Firmy naftowe i gazowe nadal chcą zarabiać na paliwach kopalnych. Zainteresowały się produkcją tworzyw sztucznych
W 2018 roku, w ośrodku wypoczynkowym w Dubaju, położonym nad błękitnozielonymi wodami Zatoki Perskiej, Amin Nasser, prezes Saudi Aramco, stanął przed setkami przedstawicieli branży petrochemicznej, aby zaprezentować swoją wizję przyszłości największej na świecie firmy naftowej. Cele, które opisał, nie dotyczyły jednak głównie energii. Zamiast tego ogłosił plany zainwestowania 100 mld dolarów w rozwój produkcji plastiku i innych artykułów petrochemicznych.
Nasser przewidywał, że wraz ze wzrostem liczby ludności na świecie i rosnącą siłą nabywczą, petrochemikalia – związki pochodne ropy naftowej i innych paliw kopalnych, z których wytwarza się nawet 80% tworzyw sztucznych i ich składników – będą napędzać niemal połowę wzrostu zapotrzebowania na ropę do połowy stulecia. Około 98% nowych tworzyw sztucznych powstaje z paliw kopalnych. „W sektorach takich, jak opakowania, motoryzacja i budownictwo, ogromny wzrost popytu na chemikalia otwiera przed nami fantastyczne możliwości” – powiedział.
W czasie, który upłynął od przemówienia Nassera w 2018 roku, Saudi Aramco – będące w lwiej części własnością rządu Arabii Saudyjskiej – nabyło większościowe udziały w krajowym konglomeracie petrochemicznym SABIC. Razem firmy zainwestowały w ogromne projekty produkcji tworzyw sztucznych w Chinach oraz zbudowały rafinerie od Korei Południowej po wybrzeże Teksasu. Na początku przyszłej dekady Aramco zamierza przetwarzać ponad jedną trzecią swojej ropy na produkty petrochemiczne – byłby to niemal trzykrotny wzrost w ciągu 15 lat.
Choć przemysł przedstawia swoje plany zwrócenia się ku plastikowi jako odpowiedź na zapotrzebowanie konsumentów na materiały będące kluczowym elementem współczesnego życia, wyraźnie działa tu też inny czynnik: w obliczu narastających zagrożeń związanych ze zmianą klimatu, które skłaniają świat do odchodzenia od paliw kopalnych, branża stawia na plastik, by chronić swoją rentowność. Zwiększenie produkcji plastiku i petrochemikaliów – jak stwierdził Nasser – ma „zapewnić pewny rynek zbytu dla przyszłej produkcji ropy Saudi Aramco.” Jak zauważył jeden z analityków branżowych, strategia firmy „w szerszej perspektywie ma na celu uniknięcie sytuacji, w której baryłki ropy musiałyby pozostać w ziemi w miarę spadku zapotrzebowania na paliwa transportowe”.
Nawet ExxonMobil przyznał, że rozpowszechnienie pojazdów elektrycznych prawdopodobnie zmniejszy zapotrzebowanie rynku motoryzacyjnego na ropę. W jednej ze swoich prognoz rynkowych firma, która już dziś jest największym na świecie producentem plastików jednorazowego użytku, zapewniła inwestorów, że jej plany zwiększenia produkcji produktów petrochemicznych o 80% do 2050 roku pomogą branży wydobywać i sprzedawać jeszcze więcej ropy niż obecnie.
Jednak rośnie też świadomość społeczna, że cały ten plastik przeznaczany na opakowania i setki innych towarów, od naprawdę niezbędnych po absurdalne, pociąga za sobą ogromne koszty: szkodliwy wpływ znajdujących się w nim substancji chemicznych, emisje zanieczyszczeń powstające podczas jego produkcji, góry odpadów powiększające się w miarę jego wyrzucania i wszechobecny mikroplastikowy drobiazg wnikający do naszych mózgów i docierający do najdalszych zakątków globu. Niektóre rządy zaczęły wprowadzać przepisy zakazujące używania pewnych produktów jednorazowego użytku, jednakże wysiłki na rzecz wprowadzenia dalej idących zmian zderzyły się ze ścianą, gdy w sierpniu 2025 roku doszło do załamania się międzyrządowych negocjacji w sprawie globalnego traktatu zwalczającego zanieczyszczenie plastikiem. Ponad 70 krajów dążyło do ograniczenia ilości produkowanego plastiku, chcąc w ten sposób zmniejszyć rzekę odpadów. Jednakże przemysł bardzo intensywnie lobbuje przeciwko takim limitom, argumentując, że zamiast tego należy postawić na lepsze systemy gospodarowania odpadami oraz recykling, mimo że obecnie takiemu recyklingowi jest poddawany niewielki procent plastiku, a mnóstwa jego rodzajów w ogóle nie da się przetwarzać tradycyjnymi metodami.
Firmy „wiedzą, że nie mogą zatkać palcem dziury w tamie”, czyli zatrzymać transformacji energetycznej – mówi Judith Enck, była urzędniczka U.S. Environmental Protection Agency (EPA), a obecnie prezeska organizacji Beyond Plastics, grupy lobbystycznej działającej przy Bennington College. „Dlatego muszą znaleźć nowy gigantyczny rynek – ich wybór padł na plastik”.
