Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Mirosław Gryń / pulsar
Człowiek

Ile wyssać, żeby przetrwać. Krótki scenariusz upadku imperium

Branko Milanović: Pozycja materialna człowieka jest w 80 proc. określona już w momencie narodzin
Człowiek

Branko Milanović: Pozycja materialna człowieka jest w 80 proc. określona już w momencie narodzin

Mechanizmy, które kiedyś wyrównywały szanse, przestały działać. Stopniowo powstaje nowa, merytokratyczna arystokracja, gdzie status się dziedziczy. A klasa średnia na Zachodzie czuje, że jej dzieci czeka gorsza przyszłość niż ją samą – mówi Branko Milanović, ekonomista i były ekspert Banku Światowego. [Artykuł także do słuchania]

Badania nad nierównościami oraz mechanizmami redystrybucji nadwyżek w coraz większym stopniu stają się kluczowe dla zrozumienia „cyklu życia” imperiów. Bo czym w istocie są te wyszukane struktury polityczne? Na najbardziej podstawowym poziomie służą przecież jednemu celowi – przepompowywaniu zasobów z peryferii do centrum. [Artykuł także do słuchania]

W pierwszych wiekach naszej ery na przeciwległych krańcach Eurazji istniały dwa ogromne, dominujące imperia – starożytny Rzym na zachodzie i chińskie imperium Han na wschodzie. W okresie największej świetności w ich granicach żyła niemal połowa ludności świata. Na pozór były do siebie bardzo podobne: wojownicze, scentralizowane, biurokratyczne. Ich model ekonomiczny polegał na skupieniu większości ziemi w rękach wąskiej elity oraz opodatkowaniu podbitych ludów i finansowaniu w ten sposób armii i biurokracji.

Dwa polityczne fenomeny, istniejące niemal w tym samym czasie, od dawna przyciągały uwagę najpierw historiozofów, a później historyków. Analogie między nimi od lat bada Walter Scheidel, austriacki historyk ze Stanford University i autor szeroko zakrojonych syntez na temat nierówności, upadku i powstawania imperiów. Niedawno w „Nature Communications” Scheidel wraz z Guido Alfanim i Michele Bollą opublikowali artykuł, w którym porównali starożytny Rzym i Chiny Han pod względem nierówności ekonomicznych.

Rzym i redystrybucja

Oba państwa były strukturami mocno zbiurokratyzowanymi, dzięki czemu naukowcy mają stosunkowo dobry ogląd ich gospodarek. W badaniu wzięli pod uwagę trzy czynniki: dochód na mieszkańca, poziom nierówności majątkowych i stopień ekstrakcji gospodarczej w zależności od regionu – czyli to, ile elity wysysały z gospodarki w stosunku do możliwego maksimum, bez spychania biednych poniżej minimum egzystencji. Dane pochodziły z końca II w. n.e.

Przy porównywalnym zaludnieniu (Chiny liczyły ok. 57 mln ludzi, a imperium rzymskie – ok. 75 mln) dochód na głowę był podobny, choć świat rzymski okazał się nieco bardziej egalitarny niż Państwo Środka. Jeden procent najbogatszych Rzymian zagarniał 19 proc. całego dochodu. W Chinach Han było to aż 26 proc. Aby wyliczyć nierówności, zespół posłużył się indeksem Giniego, który mierzy rozpiętość dochodów w danym społeczeństwie: 0 oznacza idealną równość, 1 – jej całkowity brak. Rzym uzyskał wynik 0,46, Chiny Han – 0,48 (dla porównania: współczesne Stany Zjednoczone osiągają ok. 0,41).

Różnice mogą wydawać się nieduże, ale wskaźnikiem o największym znaczeniu jest wspomniany współczynnik ekstrakcji, który można określić miarą drapieżności imperium. Dla Rzymu wyniósł on 69 proc., dla Chin Han – aż 80 proc. Autorzy badania zadali więc pytanie: czy nierówności i drapieżność państwa nie miały decydującego wpływu na to, że dynastia Han znikła z mapy ok. 220 r. n.e. w ogniu masowych powstań ludowych wywołanych wszechobecnym głodem, a zachodnie cesarstwo rzymskie trwało jeszcze przez dwa stulecia?

Rozbieżności między obydwoma państwami mają wiele wspólnego z ich „architekturą polityczną”. Wbrew słynnemu przysłowiu nie wszystkie drogi prowadziły do Rzymu. Władza – a co za tym idzie, wpływy ekonomiczne – spoczywała w dużo większym stopniu niż w przypadku Chin w rękach prowincjonalnych elit.

