Trzy kolory: Makijaż
Obserwuj nas. Pulsar na Facebooku:
W Sekcji Archeo w Pulsarze prezentujemy archiwalne teksty ze „Świata Nauki” i „Wiedzy i Życia”. Wciąż aktualne, intrygujące i inspirujące.
Nośnym hasłem współczesnego marketingu związanego z branżą beauty jest „naturalne piękno”. Tajemnicą poliszynela jest oczywiście fakt, że owo „naturalne piękno” to praca zespołowa: wizażystów, kosmetologów, lekarzy medycyny estetycznej, chirurgów plastycznych oraz grafików pracujących z Photoshopem. Naturalne mają być przede wszystkim składniki aktywne znajdujące się w preparatach do poprawy urody. Stąd moda na wszelkie „bez” na etykiecie kosmetyków: konserwantów, parabenów (to też środki konserwujące), siarczanów, silikonów, alkoholu itd. I rzeczywiście toksyna botulinowa do spłycania zmarszczek mimicznych czy osocze bogatopłytkowe do wykonania tzw. liftingu wampirzego to przecież substancje w pełni naturalne.
W przeszłości nie zawsze ideałem piękna było to, co naturalne. Trudno bowiem za takie uznać skaryfikacje, modyfikacje kształtu czaszki, praktykowane przez Majów i Egipcjan, bądź korygowanie dziewczęcych stóp do kształtu „złotego lotosu”, czyli okaleczanie kobiet w Chinach jeszcze w XX w. Mimo odmiennych od współczesnych ideałów urody sprawą oczywistą wydaje się, że środki upiększające przed rozwojem chemii musiały być pochodzenia naturalnego. A jeśli naturalnego, to przecież musiały być bezpieczne. To niestety myślenie życzeniowe, a sprawa jest bardziej skomplikowana. Naturalną substancją są przecież antymon, arsen, rtęć czy ołów, a wszystkie one wykorzystywane były kiedyś jako składniki kosmetyków upiększających.
Ust korale i dziewiczy pąs
Jak już „W sztuce kochania” zauważał Owidiusz, żadna kobieta nie jest wolna od skaz. Gdy patrzymy na współczesny bogaty rynek kosmetyków kolorowych, może nam się wydać zaskakujące, że starożytni wykorzystywali głównie trzy kolory: czerwony, biały i czarny. Ust korale to wprawdzie metafora wielce zużyta, ale od tysiącleci aktualna. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, iż jest to w kulturze najważniejszy z kolorów, a także najstarszy i podstawowy odcień w makijażowym niezbędniku. Jednocześnie implikujący szczególnie wiele znaczeń, niejednokrotnie wzajemnie się wykluczających. Symbolizuje on zarówno miłość, jak i nienawiść, życie i śmierć. Czerwień prowokuje i intryguje. Być może była to właśnie pierwsza barwa nazwana przez człowieka. W niektórych kulturach wyraz „kolor” oznacza nie tylko jakąkolwiek barwę, ale właśnie czerwień. Takie znaczenie ma m.in. hiszpański przymiotnik colorado. Z kolei w rosyjskim „czerwony” (krasnyj) ma ten sam źródłosłów co (krasiwyj) „piękny”, „dobry”, „wspaniały”, „wartościowy”. Podobnie rzecz wyglądała w staropolszczyźnie, gdzie krasny/kraśny to prócz nazwy koloru także „piękny”, „urodziwy”, „wspaniały”, a nawet „rosły”, „tłusty”, „gruby”. Dowody archeologiczne wskazują, że nasi przodkowie używali czerwonych barwników – ochry, tlenków żelaza i hematytu – już 300 tys. lat temu, regularne zaś znaleziska sięgają 200 tys. lat, a więc początków gatunku Homo sapiens. Do dzisiaj kobiety z pasterskiego plemienia Himba w Namibii używają mieszanki wyrabianej m.in. z ochry i tłuszczu oraz z mleka zwierząt hodowlanych, dodatkowo perfumowanej aromatyczną żywicą, który to specyfik wcierają w ciało i włosy, nadając skórze ceglastoczerwony odcień. Kosmetyk ten nie tylko przynosi pożądany efekt estetyczny, ale również chroni skórę przed palącym słońcem i gryzącymi owadami, czyniąc ją do późnej starości jedwabistą.