Produkcja plastiku rośnie nieprzerwanie od zakończenia II wojny światowej, kiedy to firmy zaczęły inwestować ogromne środki w poszukiwanie i promowanie cywilnych zastosowań materiału, którego militarne wykorzystanie – od nylonowych spadochronów po polietylenową izolację dla zestawów radarowych – okazało się nieocenione. Konsumenci pozytywnie zareagowali na lawinę nowych produktów i jednorazowych opakowań, a roczna produkcja plastiku wzrosła z 2 mln t w 1950 roku do ponad 500 mln t obecnie. W przełomowym badaniu z 2015 roku po raz pierwszy oszacowano całkowitą ilość plastiku wyprodukowanego na świecie do tego momentu. Uzyskano wynik 8,3 mld t. Roland Geyer, ekolog z University of California w Santa Barbara i współautor tamtego badania, szacuje, że do dziś łączna ilość wytworzonego plastiku przekroczyła już 10 mld t. Zespół Geyera ustalił, że około trzy czwarte całego tego plastiku stało się odpadem: 9% zostało poddane recyklingowi, 12% spalono, a 79% trafiło na wysypiska lub do środowiska. Jeśli obecne tendencje się utrzymają, do 2050 roku produkcja tworzyw sztucznych osiągnie poziom 1,1 mld t rocznie, a – jak mówi obrazowo Geyer – łączna ilość wytworzonego plastiku wystarczyłaby do pokrycia powierzchni USA warstwą dosięgającą kostek.
Obecnie połowa całej produkcji plastiku jest wykorzystywana w wyrobach jednorazowego użytku, które często są wyrzucane niemal natychmiast po zakupie. Według danych Agencji ONZ ds. Ochrony Środowiska (UNEP) co minutę na Ziemi kupowanych jest milion plastikowych butelek, a każdego roku zużywa się około 5 bln plastikowych toreb. W samym tylko 2016 roku Amerykanie zużyli ponad 560 mld plastikowych sztućców i innych jednorazowych artykułów gastronomicznych.
Oczywiście plastik nie występuje jedynie w jednorazowych opakowaniach. Jest nieodłącznym elementem współczesnego życia, szeroko stosowanym w budownictwie, przemyśle odzieżowym, elektronicznym i motoryzacyjnym. Odgrywa też kluczową rolę w służbie zdrowia jako materiał rękawiczek, strzykawek, rurek i worków infuzyjnych, nie wspominając nawet o sztucznych stawach, kończynach i sercach. Nie jest to ponadto jeden materiał: istnieją tysiące tworzyw sztucznych, z których każde ma własną kombinację substancji chemicznych nadających mu określone właściwości: różny stopień twardości, sprężystości lub przezroczystości. Według jednej z analiz w produkcji plastiku stosuje się 16 tys. substancji chemicznych, w tym rozmaite dodatki, takie jak stabilizatory, plastyfikatory, barwniki i środki zmniejszające palność. Zdaniem badaczy ponad 4 tys. z tych substancji stanowi zagrożenie dla zdrowia lub środowiska, a dla kolejnych 10 tys. brakuje danych dotyczących ich bezpieczeństwa.
Z założenia plastik nie ulega łatwo rozkładowi. Zamiast tego rozpada się na coraz mniejsze fragmenty – aż do cząstek o rozmiarach mierzonych w nanometrach, które zostały wykryte praktycznie wszędzie, gdzie tylko naukowcy podążyli ze swoją aparaturą. Są w powietrzu, którym oddychamy, w wodzie, którą pijemy, oraz w żywności, którą spożywamy. Wykryto je we krwi, nasieniu, mleku matki, szpiku kostnym i łożyskach. Naukowcy dopiero zaczynają w detalach badać, co taka wszechobecność mikroplastiku oznacza dla zdrowia ludzi i środowiska, ale pierwsze sygnały są niepokojące. Jedno z ostatnich badań wykazało obecność mikroplastiku w tkankach budujących ludzkie nerki, wątrobę i mózg, a w niedawnym badaniu mózgów 12 pacjentów z demencją stwierdzono większe nagromadzenie plastikowych mikrocząstek niż u osób, u których nie zdiagnozowano tej choroby. Inni naukowcy stwierdzili obecność mikroplastiku w blaszkach miażdżycowych tętnic szyjnych u prawie 60% przebadanych przez nich pacjentów; trzy lata później oceniono w tej grupie ryzyko zawału serca, udaru i zgonu. Wśród osób, u których stwierdzono obecność mikroplastiku, było 4,5 razy wyższe.
Plastik przyczynia się też do pogłębienia kryzysu klimatycznego. Produkcja i utylizacja wyrobów plastikowych przeznaczonych do jednorazowego użytku generuje więcej gazów cieplarnianych, niż emituje ich cała Wielka Brytania – podaje australijska organizacja badawcza Minderoo Foundation. Ślad węglowy obejmuje wydobycie ropy i gazu wykorzystywanych do produkcji plastiku, energochłonne procesy jego syntezy, a także emisje pochodzące ze spalania odpadów, które ostatecznie trafiają do pieców.
Plastik odmienił współczesną cywilizację, zapewniając nam niewyobrażalną niegdyś wygodę i w konsekwencji przenikając każdy zakątek globalnej gospodarki. Jednak konsekwencje tego utrzymującego się od dziesięcioleci plastikowego boomu nie zawsze są łatwe do zauważenia. Chciałam im się przyjrzeć z bliska, zaczynając od miejsc, w których ludzie żyją w cieniu zagrożeń związanych z produkcją plastiku.
Gigantem branży tworzyw sztucznych są dziś Chiny, obecnie największy na świecie producent takich materiałów. Wytwarzają one około jednej trzeciej obecnie produkowanego plastiku i znajdują się w trakcie ekspansji, której skala, jak stwierdziła Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA), „przyćmiewa wszelkie historyczne precedensy”. Według szacunków agencji, w ciągu pięciu lat, od 2019 do 2024 roku, Chiny zwiększyły produkcję etylenu i propylenu (dwóch kluczowych składników plastiku) o taką ilość, jaką łącznie produkują Europa, Japonia i Korea Południowa. Znaczna część plastiku, który Chiny produkują i kupują, jest następnie przetwarzana w ich niezliczonych fabrykach na towary eksportowane na cały świat. Napędzany taką produkcją przemysłową ogromny popyt tego kraju na gotowe tworzywa sztuczne i inne produkty petrochemiczne, w tym półprodukty do nowych typów plastików, utrzymałby globalny popyt na ropę naftową na wysokim poziomie, nawet gdyby sprzedaż paliw ropopochodnych przestała rosnąć.
Rewolucja związana z wykorzystaniem szczelinowania hydraulicznego do pozyskiwania paliw kopalnych ze skał łupkowych odmieniła w pierwszej dekadzie XXI wieku również amerykański krajobraz energetyczny, nakręcając plastikowy boom także w USA. Etan będący składnikiem gazu łupkowego zazwyczaj nie jest wykorzystywany do produkcji energii elektrycznej lub ciepła. Dlatego koncerny paliwowe i petrochemiczne zainwestowały ponad 200 mld dolarów w budowę i rozbudowę amerykańskich zakładów, które wykorzystują ten związek, wraz z innymi produktami ubocznymi szczelinowania, do wytwarzania plastiku i innych produktów petrochemicznych. Ta fala inwestycji rozpoczętych w zeszłej dekadzie uczyniła z USA dominującego gracza w branży produkcji plastiku.
Sercem jego amerykańskiej produkcji jest wybrzeże Zatoki Meksykańskiej w Teksasie i Luizjanie, gdzie ogromne zakłady, oplecione plątaniną rur przypominających spaghetti, stoją obok potężnych cylindrycznych zbiorników w kompleksach petrochemicznych zajmujących tysiące hektarów. Wewnątrz tych gigantycznych kompleksów znajdują się piece zasilane gazem, które rozrywają cząsteczki etanu w procesie zwanym krakingiem etanu – to pierwszy etap przekształcania tego związku w plastik.
W kolejnym etapie złożonego, wielostopniowego procesu wysokie ciśnienie i niska temperatura przekształcają rozbite łańcuchy węgla i wodoru w etylen – jeden z fundamentów, na których opiera się przemysł petrochemiczny. Następnie katalizatory i kolejne dawki ciepła sprawiają, że etylen polimeryzuje w polietylen – najczęściej używany plastik na świecie. Typowa fabryka produkująca polietylen może w ciągu jednego dnia wytworzyć setki miliardów plastikowych granulek wielkości ziarna soczewicy. Ładowane na statki, pociągi i ciężarówki, trafiają do odbiorców, którzy przekształcają je w zabawki, torby, butelki i mnóstwo innych produktów.
Około 150 rafinerii i zakładów petrochemicznych skupiło się wzdłuż liczącego 137 km odcinka Missisipi wijącej się pomiędzy Baton Rouge a Nowym Orleanem. Na tym obszarze, na którym niegdyś dominowały plantacje trzciny cukrowej i który wciąż zamieszkują potomkowie niewolników, zakłady przemysłowe nadal sąsiadują z rozległymi polami trzciny cukrowej.
W słoneczne styczniowe popołudnie odwiedziłam Sharon Lavigne mieszkającą w parafii St. James, przy ulicy ciągnącej się wzdłuż Missisipi. Jej dom był łatwy do znalezienia – na dużej tablicy w ogrodzie widniał napis: „Formosa Plastics byłaby wyrokiem śmierci dla St. James”, a litery wyglądały tak, jakby ociekały krwią. Lavigne wspomina, jak w dzieciństwie – w latach 50. i 60. – łowiła skorupiaki, zbierała jeżyny i orzechy pekan oraz jadła warzywa uprawiane przez jej ojca.
Teraz jej wnuki dostają wysypki od zabawy na zewnątrz, a gdy otwiera drzwi wejściowe, uderza ją czasem zapach, który – jak mówi – jest „tak silny, że aż zwala z nóg”. Począwszy od lat 60. lokalizowano tu coraz więcej zakładów petrochemicznych, wśród których z czasem wyrosły i te, które produkują tworzywa sztuczne, takie jak polistyren i polichlorek winylu (PVC). Zakłady te wytwarzają także chemiczne półprodukty, w tym dichlorek etylenu, tlenek etylenu, diizocyjanianotoluen i metanol, wykorzystywane do produkcji poliestru, poliuretanów i PVC. Emisje z tych fabryk zawierają liczne substancje rakotwórcze, choćby chloropren, tlenek etylenu i formaldehyd.
