Reklama
Shutterstock
Człowiek

Dingo sprzed tysiąca lat pochowano jak członka rodziny. Archeolodzy odsłaniają różne oblicza pieskiego życia

Dingo: zabijał australijskie gatunki, teraz jest im potrzebny
Środowisko

Dingo: zabijał australijskie gatunki, teraz jest im potrzebny

Sprawa wydaje się prosta: należy pozbyć się tego, kto w ukształtowanym środowisku z utartymi zależnościami międzyzwierzęcymi nigdy nie powinien się pojawić. Ale dzisiejsza Australia to nie ta sama wyspa co przed kilkoma tysiącami lat.

Grób dingo sprzed około tysiąca lat odkryli archeolodzy w Parku Narodowym Kinchega nad rzeką Darling. To kolejny rozdział historii o czułości, jaką ludzie obdarzali psy. I dowodzi, że dzisiejszy stosunek do nich nie jest wyjątkowy.

Samiec garli – jak nazywa te zwierzęta lud Barkindji – został pieczołowicie pochowany w specjalnie przygotowanym kopcu odpadków muszlowych, tzw. middenie, który przez kolejne stulecia był stale „dokarmiany” nowymi warstwami muszli rzecznych małży. Badacze uważają, że był to rytuał podtrzymywania więzi ze zmarłym zwierzęciem, traktowanym niemal jak przodek.

Coś, co dla nas wciąż może brzmieć egzotycznie, dla Barkindji takim nie jest. Miejscowi Starsi wiedzą, że dingo były od dawna członkami aborygeńskich społeczności, a nie tylko półdzikimi „gośćmi” kręcącymi się wokół obozowisk. Sam garli wiele zresztą mówi relacji tych psowatych z ludźmi. Miał od czterech do siedmiu lat, co oznacza, że był już osobnikiem starym. Jego zęby są mocno starte, a kości noszą ślady zagojonych urazów, jak złamanie żeber i nogi – naukowcy przypuszczają, że został poważnie ranny podczas polowania (być może kopnął go kangur). Bez pomocy by nie przeżył. Ktoś się nim opiekował, karmił go i leczył przez długi czas.

Dziki, który zyskał miłość

Pies był pierwszym udomowionym zwierzęciem i to na długo zanim ludzie zaczęli uprawiać ziemię. Naukowcy coraz częściej podkreślają, że nie chodziło wyłącznie o praktyczną współpracę przy polowaniu czy pilnowaniu obozowiska. Te czworonogi były towarzyszami ludzi. W grobie sprzed 14 tys. lat z Bonn-Oberkassel w Niemczech znaleziono szkielet szczeniaka pochowanego razem z ludźmi. Zwierzę cierpiało na nosówkę i bez opieki nie mogłoby przeżyć. Ktoś się nim zajmował, choć nie przedstawiało już żadnej wartości użytkowej. W Izraelu odkryto szkielet kobiety z neolitu obejmującej szczenię. W syberyjskim grobie sprzed ok. 8 tys. lat – psa pochowanego z rytualnymi przedmiotami.

Dingo zajmują jednak w tej opowieści miejsce szczególne. Przybyły do Australii prawdopodobnie 3–4 tys. lat temu wraz z ludźmi z Azji Południowo-Wschodniej. Nie są ani wilkami, ani psami domowymi. Zachowały wiele cech dzikich drapieżników, ale potrafiły żyć blisko ludzi. Europejscy koloniści długo widzieli w nich wyłącznie szkodniki zabijające owce. Tymczasem dla wielu społeczności Aborygenów były niemal krewnymi. Znane są relacje o kobietach karmiących szczenięta dingo własnym mlekiem, o dzieciach śpiących z nimi dla ciepła podczas zimnych pustynnych nocy i o zwierzętach uczestniczących w rytuałach. Odkrycie znad Darling pokazuje, że nie były to romantyczne legendy.

A kto wie, może kopiec dla garli miał znaczenie jeszcze głębsze. W wielu kulturach istoty szczególnie bliskie wspólnocie z czasem zyskiwały status niemal półboski – widziano w nich opiekunów czy pośredników między światem ludzi i duchów.

Znaczenie, które niosło śmierć

Historia piesko-ludzkiego współżycia ma jednak też ciemne strony. Zarówno wilki, jak i później psy, od początku były zarówno towarzyszami, jak i konkurentami, pokarmem i ofiarami rytualnymi.

Najstarsze ślady zjadania psowatych pochodzą już z paleolitu – na stanowiskach graweckich na Morawach archeolodzy odkryli kości wilków i wczesnych psów noszące ślady rozłupywania oraz cięcia. W mezolicie podobnie traktowano je także na terenach dzisiejszej Polski – co wynika m.in. z badań na stanowiskach na Żuławach. Psy nie były jednak zjadane wyłącznie w czasach głodu czy podczas rytuałów. W wielu społeczeństwach uważano je po prostu za zwierzęta rzeźne. Wierzono przy tym, że psie mięso ma właściwości zdrowotne, wzmacnia organizm albo pomaga przetrwać zimę. Na przykład w Korei specjalnie hodowane psy spożywano jeszcze kilka lat temu, a zawierająca ich mięso zupa bosintang uchodziła za potrawę „dodającą sił”. Handlu psim mięsem zakazano w końcu pod wpływem zmian kulturowych i rosnącej popularności tych zwierząt jako domowych pupili. Podobne praktyki znano też w Chinach czy części Azji Południowo-Wschodniej.

W ofierze psy zaś składano w różnych kulturach. Czasem zabijano je wierząc, że ich śmierć ochroni wspólnotę przed chorobą, wojną albo „nakarmi” duchy i bóstwa. Bywało także, że zwierzęta celowo męczono, bo cierpienie miało zwiększać skuteczność rytuału. W świecie greckim psy poświęcano Hekate. W Ameryce prekolumbijskiej towarzyszyły zmarłym jako przewodnicy dusz, ale jednocześnie trafiały na ofiarne stosy. Ta podwójność jest zresztą bardzo ludzka – wobec zwierząt, które były nam najbliższe, potrafiliśmy okazywać zarówno największą czułość, jak i największe okrucieństwo.

„Psiecko”, które ma tysiąc lat

Dziś także tak bywa. Coraz częściej jednak psy są kimś pomiędzy przyjacielem a członkiem rodziny. Mało kogo dziwi, że sypiają w naszych łóżkach, mają profile w mediach społecznościowych, a wielu właścicieli przeżywa żałobę po nich równie silnie jak po utracie bliskiego człowieka.

Kości starego garli z australijskiego pustkowia przypominają, że tego typu emocjonalna więź nie jest wymysłem współczesnych „psich rodziców”, a istnieje od co najmniej tysiąca lat. W tym kontekście kopiec nad Baaką nie jest śladem egzotycznej przeszłości, lecz lustrem, w którym widzimy samych siebie.

Reklama