniecznie idzie w parze z umiejętnością diagnozy społecznej) pisał: „Pozwolę sobie zwrócić uwagę na niektóre zjawiska społeczne, przyczyniające się do wytwarzania w ludziach niewłaściwych postaw społecznych, warunkujących zapadalność na stany nerwowości, nerwic i ich konsekwencji. Zbyt częste pokazywanie zła w rozmaitych jego przejawach nie może pozostać bez ujemnego wpływu na psychikę, zwłaszcza młodych, mało jeszcze krytycznych umysłów. Autorytet drukowanego słowa działa na niedoświadczone umysły niejednokrotnie szkodliwie, gdyż odbiorca traktuje je jako wzory postępowania, a nie dzieło sztuki. Bogatej dokumentacji dostarcza w tym względzie kryminologia, rejestrująca napady, włamania, zbrodnie wykonywane według planu wyczytanego w kryminalnym romansie. Gdy bodźce analogicznej sytuacji środowiskowej trafiają do umysłów niżej intelektualnie i etycznie stojących, sprowadzają charakterystyczne reakcje, którym masowo ulega młodzież. Rozmaite formy abnegacji, jako wyraz braku filozofii życiowej, przejawiają się snobizowaniem na brudasów, nieszkodliwie pozujących na egzystencjalistów patrzących z obojętnością na wszystko i na wszystkich. Gorzej, gdy wśród tych grup tworzą się bandy chuliganów, dla których wszystkie normy społeczne przestają mieć jakąkolwiek wartość. W ten sposób wzbogaca się społeczeństwo w przeogromną liczbę psychicznie wypaczonych osobników, a więc ludzi chorych z przejawami nerwowości, nerwic i psychonerwic”.

„Wiedza i Życie” w latach 60.Archiwum„Wiedza i Życie” w latach 60.

„Wiedza i Życie” w latach 60.Archiwum„Wiedza i Życie” w latach 60.

Powrót do korzeni

W latach 70. „WiŻ” już nie skupiała się tak na tematach humanistycznych. Podejmowane były zagadnienia z rozmaitych dziedzin. Czytamy m.in. o prostaglandynach, przyrządach astronomicznych Kopernika, rybonukleazach, katapultowanych fotelach dla pilotów, zapobieganiu żylakom, australopiteku, orchideach, szybkim rozwoju telekomunikacji satelitarnej czy ratowaniu zabytków przed turystami. W tym ostatnim jest fragment: „Turystyka na masową skalę to zjawisko powojenne. W krajach naszego obozu wycieczki do miast i z miast w naturę zaczęły organizować zakłady pracy, organizacje społeczne oraz Orbis. Na Zachodzie rozwinęła się sieć agencji turystycznych, które w masowości turystyki dostrzegły nową szansę, zajęły się nie tylko bogatą, ale także średnio zamożną klientelą”. Jak pisze autor, udowodniono, iż przeciętny turysta więcej czasu spędza w muzealnym kiosku z pocztówkami niż w samym muzeum. Martwią go tłumy zwiedzających, którzy się potrącają, ale stwierdza, że byłoby nieszlachetnie zamykać zbiory dzieł sztuki dla publiczności, udostępniając je tylko uprzywilejowanym. „Dzieło sztuki nie bardzo się do roli atrakcji turystycznej nadaje, wymaga bowiem całkowicie innego kontaktu niż ten, który nawiązuje z nim przeciętny turysta”.

Śmieszy fragment artykułu z roku 1970: „Jeżeli już teraz, gdy jest nas 3,5 mld na świecie, występuje głód ilościowy i jakościowy (niewłaściwy stosunek składników pokarmowych), to co będzie w roku 2000? Czy i w jakiej ilości ludzie będą głodować?”. Rozczula tekst o tym, jak wielką przyszłość ma płyta gramofonowa. „Ma swoich wrogów i zwolenników. Z roku na rok zresztą liczba tych pierwszych maleje, trudno bowiem zachowywać dystans wobec osiągnięć naszych czasów i nie korzystać z dobrodziejstw, które one proponują. Świadomi tego, czym jest i może być muzyka mechaniczna, a czym na pewno nie będzie, czego nie zastąpi, powinniśmy wychodzić jej naprzeciw”. Koszt pisma w 1970 r. to 5 zł.