Oczywiście czerwień niejedno ma imię – karminowy, smocza krew, rubinowy, cynober, szkarłat, karmazyn, purpura, burgund czy wspomniany koralowy. Jak pisze Nancy Etcoff w książce „Przetrwają najpiękniejsi”: „Róż na policzkach i czerwień na wargach to sygnały erotyczne, stwarzające wrażenie, że kobieta jest młoda, jeszcze nie rodziła; dają efekt dziewiczego rumieńca i promieniejącego zdrowia”. Do produkcji tak niezwykle pożądanych czerwonych szminek i pomad wykorzystywano m.in. barwniki pochodzenia roślinnego. Jednym z najstarszych jest kartamina, zwana też czerwienią hiszpańską, wytwarzana z krokosza barwierskiego (Carthamus tinctorius). Już w starożytności stosowana była jako tańszy zamiennik szafranu. Jedwabnym szlakiem roślina ta trafiła z Egiptu do Chin i Japonii, gdzie barwnik z niej zwano beni. Farbowano nim zarówno kimona, jak i kładziono na usta, które należało pomniejszyć, aby przypominały pąk kwiatu. Ze względu na to, że płatki krokosza zawierają tylko ok. 1% czerwonego pigmentu, a jego pozyskiwanie to żmudny proces, barwnik ten był zarezerwowany dla najzamożniejszych i stał się kolorem rytualnym dla Japończyków. Dobrze wykonany pigment beni opalizował na ustach, mieniąc się na zielono, i był nieodzowny do wykonania makijażu w okresie Edo. Z kolei Grecy i Rzymianie używali do barwienia kosmetyków korzenia alkanny barwierskiej, zwanej również czerwienicą barwierską (Alkanna tinctoria), oraz porostu Roccella tinctoria, płatków róży i maku, o których wspomina poeta rzymski Owidiusz. Do różowania policzków nadawały się również trujące kłącza konwalii majowej i kokoryczki lekarskiej, stosowane m.in. przez chłopki z Białorusi i Rusi. Ten sam efekt dawały korzonki nawrotu polnego, zwierające w skórce czerwony barwnik, a także owoce jagodowe czy pospolity burak, wykorzystywane przez całe stulecia przez chłopki.
Z kolei oryginalnym zwyczajem praktykowanym w Chinach było barwienie paznokci. Chińczycy uchodzą nie tylko za pomysłodawców lakieru do włosów i tuszu do rzęs, ale także właśnie lakieru do paznokci. Do barwienia płytki paznokci używano czerwonych płatków jednorocznego niecierpka balsaminy, które rozcierano na miazgę z odrobiną ałunu, a w miksturze maczano jedwabne skrawki materiału, którymi obwiązywano na noc paznokcie. W kulturze hinduskiej do dziś używa się barwiącej na czerwonobrązowo henny, wytwarzanej z krzewu lawsonii bezbronnej. Ten roślinny barwnik zastąpił stosowaną wcześniej lakę, którą malowano wargi, czubki palców u rąk i nóg, dłonie i stopy.
Czerwień na ustach i policzkach podkreślała nie tylko urodę, zdrowie i płodność kobiet, ale wyrażała także wysoki status społeczny czy stan cywilny. W tej ostatniej funkcji malowana jest przez kobiety na północy Indii zwyczajowa czerwona kropka, czyli bindi. Tradycyjnymi barwnikami były kurkuma lub szafran z domieszką wapna gaszonego, cynober albo szelak, żywiczny barwnik pozyskiwany z wydzieliny owadów Kerria lacca, zwanych czerwcami. Szelak to niejedyny barwnik pozyskiwany z owadów. Powszechnie znana i stosowana od zamierzchłych czasów do barwienia tkanin i kosmetyków, a dziś także żywności, jest koszenila. Dzięki żyjącemu na dawnych terenach Rzeczypospolitej owadowi Porphyrophora polonica, popularnie zwanemu czerwcem polskim, w średniowieczu nasz kraj był największym eksporterem tego cennego pigmentu na całą Europę. Polskiego czerwca, upamiętnionego zresztą w nazwie miesiąca, zastąpiła koszenila sprowadzana z Nowego Świata, ceniona także przez Azteków i Majów, a produkowana z czerwca kaktusowego (Dactylopius coccus).
Szczególnie pożądany wśród starożytnych piękności odcień czerwieni uzyskiwano z toksycznego cynobru, będącego naturalnie występującym siarczkiem rtęci. Pigment ten zwano również czerwienią chińską. Do toksycznych barwników mineralnych, które wywoływały płomienny rumieniec na twarzach kobiet, należy także minia ołowiowa. Mieszanki na bazie ochry, koszenili, marzanny barwierskiej czy cynobru były stosowane przez całe stulecia, bo czerwień to barwa, która doskonale kontrastowała ze śnieżnobiałą karnacją.
