Marta Kowal: Większość ludzi ma mechanizmy fizjologiczne i psychologiczne umożliwiające wywołanie miłości
Dr Marta Kowal pracuje w Instytucie Psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. W kręgu jej zainteresowań znajduje się miłość romantyczna widziana z perspektywy międzykulturowej. Prowadziła badania terenowe wśród różnych społeczności, m.in. Majów w Gwatemali, członków plemienia Dani w Papui, Maorysów na Wyspach Cooka czy Aborygenów z Australii. |
KASPER KALINOWSKI: – Miłość musi być ślepa?
MARTA KOWAL: – To przekonanie głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Szekspir w „Kupcu weneckim” pisał, że miłość jest ślepa, a kochankowie nie dostrzegają „uroczych głupstw”, jakie popełniają. Również nasi badani często przyznają, że noszą taki obraz miłości. Szczególnie na początku. Sporo w tym racji, ale mechanizm jest bardziej złożony. Psychologia od lat przygląda się „błędowi pozytywnego nastawienia” (ang. positivity bias), czyli tendencji do interpretowania cech i działań ukochanej osoby w korzystnym świetle. To kredyt zaufania, który dajemy partnerowi, interpretując jego zachowania. Partnerzy, u których zjawisko to jest silniejsze, tworzą zazwyczaj bardziej satysfakcjonujące relacje. Czy jednak zakochani nie widzą wad? Nasze badania pokazują coś przeciwnego. Nawet w początkowych fazach związku potrafimy bez problemu wskazać wady partnera, ale ta świadomość nie osłabia uczuć.
Czyli miłość bywa realistyczna?
I tak, i nie. Jeśli chodzi o wady partnera, bywamy zaskakująco realistyczni, ale różowe okulary sprawiają, że stajemy się dosłownie ślepi na inne osoby. Badania potwierdzają, że osoby zaangażowane w relacje często poświęcają mniej uwagi atrakcyjnym nieznajomym. Miłość nie działa jak filtr, który blokuje negatywne informacje o partnerze, lecz raczej jak mechanizm zaangażowania, który pozwala trwać przy ukochanym mimo niedoskonałości. Z kilkoma wyjątkami.
Co więc szkodzi miłości?
Przede wszystkim agresja i zdrada. Osoby, których partner dopuścił się niewierności lub stosował przemoc, deklarowały niższy poziom miłości. Ma to sens z perspektywy ewolucyjnej. Po pierwsze, agresja stanowi bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia i życia. Po drugie, zdrada zagraża sukcesowi reprodukcyjnemu i inwestycji w potomstwo. W takich momentach obojętność na wady może przestać działać. Warto pamiętać, że zdrada często bywa oznaką kryzysu w relacji.
Obie płcie reagują tak samo na zdradę?
Obserwujemy wyraźne różnice międzypłciowe. Mężczyźni reagują silniej na zdradę seksualną, a kobiety na emocjonalną. Kobieta zawsze miała pewność macierzyństwa, bo to ona rodzi, a mężczyzna musiał polegać na wierności partnerki. Testy DNA to dopiero wynalazek ostatnich dekad, więc panowie są bardziej wyczuleni na sygnały niewierności seksualnej. Z perspektywy ewolucyjnej jednym z najgorszych scenariuszy dla mężczyzny jest inwestowanie zasobów i energii w cudze potomstwo. Tu warto podkreślić, że sytuacje, w których mężczyźni nieświadomie wychowują cudze dzieci, nie są tak powszechne, jak głoszą miejskie legendy. Szacunki wskazują, że ten odsetek waha się zazwyczaj od 0,5 do kilku procent.
Z kolei dla kobiet największym zagrożeniem było odejście partnera. Wiązało się to z utratą wsparcia i zasobów, co drastycznie obniżało szanse na przetrwanie potomstwa. Nasz zespół pod kierownictwem prof. Piotra Sorokowskiego kończy właśnie metaanalizę badań roli ojców w społecznościach, w których współczesne środki antykoncepcyjne nie były dotychczas znane i rozpowszechnione. Wstępne wyniki wskazują, że obecność ojca wiąże się z wyższą przeżywalnością dzieci. Żadna zdrada nie sprzyja miłości, ale zazdrość, która często jej towarzyszy, może paradoksalnie pełnić funkcję ochronną. Wyniki naszych badań na ponad 50 tys. osób z ponad 50 krajów sugerują, że wyższy poziom zazdrości bywa skorelowany z większą intensywnością miłości. Trudno stwierdzić, co jest przyczyną, a co skutkiem.