W latach 80. „WiŻ” powoli stawała się coraz bardziej popularnonaukowa i pojawiały się w niej liczne nowinki ze świata nauki. Tematy humanistyczne znacznie ograniczono, a autorzy już nie moralizowali. Wszystko dobrze się czyta i teraz, aczkolwiek grafika była marna, a zdjęcia – niskiej jakości. Pojedynczy numer kosztował 30 zł.

Okładka z 1988 r.ArchiwumOkładka z 1988 r.

Wejście w nowoczesność

W latach 90. pismo wreszcie nabrało kolorów i bardziej eleganckiego, nowocześniejszego wyglądu. Po cenie widać inflację – za egzemplarz w 1990 r. płacono 3000 zł. Modyfikacja wiązała się ze zmianą wydawcy. Ponieważ nakład spadał, RSW „Prasa-Książka-Ruch” zaczął zastanawiać się nad likwidacją tego „pisma o wytwornym wyglądzie”. Pewnie by się tak stało, gdyby nie dziennikarze naukowi „Życia Warszawy”: Jan Rurański i Andrzej Gorzym. „Rurański chciał założyć nowe pismo popularnonaukowe, ale przekonaliśmy go z Joanną Zimakowską (pracowała już dla »WiŻ«), że lepiej reanimować mającą już długie tradycje »Wiedzę« i publikować w niej teksty o technice, naukach ścisłych i przyrodniczych. Zebrawszy najlepszych popularyzatorów, stworzyliśmy nowy miesięcznik ze starym tytułem” – wspomina Andrzej Gorzym (naczelny w latach 1989–2001). W styczniu 1989 r. zreformowana „Wiedza i Życie” z kolorowymi zdjęciami wyszła w nakładzie 180 tys. egzemplarzy. Na wygłodniałym nowości rynku prasowym sprzedawała się świetnie.

Gdy w 1990 r. pojawiła się uchwała o likwidacji RSW, a wraz z nią możliwość ubiegania się o tytuł przez spółdzielnie dziennikarskie, pracownicy „Wiedzy i Życia” skorzystali z tej okazji jako jedni z pierwszych. „Aby zdobyć pieniądze na utrzymanie tytułu, zaczęliśmy wydawać tłumaczenia zagranicznych książek popularnonaukowych. Pierwszy był pięknie ilustrowany »Atlas zwierząt świata«. Elegancko zafoliowany album był świetnym prezentem pod choinkę i tak dobrze sprzedawał się u bukinistów, handlujących wtedy na rozkładanych łóżkach polowych, że robiliśmy dodruk” – opowiada Joanna Zimakowska.

Rok 1991. Wreszcie nowoczesne okładki.ArchiwumRok 1991. Wreszcie nowoczesne okładki.

Dzięki zarobionym pieniądzom spółdzielcy pod wodzą Rurańskiego nie tylko dostali prawo do tytułu, ale zaczęli wydawać kolejne książki popularnonaukowe, przewodniki i poradniki. Na fali sukcesu w 1991 r. spółdzielnia „Wiedza i Życie” utworzyła z Amerykanami wydawnictwo Science Press, w którym zaczął się ukazywać „Świat Nauki” – polska edycja „Scientific American”. „Mieliśmy zapał i pomysły, ale nie byliśmy biznesmenami” – przyznaje Andrzej Gorzym. Kilka złych decyzji wydawniczych, nieuczciwi hurtownicy oraz rosnąca konkurencja sprawiły, że spółdzielnia splajtowała. Prawo do tytułu przejęło w rozliczeniu długu wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Oczywiście istniały już wówczas w Polsce także inne tytuły popularyzujące różne dziedziny nauki, a w 1995 r. pojawił się miesięcznik „Focus”, ale „Wiedza i Życie” była najbardziej wszechstronna i aktywna. Uczestniczyła m.in. w Festiwalach Nauki, Piknikach Naukowych, w wyłanianiu reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w rozwiązywaniu łamigłówek. Współpracowała z lubiącymi popularyzację naukowcami – astrofizykiem Michałem Różyczką, biolożkami Magdaleną Fikus i Ewą Bartnik, filozofką Magdaleną Środą, językoznawcą Janem Miodkiem czy fizykiem Andrzejem Kajetanem Wróblewskim (piszącym jeszcze do niedawna dla pisma felietony „Uczeni w anegdocie”). Donosiła o najgorętszych tematach ze świata nauki, wyjaśniała tajniki in vitro czy rewolucji cyfrowej.