Biała płeć
Alabastrowa cera to ideał, do którego kobiety dążyły przez całe stulecia pod różnymi szerokościami geograficznymi. Już Darwin sugerował, że barwa skóry twarzy jest ważnym elementem piękna człowieka. Potwierdzają to współczesne szeroko zakrojone badania dotyczące preferowanego koloru skóry, przeprowadzone wśród 51 społeczeństw. Wykazały one, że w 30 przypadkach mężczyznom podobają się kobiety o karnacji jaśniejszej niż przeciętna w danej społeczności. W minionych czasach jasna cera była również oznaką statusu społecznego, zwłaszcza płci pięknej zamkniętej w czterech ścianach gynaikeionu czy później buduaru. Od wieków bladą cerę uzyskiwano za pomocą różnych kremów, maści i specyfików. Nie wahano się w tym celu upuszczać krwi za pomocą pijawek (zresztą wielorazowego użytku), gloryfikować gruźliczej bladości lica, a nawet zażywać arsenu, zwanego trucizną królów i królem trucizn, na którego bazie w 1786 r. Thomas Fowler opracował specyfik Fowler’s solution. Miał być to środek leczniczy m.in. na kiłę, choć kobiety stosowały go także do wybielania twarzy.
Wbrew potocznym wyobrażeniom nie tylko arystokratki dbały o bladość lica. Także chłopki starały się uchronić skórę przed promieniami słonecznymi. Obok stosowania w tym celu wielu roślin obmywano również twarz zsiadłym mlekiem czy serwatką, a nawet w niektórych regionach świńskim mlekiem. Powszechnie wierzono również w moc krwi z zająca, a także deszczówki bądź śniegu marcowego albo wody zbieranej w czasie grzmotów i piorunów. Etnograf Oskar Kolberg wspominał również o wodzie z przerębli święconej przez księdza w czasie uroczystości Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli: „Gdy ksiądz poświęci wodę w wyciętej w kształcie krzyża przerębli w rzece lub stawie, kobiety młode i starsze zaczerpują dłonią pierwej, nim kto dzbankiem zaczerpnie stąd wody, i wodą tą twarz swą umywają, aby się przez lato od opalenia i piegów uchronić”. Która zaś z dziewcząt przegapiła wspomniane okazje, mogła poczekać do nocy świętojańskiej i przed wschodem słońca umyć się rosą, co ponoć dawało ten sam efekt. Z pewnością lepsze to niż stosowanie własnego moczu, praktykowane na Litwie i Ukrainie, od czego – jak pisał Julian Talko-Hryniewicz w „Zarysie lecznictwa ludowego” – „piegi schodzą, a twarz nabiera gładkości i białości”.
Z kolei kobiety z wyższych warstw społecznych do wybielania twarzy stosowały blejwajs, czyli węglan ołowiu, w starożytnej Grecji zwany psimythion, a w Rzymie – cerussa. Ołowiu, który dziś jest niedopuszczalny w kosmetykach, w starożytności używano jeszcze pod postacią tlenku zwanego glejtą oraz siarczku zwanego galeną. Glejtę stosowano wymiennie z blejwajsem oraz jako środek wspomagający leczenie zmian skórnych i likwidujący blizny, a galenę jako pigment w kosmetykach przeznaczonych do upiększania oprawy oczu. Zresztą ołów w starożytności grecko-rzymskiej był powszechnie stosowanym metalem, m.in. do wyrobu rur wodociągowych, naczyń i pojemników służących do przechowywania żywności, leków czy kosmetyków, a co gorsze, ze względu na słodkawy posmak i właściwości konserwujące dość powszechnie wykorzystywany był w kuchni, szczególnie przy produkcji syropu z moszczu winnego, zwanego sapa.
Popularność bieli ołowianej nie ustępowała przez wieki. Także w staropolskich herbarzach odnajdziemy niejeden przepis na „cudność lica”, który uczynić miał je „lubieżnym”, co oznaczało kiedyś „miłym” czy „przyjemnym”. Marcin Siennik w wydanym w 1568 roku „Herbarzu” pisał: „Kto chce mieć cudność lica nad przyrodzoną cudność. (…) Weźmij korzenia tego ziela [wężownik biały], a ususz je dobrze, weźmij też pół dragmy kości sepijej (tak je zową w aptece), weźmi też ceruzy trochę mniej, a ono wszystko na proch bar[d]zo miałki stłuk[ł]szy zmieszaj z wodką różaną, a potym gdy się ustoi na dnie proch, tedy oną wodką umywaj z wierzchu lice abo zamieszawszy myj twarz”. Obok cerusytu przepis przewidywał użycie os sepiae, czyli zbudowanej z węglanu wapnia zmielonej kości mątwiej, której stosowanie mogło dawać efekt współczesnych peelingów. Zresztą w innym z przepisów w tej samej funkcji użyte zostały „łupiny z nóg kurzych na ogniu rozparzone”. Co może wydawać się zaskakujące, w Europie i Ameryce pudry na bazie toksycznego ołowiu sprzedawano jeszcze na początku XX w.
Twarz grubo pomalowaną bielidłem kojarzymy również z japońskimi gejszami, choć to Chińczycy pierwsi zaproponowali jeden z najwcześniejszych rozjaśniaczy skóry przy użyciu niegroźnego pudru ryżowego. Niestety z czasem zastąpiono go wspomnianą bielą ołowianą, wykorzystywaną ponoć już za czasów dynastii Shang (ok. 1600–1046 r. p.n.e.). Z tej perspektywy o wiele zdrowszą opcją wydają się maści wytwarzane na bazie sproszkowanych pereł. Ponoć chińska cesarzowa Wu Zetian (żyła w latach 625–705) regularnie łykała proszek perłowy i wcierała w twarz taki krem. Nawet po sześćdziesiątce o jej cerze krążyły legendy, mówiono, że jest „promienna jak u młodej kobiety”. Zresztą współczesne badania potwierdzają dobroczynne działanie na skórę preparatów zawierających proszek perłowy.
Starożytny eyeliner
Czerń w makijażu oczu to niezmienny od tysiącleci rytuał łączący kobiety różnych kultur i stanów. Oko Kleopatry czy Nefertiti obwiedzione czarnym kohlem znane jest każdemu, choć nad Nilem makijaż wykonywali także mężczyźni i dzieci. Pełnił on zresztą nie tylko funkcję estetyczną, ale również zdrowotną i religijną. Makijaż oka miał znaczenie ochronne, zapobiegał chronicznemu zapaleniu spojówek czy prowadzącej do ślepoty rozpowszechnionej w Egipcie jaglicy. Był symbolem powierzenia się Horusowi, a z kolei często stosowana w makijażu zieleń malachitu nawiązywała do bogini Hathor. W wielu kulturach orientalnych czernienie twarzy do dzisiaj pełni funkcję apotropaiczną, czyli odstraszającą złe moce. Stąd matki zaznaczają czarnym tuszem oczy dziecka czy malują mu kropki na czole. Substancja czerniąca, zwana w zależności od kultury także surmą, kadżalem i wspomnianym kohlem, używana przez społeczności Bliskiego Wschodu i Azji Południowej, wykonywana była z galeny (siarczku ołowiu) lub stibnitu (siarczku antymonu). Toksyczny antymon znany jest z historii medycyny jako popularny niegdyś emetyk i środek przeczyszczający. Trucizną tą „leczono” wszelkie choroby, od astmy i alergii po syfilis i dżumę. Obok szkodliwych siarczków w skład czernidła do oczu wchodzić mogły również biel ołowiana (cerusyt), kamfora, palone migdały, węgiel drzewny, a nawet zwykła sadza z lamp oliwnych z dodatkiem oleju migdałowego lub zwierzęcego. Marcin z Urzędowa, autor XVI-wiecznego „Herbarza”, do pielęgnacji brwi nade wszystko polecał sadze. Pisał: „Sadze, zwłaszcza kadzidłowe, mirrowe, z terpentyny, z tyraku, z smoły, są suchego przyrodzenia, zimnego a subtelnego: bardzo potrzebne w lekarstwa ku oczom i chędożeniu brwi”.
Definitywny koniec ery trzech kolorów w makijażu przyszedł wraz z rokiem 1918, kiedy to Max Factor – słynny hollywoodzki makijażysta – wprowadził zasadę harmonii kolorów. Okazało się wówczas, że blondynki, brunetki, rude i szatynki potrzebowały różnych barw, aby dobrze wyglądać. A dziś, gdy trzymamy w ręku paletę cieni do powiek, ogranicza nas tylko fantazja.
Dziękujemy, że jesteś z nami. Pulsar dostarcza najciekawsze informacje naukowe i przybliża wyselekcjonowane badania naukowe. Jeśli korzystasz z publikowanych przez Pulsar materiałów, prosimy o powołanie się na nasz portal. Źródło: www.projektpulsar.pl.