Reklama
„Wolność wiodąca lud na barykady”, obraz Eugène’a Delacroix budzi dziś emocje co najwyżej w paryskim Luwrze „Wolność wiodąca lud na barykady”, obraz Eugène’a Delacroix budzi dziś emocje co najwyżej w paryskim Luwrze Terence Waeland/Alamy / BE&W
Struktura

Czy rewolucje można wyrazić w formie eleganckiego matematycznego wzoru? Wielu naukowców twierdzi, że tak

Po co komu rewolucja?
Opinie

Po co komu rewolucja?

Poprawę jakości życia zawdzięczamy realizacji idei oświeceniowych, sprowadzających się do trzech słów: rozum, nauka, humanizm.

Aby spośród chaosu wyłoniło się jakieś prawo, trzeba przyjąć możliwie najszerszą perspektywę i szukać czynników w skali makro. Właśnie tą drogą poszedł Mark R. Beissinger, politolog z uniwersytetu w Princeton, który w książce „The Revolutionary City” stawia tezę, że w zurbanizowanym społeczeństwie rewolucja może dojść do skutku wyłącznie w mieście. [Artykuł także do słuchania]

Rewolucje i powstania zawsze postrzegano jako terytorium rządzone przez chaos, gdzie o losach narodów decydują niemierzalne czynniki, jak charyzma liderów, legitymacja władzy czy nastroje społeczne. I o ile tłumaczyły one, dlaczego ludzie wychodzą na ulice, o tyle same w sobie nie dawały twardych informacji pozwalających przewidzieć, czy rewolucja dojrzewa i kiedy może wybuchnąć. Na szczęście ostatnimi laty kilku naukowców podjęło ryzyko opisania parametrów rewolucji.

Ze wsi do miast

Aby spośród chaosu wyłoniło się jakieś prawo, trzeba przyjąć możliwie najszerszą perspektywę i szukać czynników w skali makro. Właśnie tą drogą poszedł Mark R. Beissinger, politolog z uniwersytetu w Princeton, który w książce „The Revolutionary City” stawia tezę, że w zurbanizowanym społeczeństwie rewolucja może dojść do skutku wyłącznie w mieście.

Na podstawie analizy 343 „rewolucyjnych epizodów” na całym świecie w latach 1900–2014 buduje frapującą teorię. Zauważa, że wraz z masowymi migracjami (w 1900 r. w miastach mieszkało zaledwie 13 proc. ludności świata – dziś jest to ponad 54 proc.) rewolucja stała się zjawiskiem ściśle związanym z przestrzenią miejską. Wraz z urbanizacją zmienił się też jej charakter. Dawniej bunty rodziły się przede wszystkim na wsi, w bezpiecznej odległości od centrum władzy. Również przez dużą część XX w. były to ruchy quasipartyzanckie, a ich strategią było odbijanie z rąk rządowych kolejnych prowincji. W tym scenariuszu zbrojny atak na stolicę stanowił już tylko coup de grâce. Jednak wraz z globalną urbanizacją doszło do swoistego przekształcenia agrarnego buntu w miejską rewolucję obywatelską. Inaczej niż sto lat temu dziś do antyrządowych buntów najczęściej dochodzi wśród ludzi o średnich lub nieco niższych niż średnie dochodach, a powodem nie jest skrajna bieda, lecz brak perspektyw na przyszłość.

Z wyliczeń Beissingera wynika również, że w miejskiej scenerii rośnie prawdopodobieństwo zwycięstwa rewolucji. Na początku XX w. tylko co czwarte wystąpienie społeczne kończyło się obaleniem dotychczasowego rządu. W 2014 r. „wskaźnik sukcesu” uległ podwojeniu, sięgając 48 proc. Dlaczego miasto miałoby tak sprzyjać społecznym wybuchom? Poza oczywistymi czynnikami, jak duża gęstość zaludnienia czy wielość różnorodnych sieci i hierarchii społecznych, do głosu dochodzi jeszcze jeden element: to właśnie w miastach – zwłaszcza w stolicach – „gęstość” państwa w każdej jego formie jest największa. To tu znajduje się jego ośrodek nerwowy (reprezentowany przez centra komunikacji i agendy rządowe). Jest to również miejsce, gdzie siła sprawcza państwa – tzw. resorty siłowe – jest największa. Poza tym w mieście państwo widzi najwięcej.

I tu rodzi się pewien paradoks. Uczestnicy protestów są narażeni na szybki odwet, ale i rząd musi liczyć się z błyskawiczną reakcją na swoje posunięcia. A rozwój technologii cyfrowych przyspiesza te procesy, umożliwiając koordynację działań w czasie rzeczywistym i natychmiastowe nagłaśnianie aktów brutalności władzy. Żadna ze stron nie ma „poduszki bezpieczeństwa”, jaką dawniej zapewniała odległość dzieląca obie strony sporu. Ten dystans pozwalał obniżyć temperaturę konfliktu i dawał czas na naprawienie popełnionych błędów.