W starożytności pojawiał się pomysł wpisania stanu zakochania na listę chorób.
Wiele społeczności miało takie poglądy! W niektórych grupach, jak Oneida czy Shakersi (utopijne wspólnoty religijno-społeczne działające niegdyś w Stanach Zjednoczonych – przyp. red.), próbowano zakazać miłości. W innych kulturach, jak kolektywistyczne Chiny, gdzie dobro grupy stoi zazwyczaj wyżej niż dobro jednostki, miłość długo traktowano jako siłę, która może zburzyć sojusze polityczno-matrymonialne. Wydaje się jednak, że dziś postrzeganie miłości w wielu krajach zbliża się do perspektywy zachodniej. W jednym z naszych ostatnich badań, przeprowadzonym w 90 krajach, zaobserwowaliśmy, że ludzie na całym świecie traktują miłość jako warunek niezbędny do zawarcia małżeństwa.
Czego obie płcie poszukują u partnerów?
Taką listę stworzył jeden z najbardziej znanych psychologów ewolucyjnych, David Buss, badając 37 kultur na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Pierwsze miejsce na liście zarówno męskiej, jak i kobiecej zajęła… miłość. Zaraz za nią znalazły się niezawodny charakter, stabilność emocjonalna i przyjemne usposobienie. To baza, która pozwala nam często budować relacje. Gdy spojrzymy głębiej, ujawniają się statystyczne różnice międzypłciowe. Inteligencja i atrakcyjność zajmują inne miejsce na liście męskiej i kobiecej. Dla kobiet ważniejsze mogą być status społeczny, inteligencja czy ambicja, a dla mężczyzn ważniejsza bywa atrakcyjność fizyczna.
Jeśli chodzi o cechy fizyczne, kobiety często zwracają uwagę na wzrost. W jednym z badań wskazywały, że idealny partner powinien być od nich wyższy o ok. 21 cm. Mężczyźni chcieli, żeby ich partnerka była o ok. 8 cm niższa. Kobiety nie wzgardziłyby partnerem silnym i muskularnym. Niedawna analiza prawie stu badań wykazała, że spośród wielu męskich cech to właśnie muskulatura najsilniej wiąże się z sukcesem reprodukcyjnym. Nie chodzi jednak o sylwetkę kulturysty! Kobiety raczej preferują atletyczną budowę w kształcie litery V: szerokie ramiona, rozbudowaną klatkę piersiową i dość wąską talię. To tzw. wskaźnik WCR (ang. waist-to-chest ratio). Sygnał zdrowia, dobrych genów i zdolności do obrony zasobów (w tym partnerki i potomstwa).
A czego pragną mężczyźni? Na liście wysoko plasuje się kobiece „wcięcie” w talii, tzw. wskaźnik WHR (ang. waist-to-hip ratio), czyli stosunek obwodu talii do bioder. Dla mężczyzn najbardziej atrakcyjny jest wynik w okolicach 0,7. Te proporcje bywają dla oceny atrakcyjności ważniejsze niż masa ciała. Do tego dochodzą sygnały młodości i zdrowia: gładka cera, lśniące włosy czy duże oczy, które sygnalizują wysoki potencjał płodności.
Mamy więc receptę na miłość?
Gdyby to było takie proste! Żadna pojedyncza cecha ani ich kombinacja nie gwarantują miłości. Sprawę utrudnia fakt, że słabo znamy sami siebie. Nasze ostatnie badania międzykulturowe pokazują, że deklarowane preferencje często rozmijają się z rzeczywistymi wyborami. Brakuje też badań eksperymentalnych. Opieramy się głównie na analizach przekrojowych i korelacyjnych, bo trudno zamknąć ludzi w laboratorium i sterować ich życiem.
A małżeństwa aranżowane? Tam partnerzy nie mają wyboru, a często takie związki okazują się trwalsze. To argument przeciw miłości?
Ależ w małżeństwach aranżowanych bywa bardzo dużo miłości, chociaż jej dynamika wygląda tu inaczej. W jednym z naszych badań przeprowadzonych w społecznościach, gdzie takie związki są normą – m.in. u Tsimane w Boliwii, Meru w Tanzanii czy Igbo w Nigerii – porównaliśmy poziom odczuwanej miłości przez osoby ze związków aranżowanych oraz tych, które powstały „z miłości”.