„Nawiasem mówiąc, byliśmy nie tylko pierwszym miesięcznikiem robionym w całości na komputerze, ale też jednym z pierwszych w Polsce użytkowników poczty elektronicznej i internetu. Zaprzyjaźniony z nami prof. Wróblewski, ówczesny rektor Uniwersytetu Warszawskiego, udostępnił nam konto w Centrum Informatyki UW” – opowiada Zimakowska. Pisanie i wysyłanie maili nie było wówczas łatwe, wymagało znajomości komend programistycznych. Ich elementarny kurs na łamach „Wiedzy” prowadził inny fizyk – Aleksander Bartnik. Obecność naukowców była gwarantem merytorycznym publikowanych treści.

Numer tysięczny, zrobiony przez obecną redakcję.ArchiwumNumer tysięczny, zrobiony przez obecną redakcję.

Co promować w szkołach?

Wydawnictwo Prószyński i S-ka wspomagało Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci, fundując zainteresowanym stypendystom prenumeratę „Wiedzy i Życia” oraz „Świata Nauki”. Ponieważ jednak coraz więcej szkół prosiło o darmową prenumeratę, o jej sfinansowanie Andrzej Gorzym zaapelował do Komitetu Badań Naukowych. O sporządzenie ich listy KBN zwrócił się do Ministerstwa Edukacji Narodowej. I tu zaczęły się schody. „Doszły mnie słuchy, że zdaniem ministerialnych recenzentów oba miesięczniki piszące o ewolucji, in vitro, Darwinie czy Wielkim Wybuchu nie promują wartości chrześcijańskich, więc nie zasługują na promowanie ich w szkołach. Wysłałem wtedy kilkorgu utytułowanym uczonym po roczniku obu czasopism z prośbą o recenzje pod kątem przydatności w szkołach. Rzecz jasna wszystkie były pozytywne, co raz na zawsze zamknęło usta nieprzychylnym urzędnikom. Oba miesięczniki przez lata trafiały do ponad 27 tys. bibliotek i czytelni publicznych, służąc uczniom i nauczycielom”. Gdy w 1992 r. Uniwersytet Warszawski uruchomił Międzywydziałowe Indywidualne Studia Matematyczno-Przyrodnicze, ponad 90% przyjętych stanowili nasi czytelnicy.

W latach 2002–2004 tytuł był wydawany przez spółkę Agora, po czym wrócił do wydawnictwa Prószyński i S-ka. Szata graficzna jeszcze się poprawiła. Artykuły sprzed 20 lat nadal dobrze się czyta pomimo postępu nauki. W 2001 r. pismo kosztowało 5,50 zł (denominacja nastąpiła w Polsce w 1995 r., obcięto wówczas cztery zera). Tysięczny numer „Wiedzy i Życia” ukazał się w kwietniu 2018 r. We wrześniu 2020 r. wydawcą czasopisma została Polityka. Pismo zaczęło ukazywać się też cyfrowo i powstało cyfrowe archiwum.

Tematy z 2005 r.ArchiwumTematy z 2005 r.

„To, co wczoraj wydawało się prawdą, dziś może być uznane za fałsz. To, co dziś za prawdę uważamy, może być jutro z liczby prawd wykreślone. Ileż jest prawd, których dziś nie przeczuwamy nawet w marzeniach sennych, a które będą zdobyczą dopiero naszych wnuków lub prawnuków – może za setki, może za lat tysiące?” – to słowa z pierwszego numeru „Wiedzy i Życia”. I dziś są aktualne. Pozdrawiamy osoby czytające ten tekst za lat 100, 200, 300…

Najnowszy numer czytajcie tutaj.

Wiedza i Życie 3/2026 (1095) z dnia 01.03.2026; Wspomnienia; s. 8
Oryginalny tytuł tekstu: "Historia „Wiedzy i Życia”"
Reklama