W 2018 roku John Bel Edwards, ówczesny gubernator Luizjany, ogłosił, że tajwańska Formosa Plastics Group (FG) zbuduje ogromny kompleks o wartości 9,4 mld dolarów w odległości zaledwie trzech kilometrów od domu Lavigne. Miał się składać z 12 oddzielnych instalacji, w tym dwóch do krakingu etanu oraz zakładów produkujących polipropylen i kilka rodzajów polietylenu. Lavigne przeszła na emeryturę – wcześniej była nauczycielką edukacji specjalnej – i założyła organizację RISE St. James sprzeciwiającą się nowym inwestycjom petrochemicznym ze względu na zagrożenie dla zdrowia ludzi mieszkających w tej okolicy nazywanej przez niektórych „Aleją Raka” (Cancer Alley).
Na obszarze wokół planowanej inwestycji Formosy już teraz poziom rakotwórczych zanieczyszczeń jest większy niż na 99,6% terenów przemysłowych w USA – wykazała analiza przeprowadzona przez ProPublicę. Zgodnie z pozwoleniem zakład miałby prawo emitować ponad 5,5 tys. ton zanieczyszczeń atmosferycznych rocznie, w tym takie rakotwórcze substancje, jak benzen, formaldehyd, tlenek etylenu i 1,3-butadien. ProPublica oszacowała, że w przypadku niektórych mieszkańców ryzyko narażenia na kontakt z toksynami wzrosłoby trzykrotnie. „Już teraz umieramy, a jeśli Formosa tu przyjdzie, będziemy umierać jeszcze szybciej” – mówi Lavigne.
Formosa oświadczyła, że pomimo sprzeciwu aktywistów lokalne poparcie dla jej inwestycji jest silne, ponieważ zapewniłaby ona 1200 miejsc pracy. „Każde twierdzenie, że FG znacząco zwiększy „toksyczne emisje” w tym rejonie, jest niezgodne z prawdą” – mówi Janile Parks, rzeczniczka FG LA, amerykańskiego oddziału firmy. Jeśli fabryka powstanie, będzie działać w zgodzie z wszystkimi przepisami, zapewnia Parks. „Ochrona zdrowia, bezpieczeństwa i środowiska są naszymi priorytetami” – deklaruje.
Choć administracja Joe Bidena zaostrzyła limity dotyczące toksycznych zanieczyszczeń, takich jak chloropren i tlenek etylenu, egzekwowanie tych przepisów okazało się krótkotrwałe. Po objęciu urzędu w 2025 roku prezydent Donald Trump mianował dwóch byłych dyrektorów z branży chemicznej na kluczowe stanowiska w Agencji Ochrony Środowiska (EPA), a następnie podpisał proklamację gwarantującą ulgi dziesiątkom zakładów chemicznych. Masowe zwolnienia w tym roku znacznie uszczupliły zasoby kadrowe Agencji, która zamknęła swoje Biuro Sprawiedliwości Środowiskowej, utworzone w celu ochrony grup szczególnie narażonych na skutki zanieczyszczeń – często ubogich społeczności kolorowych, takich jak ta, w której żyje Lavigne. EPA ogłosiła również plany zamknięcia pionu badawczego zajmującego się analizą zagrożeń stwarzanych przez toksyczne substancje chemiczne.
Negując określenie „Aleja Raka” przemysł – wraz z niektórymi urzędnikami stanowymi i lokalnymi w Luizjanie – utrzymuje, że średnie wskaźniki zachorowań na nowotwory złośliwe w parafiach [w Luizjanie są odpowiednikiem hrabstw, czyli powiatów – przyp. red] położonych wzdłuż dolnego biegu Missisipi są zbliżone do średniej dla całego stanu. Co innego mówią jednak szczegółowe dane analizowane na poziomie obwodów spisowych – tak wynika z badań przeprowadzonych przez naukowców ze Szkoły Prawa przy Tulane University w Nowym Orleanie, reprezentującej społeczności walczące z zanieczyszczeniem środowiska. W ubogich i głównie czarnych dzielnicach stwierdzono, że w strefach o wyższym poziomie toksycznych zanieczyszczeń notuje się również większą zachorowalność na raka. Badacze oszacowali, że w ciągu dekady zanieczyszczenia przyczyniły się do zdiagnozowania dodatkowych 850 przypadków raka. „Te zakłady emitują substancje, które są doskonale znanymi truciznami i kancerogenami – mówi badaczka Kimberly Terrell, która wcześniej była członkinią zespołu naukowego z Tulane. – Wyniki potwierdzają to, co członkowie lokalnych społeczności mówili od samego początku.”
To właśnie to zagrożenie sprawiło, że Lavigne postanowiła sprzeciwić się ekspansji petrochemicznej w miejscu, w którym się wychowała, zamiast się stąd wyprowadzić. Kiedy po raz pierwszy usłyszała o planach Formosy, usiadła na ganku i – jak wspomina – zapytała Boga, czy powinna opuścić ziemię, którą jej dał. I wtedy On powiedział: nie. „Myślę, że moi przodkowie są szczęśliwi, że walczę” – mówi Lavigne.
Znaczna część plastiku produkowanego nad dolną Missisipi i w innych regionach świata zajmujących się jego wytwarzaniem trafia na Globalne Południe. Ponieważ kraje bogate są już nasycone plastikowymi towarami i opakowaniami, branża postrzega kraje rozwijające się jako szczególnie obiecujący nowy rynek zbytu. Indonezja, gdzie zużycie opakowań jednorazowych błyskawicznie rośnie, jest jednym z tych krajów, w których branża tworzyw sztucznych pokłada wielkie nadzieje na rozwój i zarazem zagrożonych skutkami ubocznymi tego rozwoju. To również docelowy kierunek transportu ogromnych ilości zużytego plastiku, eksportowanego przez bogate państwa rzekomo w celu jego recyklingu.