W tych drugich poziom namiętności na początku jest zazwyczaj bardzo wysoki, ale z czasem spada. W małżeństwach aranżowanych startujemy z niższego pułapu, ale z czasem te różnice się zacierają. Co ciekawe, poziom zaangażowania czy intymności w obu typach związków po pewnym czasie może być zbliżony. Pamiętajmy też, że aranżowane małżeństwo rzadko jest „suchym” kontraktem. Rodziny, swaci czy starszyzna często biorą pod uwagę dopasowanie charakterów przyszłych małżonków. A jeśli chodzi o trwałość? Statystyki i nasze badania z ponad 90 krajów pokazują, że w kulturach kolektywistycznych pary rzeczywiście rozchodzą się rzadziej. Jednak mniejsza liczba rozwodów nie musi wcale oznaczać większej miłości czy szczęścia.
Czy w takim razie miłości może doświadczyć każdy?
Większość ludzi na świecie posiada mechanizmy fizjologiczne i psychologiczne, które z dużą dozą prawdopodobieństwa umożliwiają wywołanie tego, co nazywamy miłością. U zakochanych mamy do czynienia z koktajlem neurochemicznym. Oksytocyna i wazopresyna odpowiadają za przywiązanie, dopamina napędza układ nagrody, a endogenne opioidy (w tym beta-endorfiny) dają poczucie błogostanu.
Z badań z użyciem neuroobrazowania wiemy o aktywności konkretnych obszarów mózgu u zakochanych, takich jak brzuszne pole nakrywki, jądro półleżące czy ciało migdałowate. Aktywność mózgu u zakochanych pod wieloma względami przypomina mózg matki patrzącej na swoje dziecko. To jeden z najsilniejszych argumentów za hipotezą, że miłość romantyczna ewolucyjnie wywodzi się z o wiele starszej, pierwotnej więzi matka–niemowlę. Z kolei z dociekań genetycznych wiemy, że chociaż nie ma jednego genu, który decydowałby o miłości, to pewne warianty mogą nas na nią uwrażliwiać.
Co z psychologią?
Kiedyś sądzono, że rodzaj przywiązania do innej osoby (np. bezpieczne, unikowe czy lękowe) zależy od doświadczeń życiowych i wychowania. Obecnie wiemy, że duży wpływ mają również geny. Osoby posiadające jedną z wersji receptora mu-opioidowego (OPRM1) mogą odczuwać odrzucenie społeczne i miłosne znacznie dotkliwiej niż pozostałe, niemal jak ból fizyczny. Z kolei wariacje w genie transportera serotoniny (5-HTTLPR) bywają łączone z tendencją do obsesyjnego myślenia o obiekcie westchnień. Pamiętajmy jednak, że geny rzadko mają charakter deterministyczny. Badania sugerują, że miłość romantyczna jest doświadczeniem niemal uniwersalnym i większość ludzi doświadczy jej przynajmniej raz w życiu. Istnieje jednak pewien odsetek ludzi (ok. 1 proc. populacji), którzy identyfikują się jako osoby aromantyczne. Rośnie również liczba osób, które pozostają singlami.
Jeszcze 100 lat temu w pojedynkę żyło mniej niż 5 proc. populacji. Dziś proporcje wywróciły się do góry nogami. W naszych studiach międzykulturowych zwykle obserwujemy, że średnio ok. 30–40 proc. badanych nie jest w związkach. Te dane pokrywają się z innymi źródłami. W USA odsetek osób niebędących w związkach małżeńskich ani partnerskich sięga już 42 proc. Z kolei ostatni spis powszechny pokazuje, że w Polsce co trzecia osoba powyżej 15. roku życia jest singlem. Jeszcze 100 lat temu takie życie było ekstremalnie trudne ekonomicznie, a społecznie – nie do pomyślenia. Dziś, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, jesteśmy w stanie utrzymać się samodzielnie. Do tego dochodzi mniejsza presja społeczna. Ludzie częściej stawiają na samorealizację i edukację, co przesuwa moment małżeństwa.
Osoby w związkach deklarują nieco wyższy poziom szczęścia i dobrostanu, ale lepiej być singlem, niż męczyć się w nieszczęśliwym związku. A niektóre badania wskazują, że związek między szczęściem a posiadaniem partnera zależy od kultury. W społecznościach indywidualistycznych, gdzie ceni się niezależność, single radzą sobie psychicznie zazwyczaj lepiej niż w społecznościach kolektywistycznych, gdzie presja rodziny bywa silniejsza. Single często kompensują brak drugiej połówki silniejszymi więziami z innymi bliskimi osobami, takimi jak przyjaciele czy rodzina.
A jeśli ktoś chce być w związku, ale nie może znaleźć życiowego partnera?
Dotyczy to np. inceli (ang. involuntary celibates), czyli mężczyzn, którzy są singlami z konieczności. To poważny problem społeczny, ale badania nad nim dopiero nabierają rozpędu. Tacy ludzie czują się ofiarami, mają wysoki poziom lęku i depresji, za swoje niepowodzenia winią system, kobiety czy geny, co prowadzi do radykalizacji. Wybitny badacz ewolucji kulturowej Joseph Henrich uważa, że poziom przemocy w społeczeństwie jest bezpośrednio skorelowany z liczbą młodych samotnych mężczyzn. Narzucona przez Kościół około tysiąca lat temu monogamia była znaczącą rewolucją społeczną. Nawet najpotężniejsi władcy zmuszeni zostali do posiadania tylko jednej żony, co „uwolniło” kobiety dla mężczyzn o niższym statusie. To drastycznie zmniejszyło pulę sfrustrowanych singli i – być może – przyczyniło się do spadku przestępczości i liczby wojen.
Miłość byłaby więc odpowiedzią na te problemy?
Chciałabym w to wierzyć. Miłość jest pięknym uczuciem i potrafi uskrzydlać. Oczywiście ma jednak ciemną stronę – gdy jest nieodwzajemniona albo gdy druga osoba przestaje ją odczuwać. Wciąż wiemy jednak zbyt mało na ten temat. W wielu kulturach znajdziemy zapiski o eliksirach, totemach czy magicznych rytuałach, które miały zmusić kogoś do miłości. Współcześnie proponowano podawać donosowo oksytocynę lub manipulować poziomem serotoniny, by wywołać stan przypominający zakochanie.
Sprawa jednak nie jest taka prosta. Przebadaliśmy osoby przyjmujące tzw. antydepresanty, czyli leki z grupy SSRI, zwiększające poziom serotoniny. Okazało się, że poziom miłości oraz obsesyjnych myśli o ukochanym był u nich podobny jak u tych osób, które ich nie przyjmowały. Warto też wspomnieć, że najczęstsza ścieżka do miłości wiedzie przez przyjaźń. Jedno z ważniejszych badań wykazało, że aż 68 proc. par rozpoczęło tak relację.
Single powinni rozejrzeć się wśród swoich znajomych?
Jest to obiecująca droga, ale pozostałe 32 proc. par z tego badania również było nastawionych na poszukiwanie drugiej połówki. Dziś ludzie coraz częściej zwracają się ku aplikacjom randkowym. Analizy z ostatnich lat pokazują, że coraz więcej par poznaje się w sieci. To otwiera wiele możliwości, ale i niebezpieczeństw. Zaobserwowaliśmy na przykład, że osoby, które zawarły znajomość online, charakteryzowały się nieco niższą satysfakcją ze związku i niższym poziomem miłości niż pary, które poznały się w tradycyjny sposób. Różnice nie były jednak duże.
A co z walentynkami? Warto celebrować czy niekoniecznie?
To kwestia nastawienia. Wspólne robienie nowych rzeczy spaja relację i zwiększa namiętność, co przekłada się na jakość związku. Musimy jednak pamiętać, że związek i miłość buduje równie mocno, a nawet mocniej, codzienność. Nasze badania prowadzone pod kierownictwem Agnieszki Sorokowskiej w 45 krajach pokazały, że codzienne gesty czułości, jak przytulenie czy pocałunki, były silnie powiązane z miłością. To może sprzyjać miłości skuteczniej niż wielki bukiet raz w roku.
W badaniach nad szczęściem mówi się o „bieżni hedonistycznej” (ang. hedonic treadmill). Do dużych przyjemności błyskawicznie się przyzwyczajamy. Jeśli wydamy fortunę na randkę, poziom szczęścia wystrzeli w górę, ale szybko wróci do poziomu bazowego. Zdecydowanie lepszą strategią jest rozbicie tego kapitału – zamiast jednego fajerwerku bardziej mogą się opłacić mniejsze, ale regularne gesty. To one sprzyjają miłości.