Okazuje się, że Rzym w bardziej zrównoważony sposób dystrybuował też wydatki publiczne. Żywa gotówka w formie żołdu, płynąca z centrum do żołnierzy stacjonujących w prowincjach granicznych, stymulowała gospodarki peryferyjnych części imperium. W Chinach Han wydatki na wojsko były mniejsze, co oznaczało mniej placówek i słabszą redystrybucję za pośrednictwem garnizonów. Większą część budżetu pochłaniał natomiast rozbudowany aparat administracyjny, skoncentrowany w stolicy.

Imperium Han było również bardziej scentralizowane. Rządząca dynastia nie tolerowała żadnej konkurencji – narzędziem tej polityki były m.in. przymusowe przesiedlenia znanych rodów z prowincji do stolicy. Rzymianie natomiast czynili z lokalnych elit sojuszników swojej sprawy, włączając je do administracji i dzieląc się z nimi profitami imperialnej polityki – ekonomicznymi, ale i kulturowymi. Ta kooperacja wzmacniała odporność państwa na wstrząsy. Wyjaśnia też, dlaczego różnice dochodowe między centrum a peryferiami w państwie Han były dużo większe niż w imperium rzymskim.

Aztekowie i drapieżność

Kwestia nierówności ekonomicznych stała się ostatnimi laty jednym z najbardziej palących – i popularnych – problemów w debatach nad stanem świata. Badając ich źródła, naukowcy sięgają coraz głębiej w przeszłość, szukając odpowiedzi m.in. na pytanie, czy egalitarne społeczeństwa są bardziej odporne na wstrząsy polityczne.

Te zależności od lat bada Guido Alfani, profesor historii ekonomicznej na Università Commerciale Luigi Bocconi w Mediolanie i współautor artykułu o chińsko-rzymskich nierównościach (niedawno z nim rozmawialiśmy). W 2023 r. na łamach „Nature Human Behaviour” opublikował badanie o imperium Azteków w centralnym Meksyku.

Przyczyny nagłego upadku ich państwa tradycyjnie sprowadzano do wyższości technologicznej najeźdźców i swoistego fatalizmu mającego charakteryzować aztecką kulturę. Dopiero niedawno zaczęto wskazywać na nienawiść, jaką podbite przez Azteków ludy żywiły do swoich władców. Alfani znalazł jej twarde, policzalne przyczyny. Stwierdził, że imperium Azteków charakteryzowało się ogromnymi nierównościami ekonomicznymi: 1 proc. najbogatszych kontrolowało niemal 42 proc. zasobów państwa, a współczynnik ekstrakcji wynosił rekordowe 89 proc.

Aparat fiskalny tego imperium był tak drapieżny wobec peryferii, że poziom życia tamtejszej ludności oscylował tuż powyżej minimum egzystencji. Aztekowie nie wykształcili żadnych mechanizmów redystrybucji. Kiedy więc pojawili się Hiszpanie, wybuchł bunt, który zmiótł ich z kart historii.

Czy jednak nierówności zawsze prowadzą do niestabilności i upadku? Okazuje się, że nie. W 2025 r. zespół pod kierownictwem Dana Lawrence’a, profesora archeologii z Durham University, przeprowadził bardzo szeroko zakrojone badania nad tą kwestią. Dane obejmowały niemal 3 tys. stanowisk archeologicznych i 47 tys. domów na sześciu kontynentach, istniejących na przestrzeni 10 tys. lat. Z ustaleń opublikowanych w „PNAS” wynika, że osiedla, w których rozbieżności majątkowe były duże, istniały dłużej niż te o niższym poziomie nierówności. Jako miernik przyjęto tu zasadę, że większy dom oznacza uprzywilejowany dostęp do pracy, zasobów i statusu. Badanie zdaje się podważać założenie, że nierówności zawsze rodzą niestabilność, skłaniając do pytania: czy jest możliwe, że dysproporcje ekonomiczne są nieodłączną ceną rozwoju?

Wojownicy azteccy (tzw. Codex Mendoza).WikipediaWojownicy azteccy (tzw. Codex Mendoza).

Autorzy przestrzegają przed wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków, jako że dwa zjawiska niekoniecznie muszą być wzajemnie powiązane. Są raczej wynikami tych samych szerokich procesów: rosnącej gęstości zaludnienia, technologicznej złożoności i powstawania hierarchii politycznych. Wniosek brzmi zatem nie tyle, że osady ze skrajnymi nierównościami istnieją dłużej, ile raczej, że długoterminowy sukces społeczny nie wymaga egalitaryzmu.