Aby zobaczyć, gdzie naprawdę trafia część tego materiału, udałam się na obrzeża drugiego co do wielkości miasta Indonezji – Surabai. Tuż za jego granicami znajduje się Tropodo, urokliwa wioska o wąskich uliczkach, położona pośród bujnych, zielonych pól, znana z rodzinnych wytwórni tofu. W jednym z takich małych zakładów znajdującym się za miętowozielonym domem przy ścianach piętrzą się stosy skrawków plastiku. Gdy właściciel zakładu Muhammad Gufron wrzuca część z nich do dużego pieca, słychać charakterystyczne trzaski. Plastik służy tu jako paliwo, dzięki któremu wytwarza się parę służącą do podgrzewania kadzi z sojową masą – pracownicy mieszają ją, a następnie przekładają do drewnianych sit, gdzie masa twardnieje w bloki tofu. „To dobre i tanie – mówi Gufron. – Takie paliwo napędza wszystkie wytwórnie tofu w Tropodo.”
Z wysokich kominów unosi się gęsty, czarny dym, niemal na pewno zawierający dioksyny, furany, rtęć i inne niebezpieczne substancje chemiczne powstające podczas spalania plastiku. Jaja kur, które dziobią w plastikowym popiele w Tropodo, zawierają toksyczne „wieczne chemikalia”, takie jak polichlorowany bifenyl (PCB) i sulfonian perfluorooktanu (PFOS). Stwierdzono tu również drugi najwyższy poziom dioksyn kiedykolwiek wykryty w jajku w Azji (najwyższy stwierdzono w Wietnamie na terenie byłej amerykańskiej bazy wojskowej skażonej defoliantem Agent Orange z czasów wojny).
Indonezja od dawna zmaga się z problemem zanieczyszczenia plastikiem. W wielu regionach tego rozległego kraju brakuje zorganizowanego systemu odbioru odpadów, a gospodarstwa domowe muszą same pozbywać się śmieci. Badanie z 2020 roku wykazało, że kraj ten był największym na świecie źródłem niewłaściwie zagospodarowanych odpadów plastikowych. Jednak znaczną część tego problemu stanowią odpady sprowadzane z bogatych państw, w tym ze Stanów Zjednoczonych, które produkują więcej plastikowych odpadów niż jakikolwiek inny kraj na świecie.
Choć Amerykanie wyrzucają wiele swoich plastikowych butelek, kubków po jogurtach i innych produktów z tworzyw sztucznych do przeznaczonych na ten cel pojemników, w praktyce USA poddaje się recyklingowi zaledwie 5–6% plastiku. Proces ten zazwyczaj polega na rozdrabnianiu posegregowanego materiału, a następnie jego przetopieniu w celu uzyskania granulek, które producenci mogą ponownie wykorzystać. Jednak różne rodzaje plastiku muszą być przetwarzane oddzielnie, a dodatki takie, jak barwniki i plastyfikatory (wpływające na elastyczność tworzywa), mogą sprawić, że skuteczna segregacja stanie się niemal niemożliwa. Nawet niewielka ilość źle posegregowanego materiału może spowodować, że cała partia stanie się bezużyteczna. A poza tym w przeciwieństwie do aluminium, szkła czy kartonu, które można wielokrotnie poddawać recyklingowi, jakość plastiku szybko się pogarsza.
Nawet najłatwiejsze do recyklingu rodzaje plastiku – politereftalan etylenu (PET) i polietylen o wysokiej gęstości (HDPE), używane odpowiednio do produkcji butelek do napojów oraz pojemników na mleko – rzadko wracają na rynek jako nowe opakowania. Zamiast tego przetwarza się je na dywany, ubrania lub sztuczne drewno, czyli produkty, które nie nadają się do ponownego recyklingu. Dodatkowo brakuje bodźców ekonomicznych. Tworzywa odzyskane dzięki recyklingowi nie są w stanie konkurować ani ceną, ani jakością z nowym plastikiem, tanim i powszechnie dostępnym, a nierównowaga ta tylko się pogłębia, w miarę jak przemysł zwiększa produkcję, czyniąc nowy plastik jeszcze tańszym i dostępniejszym. Wszystko to sprawia, że ogromne ilości odpadów z plastiku trafiają na wysypiska lub do spalarni.
Poza tym USA każdego roku wysyłają w świat około 400 tys. ton plastiku, rzekomo w celu jego recyklingu. Chiny, które niegdyś przyjmowały znaczną część plastikowych odpadów ze świata, zakończyły ten proceder w 2018 roku z powodu obaw o zanieczyszczenie powietrza i wód spowodowane masowym wyrzucaniem i spalaniem śmieci. W rezultacie plastikowymi śmieciami zostały zalane kraje Azji Południowo-Wschodniej, w tym Indonezja. „W krótkim czasie pojawiło się wiele nowych wysypisk” – mówi Daru Setyorini, indonezyjska biolożka i działaczka społeczna. Uniesione przez wiatr torebki i opakowania zaplątywały się w gałęziach drzew rosnących wzdłuż rzek, piętrzyły przy drogach, lądowały na pustych działkach i były spalane w piecach, takich jak ten w fabryczce tofu Gufrona. Te pochodzące z importu odpady powiększały falę plastiku płynącą z lądu do mórz.