Kolejną cegiełkę do teorii o mieście jako „rewolucyjnym szybkowarze” dołożyli autorzy badania opublikowanego w 2018 r. na łamach „Scientific Reports”. Zespół naukowców pod kierownictwem Laurenta Bonnasse-Gahota wykorzystał zamieszki we Francji w 2005 r., aby stworzyć model rozprzestrzeniania się buntu. Okazało się, że kluczową rolę odgrywa bliskość stacji metra i węzłów komunikacyjnych.

Szukając analogii w świecie natury, Beissinger porównuje miejskie rewolucje z huraganami. Także one sprawiają wrażenie, jakby były przypadkowe, ale w rzeczywistości mają określoną strukturę. Powstają jako niewielkie zaburzenia pogodowe nad oceanem. O tym, czy uformują się w huragan, decyduje nieskończenie wiele czynników – większość tych zaburzeń nigdy nie dociera do lądu bądź są rozrywane przez wiatr jeszcze nad oceanem. Z jednej strony jest to więc proces dynamiczny, trudny do przewidzenia, ale z drugiej istnieją pewne wzorce, które da się opisać. Podobnie rewolucje – są zdarzeniami ustrukturyzowanymi, lecz to, czy się rozwiną, zależy od niezliczonych chaotycznych interakcji między ludźmi.

Uniwersalna stała?

Jeśli przyjmiemy, że rewolucje nie są splotem zbiegów okoliczności, lecz procesem o określonej strukturze, a społeczeństwo w stanie wrzenia zachowuje się jak układ fizyczny, trzeba zapytać, gdzie znajduje się punkt krytyczny. W fizyce przejście fazowe – np. zmiana wody w parę – następuje po osiągnięciu określonej temperatury.

Badania opublikowane w 2011 r. sugerują, że w przypadku rewolucji takim „punktem wrzenia” jest mobilizacja 3,5 proc. ludności. Autorki – Erica Chenoweth i Maria Stephan – poddały analizie ponad 300 konfliktów wewnętrznych i masowych ruchów społecznych w latach 1900–2006. Szukając odpowiedzi na pytanie o „punkt wrzenia”, zestawiały dane dotyczące PKB, stopnia cenzury, typu reżimu oraz polaryzacji etnicznej i religijnej. Okazało się, że żadne warunki strukturalne – od biedy po brutalność represji – nie przesądzają, czy rewolucja zakończy się sukcesem czy porażką. Kluczowa jest strategia. Wyniki pokazały, że ruchy niestosujące przemocy mają dwukrotnie większą szansę na sukces i zmianę rządu niż zbrojne rewolucje. Głównym powodem jest „niższy próg wejścia”: mniejsze prawdopodobieństwo utraty życia czyni uczestnictwo w ruchu bardziej atrakcyjnym dla „zwykłych ludzi”.

Pisząc o zaangażowaniu 3,5 proc. ludności, autorki nie miały na myśli pojedynczego wydarzenia (np. wielkiego marszu), lecz stałą aktywność, czynny udział przez dłuższy czas. Dlaczego akurat 3,5 proc.? Bo im więcej osób odmawia posłuszeństwa, tym słabsza staje się władza. To również moment, w którym opór staje się zbyt kosztowny, by państwo mogło go zdusić. „Zasada 3,5 proc.” zrobiła wielką karierę i zaczęła pełnić funkcję uniwersalnej stałej. Czas jednak pokazał, że bardziej niż twardym prawem jest ona co najwyżej wskazówką. Seria antyrządowych protestów w Bahrajnie w 2011 r. spełniała te warunki (ruch był pokojowy, a w szczytowym punkcie na ulice wyszło prawie 6 proc. ludności kraju), jednak zakończyła się niepowodzeniem.

Zamieszki na przedmieściach Paryża po zastrzeleniu nastolatka przez policjanta, czerwiec 2025 r.Mohammed Badra/EPA/PAPZamieszki na przedmieściach Paryża po zastrzeleniu nastolatka przez policjanta, czerwiec 2025 r.

Badania Chenoweth bez wątpienia zazębiają się z wnioskami Beissingera – tylko w dużej metropolii możliwa jest mobilizacja 3,5 proc. populacji. Jeśliby więc poważnie potraktować koncepcję fizyki społecznej, której powstanie na początku XIX w. postulował historyk francuski Claude-Henri de Saint-Simon, te twarde parametry mogłyby wejść w skład „wzoru na rewolucję”.