Już od dawna nierówności instynktownie wiązano z życiem w miastach. Fakt, że duże dysproporcje majątkowe i urbanizacja występują obok siebie bez względu na kulturę czy okres historyczny, zmusza do zastanowienia, czy to jedynie koincydencja. Opublikowane w 2025 r. na łamach „Nature Cities” badanie pozwala sądzić, że nie. Naukowcy z Max-Planck-Institut für evolutionäre Anthropologie porównali miasta w starożytnym Rzymie ze współczesnymi metropoliami i doszli do wniosku, że nierówności są niejako wpisane w „kod rozwoju” ośrodków miejskich i rosną wraz z nimi. Ponieważ jednak badanie ogranicza się wyłącznie do przykładów rzymskich, wnioski wymagają weryfikacji na szerszym materiale.

Goliat i gęsi

Badania nad nierównościami oraz mechanizmami redystrybucji nadwyżek w coraz większym stopniu stają się kluczowe dla zrozumienia „cyklu życia” imperiów. Bo czym w istocie są te wyszukane struktury polityczne? Na najbardziej podstawowym poziomie służą przecież jednemu celowi – przepompowywaniu zasobów z peryferii do centrum. Cała ideologia uzasadniająca ich powstanie i trwanie to jedynie ornament.

Najnowszym argumentem za tezą, jakoby rosnące nierówności poprzedzały społeczne załamanie, jest głośna książka Luke’a Kempa „Goliath’s Curse” (Klątwa Goliata). Brytyjski naukowiec z Centre for the Study of Existential Risk przy University of Cambridge rozumuje podobnie jak Scheidel i Alfani, wykorzystując jednak nieporównywalnie szerszy materiał empiryczny. Analizuje 324 przypadki upadków państw i imperiów, od epoki brązu aż po koniec XX w. Centralną kategorią analityczną jest mechanizm, w którym rosnące koszty utrzymania rozbudowanych struktur imperium (podatki, pobór do armii, daniny w naturze) zaczynają przeważać nad korzyściami dla przysłowiowych „99 procent”. Wówczas to autorytet władzy słabnie i pojedynczy wstrząs zewnętrzny (susza, epidemia, najazd) może wywołać polityczny kryzys.

Kemp przywołuje przypadki imperium Azteków, dynastii Han, Cesarstwa Zachodniorzymskiego, a nawet obecnych Stanów Zjednoczonych. Powołuje się przy tym m.in. na dane „Democracy Report” (przygotowanego przez V-Dem Institute z uniwersytetu w Göteborgu), który stwierdza, że stan amerykańskiej demokracji pogarsza się w niespotykanym dotąd tempie. Gdy rosnące nierówności skutecznie podmywają istotę demokracji przedstawicielskiej, jedno wydarzenie (nieudana wojna?) może stać się kamykiem, który poruszy lawinę.

Autor przestrzega przed jeszcze jednym niebezpieczeństwem. Skutki upadku „Goliata” w przypadku imperiów przednowożytnych miały zwykle zasięg lokalny. Regres polityczny nie zawsze oznaczał regres cywilizacyjny. Po krachu stolicę porastała dżungla (jak w przypadku imperium Khmerów w Kambodży), skupiska ludności szły w rozsypkę, mieszkańcy wracali do rolnictwa i zaczynali budować nowe, mniej złożone struktury polityczne. Dziś jednak żyjemy w jednym, globalnie splecionym ekosystemie, z którego nie ma ucieczki. Załamanie miałoby więc prawdziwie globalny charakter.

Od 250 lat, odkąd Edward Gibbon zaczął publikować pierwsze tomy „Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego”, tropienie przyczyn upadku imperium stało się ulubioną dyscypliną historyków, a później innych naukowców. Kolejne pokolenia szukają przyczyn załamań, upatrując ich w upadku moralności, wewnętrznych sprzecznościach systemu, wojnach, nadmiernej eksploatacji zasobów albo zmianach klimatycznych. „Kolapsologia” jest jednak bardzo podatna na tzw. teorie srebrnej kuli, sugerujące jedno, proste wyjaśnienie bardzo złożonych problemów. To przestroga, żeby nie upatrywać w nierównościach praprzyczyny całego zła. Mogą się one jednak okazać odpowiednikiem gęsi kapitolińskich – zmienną, która przewiduje niebezpieczeństwo. Sejsmografem, który przestrzega przed nadchodzącym wstrząsem.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną