Roboty to same kłopoty?
W czasopiśmie „Science” zamieszczono tekst prof. Aude G. Billard, robotyczki z Politechniki Federalnej w Lozannie. Stawia ona tam pytanie, którego większość z nas, oswojona już z przeróżnymi wizjami kina i literatury SF, być może od dawna sobie nie zadawała: czy ludzie naprawdę potrzebują humanoidalnego robota do zarządzania domem, żeby np. ładował naczynia do zmywarki?
Billard zajmuje się robotami humanoidalnymi, ale – jak pisze – coraz bardziej zaskakuje ją bezrefleksyjny zachwyt wizjami świata, w którym w każdym domu oczekuje nas robotyczny kamerdyner, wypełnia wszystkie obowiązki domowe, bawi nas rozmową, a my nie musimy się niczym zajmować. Wizja niczym z twórczości Isaaca Asimova. Tymczasem Billard zwraca uwagę na problemy, które zwykle są pomijane w takich wizjach.
Pierwszy i najprostszy to oczywiście energia. Jeżeli robot ma pracować w domu przez cały czas, to oczywiście będzie czerpać jej mnóstwo – zdaniem autorki trzy do dziesięciu razy więcej niż lodówka. I w przeciwieństwie do człowieka nie przepracuje ośmiu godzin bez przerwy. Ani nawet sześciu. Przy tak dużej energochłonności można mówić o sukcesie, jeśli na jednym ładowaniu podziała przez cztery godziny.
Drugi problem wiąże się z ciepłem – robot humanoidalny to kilkadziesiąt kilogramów elektroniki, kamer i silników, które rozpraszają ciepło. To nie jest niezauważalny manekin stojący w kącie, lecz chodzący grzejnik, który generuje tyle energii cieplnej co 15 osób. Ciekawe, czy ktoś by sprzedawał robota w pakiecie z klimatyzatorem?
Trzecia kwestia to serwis. We wnętrzach robotów humanoidalnych kryje się skomplikowana maszyneria. Możemy więc sobie wyobrazić serwisowanie i naprawę takich mechanicznych potworów Frankensteina... Billard pisze, że „jeśli nie zaprojektujemy przyszłych robotów inaczej, być może będziemy musieli odsyłać całe urządzenie do producenta”. Będzie to nie tylko kosztowne, ale też obarczone ryzykiem – firmy technologiczne przychodzą i odchodzą, rozwiązania się zmieniają i może się okazać, że po paru latach nasz robot, w którym zawiódł jeden moduł, jest nienaprawialny. I będzie można go tylko wyrzucić, albo oddać na części. A i to ostatnie nie jest pewne, bo demontaż tej całej wewnętrznej elektroniki może okazać się bardzo problematyczny.
Sięgnij do źródeł
Badania naukowe: Should humanoid robots in every household really be a top priority?
Billard zatem konkluduje, że być może roboty humanoidalne to jednak ślepa uliczka. Sugeruje, aby już teraz zmienić sposób projektowania robotów – na bardziej modułowe, łatwiej naprawialne, zbudowane z biodegradowalnych materiałów. I zwraca uwagę, że forma humanoida wcale nie jest optymalna. Mamy już autonomiczne odkurzacze, kosiarki, a nawet samochody i żadne z tych urządzeń nie musi być sterowane przez humanoida. Czynności takie jak pranie, zmywanie i prasowanie mogłaby wykonywać maszyna zaprojektowana wyłącznie w celu ich równoczesnego wykonania. Bo człowiek ma tylko dwie ręce i ograniczoną percepcję, ale robota można wyposażyć w większą liczbę elastycznych kończyn.
Nasuwa się tu analogia z lataniem. Dzieci marzą o tym, żeby zrobić sobie skrzydła z piór i fruwać jak ptak, ale to oczywiście niemożliwe, bo nasze ciało nie jest stworzone do latania. A jednak ludzie latają – ale musieliśmy podejść do tego w zupełnie inny sposób. Użyć wyobraźni i znajomości praw fizyki, aby stworzyć mechanizm odpowiedni dla człowieka. Dlatego nie fiksujmy się na budowaniu robota na własny obraz i podobieństwo, bo go nie potrzebujemy. Użyjmy wyobraźni. Odwołując się do „Gwiezdnych wojen”: nie budujmy C-3PO, budujmy R2-D2!
Dziękujemy, że jesteś z nami. To jest pierwsza wzmianka na ten temat. Pulsar dostarcza najciekawsze informacje naukowe i przybliża najnowsze badania naukowe. Jeśli korzystasz z publikowanych przez Pulsar materiałów, prosimy o powołanie się na nasz portal. Źródło: www.projektpulsar.pl.