Jednakże Indonezja zmaga się też z rosnącą falą własnych odpadów plastikowych. Ilość opakowań sprzedawanych Indonezyjczykom rośnie w tempie 4–6% rocznie, a elastyczne opakowania plastikowe, trudne do recyklingu miękkie materiały używane w saszetkach, foliach, tubkach z pastą do zębów oraz w torebkach na przekąski i inne produkty spożywcze, zwiększają swój udział jeszcze szybciej, informuje Ariana Susanti z Indonezyjskiej Federacji Opakowaniowej reprezentującej firmy produkujące i wykorzystujące opakowania. Szczególnie popularne są saszetki – małe opakowania, w których umieszcza się niewielkie ilości rozmaitych produktów, od szamponu i detergentów po przyprawy. Są one powszechnie używane w krajach Globalnego Południa. Według jednej z analiz w 2023 roku wyprodukowano nieco ponad bilion takich saszetek, a prognozy przewidują, że w ciągu dekady ich roczna produkcja przekroczy 1,4 bln.
Setyorini obserwuje te zmiany od dziesięcioleci. Kiedy była uczennicą w latach 80. i 90., razem z matką kupowały warzywa zawinięte w gazetę i przynosiły na targ własne koszyki, słoiki i kanistry. Wraz z początkiem nowego tysiąclecia opakowania plastikowe zaczęły się stawać wszechobecne. „Było źle, ale nie tak źle, jak jest teraz” – mówi. Od tamtej pory trwa nieustanna kampania reklamowa przedstawiająca produkty opakowane w plastik jako nowoczesne, czyste i praktyczne. W efekcie ludzie zmienili sposób myślenia, a równocześnie firmy wyeliminowały alternatywne rozwiązania – tłumaczy Setyorini. „Dziś ludzie nie mają wyboru. Muszą kupować plastik” – mówi.
Setyorini i jej mąż, Prigi Arisandi, również biolog, od wielu lat badają wpływ plastiku na zdrowie ludzi i środowisko naturalne. Powołali do życia organizację pozarządową Ecoton zajmującą się badaniami i działaniami na rzecz ochrony środowiska. Prowadzą ją z biura położonego wśród drzew bananowych i tamaryndowców, około 45 min drogi od Surabayi. Odkryli mikroplastik w rzece Brantas, która dostarcza wodę milionom Indonezyjczyków, a także w ciałach ryb, krewetek i małży. Gdy analizowali próbki przysyłane im przez ludzi, drobne fragmenty plastiku znajdowali wszędzie – od gleby po mleko matki.
Indonezja od pewnego czasu zaostrza przepisy dotyczące importu plastikowych odpadów, a kulminacją było wprowadzenie w tym roku całkowitego zakazu ich sprowadzania. Pojawiają się obawy dotyczące przemytu oraz skuteczności w egzekwowaniu nowego prawa, jednakże – jak zgodnie przyznają Setyorini i inni działacze – ilość importowanych odpadów nienadających się do recyklingu, choć wciąż znaczna, jest istotnie mniejsza niż w szczytowym roku 2019. W indonezyjskim Ministerstwie Środowiska i Leśnictwa w Dżakarcie moim rozmówcą jest Novrizal Tahar, były dyrektor wydziału ds. gospodarki odpadami stałymi. Mówi mi, że jego kraj chce zredukować o 70% ilości plastiku trafiającego do mórz i ponad połowa drogi do tego celu już została pokonana. „To duże osiągnięcie” – podkreśla.
Setyorini przyznaje, że poprawa systemu gospodarowania odpadami jest ważna, ale uważa, że rząd Indonezji zbyt mocno koncentruje się na walce z plastikiem dopiero po jego wyrzuceniu, a zbyt mało uwagi poświęca nakłanianiu firm, poprzez zmiany w przepisach, do ograniczenia jego użycia. Ona i Arisandi zabierali na demonstracje manekiny oblepione saszetkami, aby domagać się zaprzestania sprzedaży takich małych opakowań, a za ich stosowanie pozywali do sądu firmy produkujące żywność i dobra konsumpcyjne.
Zasadniczo wszystko, co nie prowadzi do przerwania niekończącego się cyklu ekspansji i akumulacji plastiku, uważa ona za błędne postępowanie. „Powinniśmy wrócić do czasów, gdy przynosiło się na targ własne torby i pojemniki wielokrotnego użytku” – mówi.
Ludzie wybierają jednorazowe produkty z plastiku nie tylko dlatego, że są one wygodne, ale także dlatego, że są tanie. A są tanie, ponieważ cena, którą płacą konsumenci, nie odzwierciedla ich rzeczywistego kosztu – wydatków na zarządzanie odpadami, szkód środowiskowych oraz wydłużającej się listy problemów zdrowotnych. Szybko rosnąca liczba badań dokumentujących te koszty zewnętrzne zaczęła przesuwać uwagę z zarządzania odpadami na ograniczanie ilości zużywanego plastiku.
Niektóre rządy zaczęły szukać sposobów na osiągnięcie tego ostatniego celu. Unia Europejska wprowadziła zakaz stosowania jednorazowych plastikowych sztućców, talerzy, mieszadełek i słomek. Najpóźniej od 2030 roku będzie też wymagała oddawania do recyklingu 90% plastikowych butelek oraz produkowania nowych butelek z plastiku pochodzącego w co najmniej jednej trzeciej z recyklingu. Nowe przepisy zabraniają też restauracjom udostępniania jednorazowych naczyń i sztućców klientom spożywającym posiłek na miejscu, a także nakładają wymóg, aby do 2030 roku co najmniej 40% plastikowych opakowań używanych do wysyłki towarów do konsumentów lub też pomiędzy firmami było wielokrotnego użytku.
W Stanach Zjednoczonych władze lokalne i stanowe – od Waszyngtonu D.C. po Honolulu – uchwaliły przepisy zakazujące używania niektórych jednorazowych produktów z plastiku lub też nakazujące, aby takie produkty nadawały się do recyklingu bądź kompostowania. Dobrze opracowane przepisy mogą przynieść realne efekty. Stan Nowy Jork wprowadził w 2020 roku zakaz używania plastikowych torebek na zakupy, a władze miasta Nowy Jork oszacowały, że w okresie 2017–2023 ilość takich torebek w odpadach zmniejszyła się o 68%. Inna analiza uwzględniająca zakazy używania plastikowych toreb w dwóch stanach i trzech dużych miastach wykazała, że nowe przepisy zapobiegły wykorzystaniu 6 mld torebek rocznie.
Kilka innych stanów, na przykład Maine i Kalifornia, wybrało odmienną drogę, wprowadzając prawo „o rozszerzonej odpowiedzialności producenta” (extended producer responsibility). Przepisy te zobowiązują producentów do współfinansowania programów recyklingu, aby pokrywali oni część kosztów zarządzania odpadami. Eksperci uważają, że takie ustawodawstwo nie tylko zmniejsza obciążenie podatników, ale może też skłonić firmy do przemyślenia, ile plastiku stosują i jakiego rodzaju. Najdalej poszła Kalifornia, która dała przedsiębiorstwom 10 lat na zredukowanie o jedną czwartą ilości zużywanych jednorazowych opakowań plastikowych. Ponadto nałożyła na nie obowiązek pokrywania kosztów recyklingu ponoszonych przez samorządy oraz dorzucania się do wynoszącego 5 mld dolarów funduszu przeznaczonego na łagodzenie zdrowotnych i środowiskowych skutków zanieczyszczenia plastikiem.
Na poziomie globalnym ponad 180 krajów – oraz, jak mówią doniesienia, ponad 200 lobbystów reprezentujących firmy petrochemiczne – spędziło trzy lata na negocjacjach nad traktatem ONZ dotyczącym ograniczenia stosowania plastiku. Rozmowy miały się zakończyć w 2024 roku, ale ponieważ to się nie udało, negocjacje przedłużono. Mimo to w sierpniu 2025 roku zakończyły się fiaskiem. Działacze środowiskowi i wspierające ich delegacje narodowe domagały się zmniejszenia produkcji plastiku, lecz firmy stanowczo się temu sprzeciwiły, kładąc nacisk na kwestie zarządzania odpadami i recykling. Podczas kolejnych sesji producenci plastiku zaciekle walczyli o usunięcie z traktatu najbardziej restrykcyjnych zapisów oraz stosowali obstrukcję proceduralną, mówi Carroll Muffett, obecnie dyrektor wykonawczy międzynarodowej organizacji Foundation for International Law for the Environment. „To ta sama strategia, którą od dziesięcioleci obserwujemy w negocjacjach klimatycznych” – dodaje.
Za prezydentury Joe Bidena również USA opowiadały się za ograniczeniem produkcji plastiku przez traktat. Jednak w lutym 2025 roku Donald Trump zamieścił w mediach społecznościowych wpis: „BACK TO PLASTIC”, odnosząc się do swojego zamiaru wycofania planu przejścia na papierowe słomki. Podczas negocjacji USA zaproponowały usunięcie zapisów dotyczących całego cyklu życia plastiku i dołączyły do innych krajów produkujących ropę i gaz, sprzeciwiając się wszelkim limitom produkcji. W przesłanym e-mailem oświadczeniu American Chemistry Council – organizacja reprezentująca głównych producentów plastiku w USA, ostrzegła, że takie limity przyniosłyby „poważne, niezamierzone konsekwencje”, ponieważ – jak napisała – „świat potrzebuje więcej energii odnawialnej, czystej wody pitnej, energooszczędnych budynków i mniej marnotrawstwa żywności – a wszystko to umożliwia plastik”. Organizacja uważa też, że takie ograniczenia są „nieskuteczne w przeciwdziałaniu nieszczelnościom systemu gospodarowania odpadami”.
W 2024 roku podczas konferencji poświęconej plastikowi zorganizowanej w Dubaju przez Gulf Petrochemicals and Chemicals Association – tę samą organizację, której sześć lat wcześniej dyrektor generalny Saudi Aramco przedstawił warte 100 mld dolarów plany inwestycji w plastik – wystąpił Salman Alajmi, wiceprezes kuwejckiej firmy petrochemicznej Equate. Zgromadzonym zreferował stan negocjacji nad traktatem. „Negatywne emocje wobec plastiku stają się coraz silniejsze” – stwierdził. Ostrzegł też, że niektóre z omawianych propozycji mogłyby otworzyć drogę do sankcji finansowych, które „z pewnością osłabiłyby wskaźniki ekonomiczne producentów”. Inaczej mówiąc, obniżyłyby ich zyski.
Co więcej, jak powiedział Alajmi swoim słuchaczom, krytycy branży petrochemicznej postrzegają recykling plastiku jako część problemu, a nie jego rozwiązanie. Alajmi, który podczas negocjacji przewodził koalicji krajów produkujących plastik, wezwał firmy, by aktywniej zaangażowały się w kształtowanie treści porozumienia. „Musimy być bardziej proaktywni” – powiedział, sugerując firmom wykorzystanie ekspertów prawnych oraz opracowanie artykułów naukowych opisujących zalety rozmaitych typów recyklingu i wyjaśniających, „dlaczego są one bezpieczne i dlaczego uważamy je za krok w stronę rozwiązania problemu.”
Podczas trwających dwa dni paneli dyskusyjnych i prezentacji w PowerPoincie kolejni prelegenci przedstawiali, w jaki sposób plastik może odegrać ważną rolę w tworzeniu zrównoważonej przyszłości dzięki koncepcji „gospodarki o obiegu zamkniętym”, w której zużyte materiały są w nieskończoność odzyskiwane i poddawane recyklingowi. Wielu mówiło o projektowaniu prostszych opakowań, by ułatwić ich ponowne przetwarzanie, oraz o szerszym stosowaniu recyklingu chemicznego – podejścia, które przemysł promuje jako sposób na radzenie sobie z tymi tworzywami, których nie da się przetworzyć tradycyjnymi metodami mechanicznymi. Najczęściej stosowaną techniką jest piroliza, która rozkłada plastik na jego podstawowe składniki etylen i propylen.
Jednak z powodu zanieczyszczeń, które nieuchronnie pozostają w recyklingowanych plastikach, aby można je było ponownie zużyć, muszą być one rozcieńczane mieszanką zawierającą aż 90% nowych składników pochodzących z paliw kopalnych. W efekcie tak wytworzony plastik może zawierać jedynie 2% materiału z recyklingu – ustaliła ProPublica (choć dzięki metodzie rozliczania recyklingu chemicznego zwanej bilansem mas taki produkt może być oznakowany w sposób sugerujący znacznie większy udział przetworzonego materiału). Poza tym piroliza może być źródłem emisji substancji rakotwórczych, takich jak benzen i dioksyny, i generować więcej gazów cieplarnianych niż zwykła produkcja plastiku z ropy naftowej.
Dla krytyków branży petrochemicznej argument, że recykling rozwiąże kryzys spowodowany przez plastik, to nic innego jak greenwashing – próba uspokojenia obaw konsumentów i uzyskania akceptacji dla stale rosnącej produkcji. Tak powiedziała mi Enck, gdy rozmawiałyśmy na werandzie jej domku w lesie pod Albany w pewien sierpniowy, parny poranek. Producenci – mówiła – „wydali miliony dolarów, okłamując opinię publiczną, próbując przekonać ludzi, że wystarczy poddać plastik recyklingowi, a wszystko będzie dobrze”. Podobny zarzut wysunął Rob Bonta, prokurator generalny Kalifornii, w pozwie przeciwko ExxonMobil, twierdząc, że firma przez dekady „zwodniczo promowała recykling jako uniwersalne rozwiązanie problemu odpadów z tworzyw sztucznych”, mimo że wiedziała, iż zarówno konwencjonalnymi, jak i chemicznymi metodami da się przetworzyć zaledwie niewielką część odpadów. (ExxonMobil odpowiedział kontrpozwem, oskarżając Bontę o „rażące przeinaczenia” i broniąc recyklingu chemicznego jako „sprawdzonej technologii”, dzięki której plastik nie trafi na wysypiska).
Zdaniem Geyera sprawa jest jasna: jedynym sposobem na ograniczenie negatywnego wpływu plastiku na środowisko i zdrowie ludzi jest zmniejszenie jego produkcji. „Kluczowa kwestia, o której powinniśmy rozmawiać, brzmi – ile byłoby w sam raz”.
Jednak – jak podkreśla Enck – branża czerpiąca zyski z coraz większej produkcji plastiku nie podejmie z własnej woli działań niezbędnych do posprzątania tego bałaganu. „Jedyny sposób na zmianę kursu to silne prawo” – mówi. Jeśli przepisy sprawią, że cena plastiku zacznie odzwierciedlać jego rzeczywisty koszt, wówczas inne formy opakowań staną się konkurencyjne ekonomicznie.
Tamtego sierpniowego dnia Enck wyciągnęła na werandzie pudełko z produktami i opakowaniami, których używa, aby pokazywać, jak mógłby wyglądać świat z mniejszą ilością plastiku: z papierowymi torebkami na słodycze bez powszechnie stosowanej plastikowej powłoki, dzięki czemu w pełni nadają się do recyklingu i zarazem utrzymują zawartość w świeżym stanie; kostką szamponu, która eliminuje potrzebę plastikowej butelki; szklaną butelką z pompką na mydło, którą można wielokrotnie napełniać.
Artykuł powstał przy wsparciu Pulitzer Center on Crisis Reporting oraz dzięki stypendium McGraw Fellowship for Business Journalism udzielonemu przez Craig Newmark Graduate School of Journalism przy City University of New York.