W 2019 r. Chenoweth w jeszcze większym stopniu zapuściła się na terytorium nauk ścisłych. W publikacji na łamach „Nature Human Behaviour” zaproponowała pojęcie „pędu społecznego” (ang. social momentum). Jak twierdzi, jedno z podstawowych praw fizyki (pęd = masa x prędkość) można zastosować do analizy ruchów społecznych. W tym układzie „masą” jest liczba osób biorących aktywny udział w wydarzeniach, „prędkością” zaś koncentracja protestów w czasie.

Chenoweth postawiła tezę, że nawet ruchy o niskiej „masie”, ale dysponujące wysoką „prędkością”, mogą uzyskać „pęd” potrzebny do wywołania zmian społecznych. Działa tu prosta, niemal mechaniczna zasada: ustrój polityczny poddany codziennym, wielokrotnym uderzeniom traci sprężystość i pęka wskutek zmęczenia materiału. Jest to model bardziej dynamiczny niż sztywny „próg 3,5 proc.”; znacznie lepiej oddający charakter rewolucji, które nie są jednorazowym wydarzeniem, lecz długotrwałym procesem, gdzie kluczową rolę odgrywają przepływy ludzi i cykle mobilizacji.

Punkt krytyczny

Jeśli Chenoweth przewiduje, kiedy może nastąpić „punkt wrzenia”, a Beissinger mówi, gdzie woda wykipi, to badania Marco Lagiego z New England Complex Systems Institute (NECSI) starały się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w ogóle zaczyna wrzeć. Jego zespół w 2011 r. przeanalizował arabską wiosnę ludów, szukając przyczyn wybuchu nie w ideologiach, lecz w twardych danych ekonomicznych, traktując społeczeństwo jak układ fizyczny reagujący na bodźce zewnętrzne.

Szukając wskaźnika, który byłby możliwie najszerszy, czyli znajdował zastosowanie do wszystkich krajów, autorzy zwrócili się ku cenom żywności. Skonstruowali model oparty na indeksie FAO (agendy ONZ ds. wyżywienia i rolnictwa), który monitoruje globalne zmiany cen koszyka podstawowych produktów spożywczych. Analizując jego wahania na przestrzeni kilku dekad i zestawiając je z wybuchami niezadowolenia społecznego, odkryli uderzającą korelację. Zaburzenia nie pojawiały się losowo, lecz wtedy, kiedy indeks FAO gwałtownie szybował w górę. „Punktem wrzenia” była zaś bariera 210 pkt. Wtedy prawdopodobieństwo wybuchu zamieszek na tle politycznym gwałtownie rosło.

Model Lagiego spotkał się z krytyką, ponieważ brał pod uwagę globalne ceny surowców, które nie zawsze przekładają się bezpośrednio na lokalne ceny w sklepach. Inni zauważali, że niepokoje społeczne mogą same w sobie destabilizować rynki, co prowadzi do wzrostu cen, tworząc błędne koło. Mimo wszystko badanie pozostaje jedną z nielicznych prób szerokiej kwantyfikacji społecznego gniewu. Pokazało, że istnieją obiektywne warunki progowe, po których przekroczeniu nawet pozornie najstabilniejsze autorytaryzmy mogą runąć.

Ceny żywności nie wyjaśniają jednak innej osobliwości rewolucji: dlaczego jedne wybuchają z powodu pojedynczego, pozornie „błahego” incydentu (jak samospalenie ulicznego sprzedawcy w Tunezji), a inne mimo wielkiej skali opresji nigdy nie dochodzą do skutku? W sposób pośredni odpowiedź na to pytanie starali się znaleźć Jan Korbel, Shlomo Havlin i Stefan Thurner, związani z wiedeńskim Complexity Science Hub. W artykule na łamach „Nature Communications” nie odwoływali się wprost do rewolucji, lecz zaproponowali, by spojrzeć na wielkie procesy społeczne jak na przejścia fazowe mieszanego rzędu.

Tłumaczą w nim, że nagła zmiana makroskopowa (np. upadek rządu) jest zwykle poprzedzona długotrwałymi, niewidocznymi gołym okiem zmianami na poziomie mikroskopowym. Mogą to być napięcia wewnątrz hierarchii władzy albo niepozorne zmiany nastrojów społecznych. Właśnie takie mikroskopijne procesy o charakterze kaskadowym stopniowo podmywają fundamenty systemu. Wówczas pozornie nieistotne wydarzenie – jak samospalenie ulicznego handlarza – uruchamia potężną reakcję łańcuchową.

Wszystko to nie oznacza, że rewolucje rządzą się twardymi prawami. Procesy urbanizacyjne, indeksy cen żywności albo pęd społeczny to bez wątpienia pomocne prognostyki, ale społeczeństwo nie jest układem fizycznym. Mimo ogromnego postępu analizy danych ilościowych ludzka psychika, kody kulturowe i nieprzewidywalność jednostkowych wyborów to elementy, których nie da się wtłoczyć w żadne równanie. Na zunifikowaną teorię rewolucji przyjdzie nam więc chyba jeszcze poczekać.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną