Reklama
Wykopaliska na stanowisku Canhasan w środkowej Turcji odsłoniły jedną z najstarszych ulic świata. Wykopaliska na stanowisku Canhasan w środkowej Turcji odsłoniły jedną z najstarszych ulic świata. Facebook / Archiwum
Człowiek

Od Narcyza pochylonego nad taflą jeziora po selfie. Jak obraz przejmował władzę nad naszymi wyobrażeniami o samych sobie

Grota gra, wspólnota tańczy. O muzyce, jaką tworzyli i jakiej słuchali ludzie paleolitu
Człowiek

Grota gra, wspólnota tańczy. O muzyce, jaką tworzyli i jakiej słuchali ludzie paleolitu

Trudno bez kopalnego zapisu dokładnie odtworzyć krajobraz dźwiękowy, ale możemy być pewni, że dźwięk był jednym z kluczowych elementów ich doświadczenia. [Artykuł także do słuchania]

Smartfon – technicznie będący hybrydą lustra, kina i widowni – stał się najdoskonalszym jak dotąd lustrem w dziejach. Nie tylko wyraźnym, ale też umożliwiającym natychmiastową korektę dzięki filtrom i upiększającym aplikacjom. W długiej historii zwierciadła to kolejny punkt zwrotny. [Artykuł także do słuchania]

Narcyz, syn nimfy i boga rzeki, był tak urodziwy, że wszyscy zakochiwali się w nim od pierwszego wejrzenia. On sam jednak pozostawał obojętny. Niestety, gdy odrzucona nimfa Echo zanikła z rozpaczy, ziściła się przepowiednia wróżbity Tejrezjasza. Młodzieniec zakochał się bez pamięci w wizerunku własnej twarzy odbitym w tafli jeziora. Za każdym razem, gdy wkładał rękę do wody, obraz znikał. W końcu Narcyz zamienił się w patrzący w toń kwiat. Ten grecki mit znamy jako opowieść o próżności, ale dotyczy także relacji między ja a obrazem. Otwiera też dzieje lustra i naszego uwikłania w los Narcyza. Odbicia rządzą nami coraz silniej.

Przedmiot magiczny

W końcu 2025 r. na stanowisku Canhasan tureccy archeolodzy natrafili na liczące 8,5 tys. lat lustro z wypolerowanego obsydianu, zaledwie 500 lat młodsze od najstarszych okazów ze słynnego Çatalhöyük. We wczesnoneolitycznych osadach środkowej Turcji znaleziono dotychczas 56 tych przedmiotów, co potwierdza, że wytwarzanie najstarszych kamiennych zwierciadeł było anatolijską innowacją, zakorzenioną w lokalnej tradycji i wiedzy technologicznej.

Na podstawie badań półfabrykatów znalezionych w warsztacie kamieniarskim w Tepecik Çiftlik w Kapadocji archeolożka Alice Vinet doszła do wniosku, że proces produkcji miał co najmniej osiem etapów, z których każdy wymagał specjalistycznej wiedzy i umiejętności. Jednak funkcja owych luster nadal pozostaje tajemnicą. Mogły służyć do przeglądania się albo zwiększania zasięgu poświaty ognia (jak – przypuszczalnie – w przypadku metalicznych zwierciadeł stosowanych na latarni na Faros), ale też jako przedmioty symboliczne, związane z tożsamością, statusem, duchowością, rytuałami czy magią. Obecność obsydianowych luster w grobach i depozytach ofiarnych sugeruje, że miały znaczenie nie tylko użytkowe. W końcu zwierciadło było obiektem tajemniczym – zdawało się więzić zamglone i zniekształcone odbicie w dziwnym świecie po drugiej stronie.

W starożytnym Egipcie lustra z brązu lub stopów miedzi miały formę okrągłych tarczek z uchwytami w kształcie lotosu, papirusu, postaci kobiecych, co już wskazywało na ich związek ze sferą kobiecą: urodą, zmysłowością i płodnością. I to zarówno w sensie kosmetycznym, jak i symbolicznym, ponieważ lustro było atrybutem bogini Hathor, patronki miłości, muzyki i rodziny. Dlatego poza praktyczną funkcją grało też rolę amuletu, który zabrany do grobu miał gwarantować zmarłemu odzyskanie twarzy w zaświatach i cielesne przyjemności.

W trakcie prac znaleziono lustro z wypolerowanego obsydianu sprzed 8,5 tys. lat.Canhasan Archaeological Excavation Team/ArchiwumW trakcie prac znaleziono lustro z wypolerowanego obsydianu sprzed 8,5 tys. lat.

W Chinach lustra z brązu nie miały rączek, jednak na rewersach były bogato zdobione i opatrzone inskrypcjami odwołującymi się do długowieczności, porządku świata, harmonii i cykli czasu, co podkreślało ich prestiżową i magiczną funkcję. W Grecji i Rzymie poza zwykłymi lustrami pojawiają się znacznie bardziej intymne, zamykane niczym puderniczki lusterka kasetkowe. Ale i ich pokrywki zdobią motywy związane z urodą, miłością i płodnością, co czyni z nich luksusowy gadżet talizman.

W I w. n.e. Rzymianie wymyślili lustra szklane – cienkie płytki ze szkła z metalową warstwą ołowiu lub cyny od spodu – ale i w nich obraz był jeszcze ciemny, zniekształcony i niestabilny. Przełom nastąpił w renesansie.

Symbol statusu

W średniowieczu na wyspie Murano na lagunie weneckiej powrócono do antycznych technik produkcji luster z cienkiego szkła z metalicznym podkładem. Rewolucją było wynalezienie ok. 1507 r. amalgamatu cyny i rtęci. Na cienką taflę szkła (cristallo) nanoszono od spodniej strony warstwę cyny, a następnie zalewano ją rtęcią, tworząc jednolite metaliczne tło. Po raz pierwszy w historii odbicie w dużych taflach stało się względnie jasne, stabilne i powtarzalne. To miało konsekwencje poznawcze, bo dawało iluzję większej kontroli nad wizerunkiem.

Zmiana technologiczna i myśl humanistyczna, stawiająca w centrum człowieka i jego ciało, doprowadziły do narodzin nowej wizualnej tożsamości. Stąd moda na pozowane, a tym samym na coraz bardziej oddające podobieństwo portrety i autoportrety. Artyści, patrząc w lustro, mogli zarządzać czyimś i swoim wizerunkiem, wybierając kąt, światło, gest czy wyraz twarzy, która stała się znakiem rozpoznawczym. Oczywiście dotyczyło to elit, bo zarówno portrety, jak i lustra weneckie były bardzo drogie. W dodatku produkcja zwierciadeł była niebezpieczna, bo w amalgamacie używano silnie toksycznej rtęci. Za jakość odbicia twarzy bogaczy bezimienni szklarze płacili własnym zdrowiem, a nawet życiem.

Technologia produkcji weneckich zwierciadeł była strzeżonym sekretem przez ponad półtora wieku, bo tylko ona umożliwiła wytwarzanie wielkich tafli. W 1665 r. francuski minister Jean-Baptiste Colbert ukradł know-how, ściągając mistrzów z Murano do Francji i zatrudniając ich w manufakturze królewskiej. To oni przygotowali wielkopłaszczyznowe lustra, które trafiły do La Galerie des Glaces w Wersalu (1678–84). Dla Ludwika XIV komnata lustrzana była nie tylko symbolem próżności, statusu i bogactwa, lecz także elementem władzy – 357 luster odbijało z każdej strony postacie króla i dworzan, zmuszając wszystkich do nieustannej wzajemnej obserwacji.

Posiadanie zwierciadeł w domach stanowiło przywilej aż do 1835 r., gdy Justus von Liebig opracował metodę srebrzenia szkła. Bezpieczne tanie i masowo produkowane lustra stały się popularnym elementem wyposażenia i zaczęły służyć codziennej autokontroli. Błyskawicznie jednak oglądanie się przestało być tylko prywatnym doświadczeniem, ponieważ lustra pojawiły się w windach, hotelowych holach i witrynach sklepów. Każdy przechodzień mógł się przy nich zatrzymać i poprawić swój wygląd, przygotowując się na spojrzenia innych.

Ludzie nie zdążyli jeszcze przyzwyczaić się do wszechobecnego własnego wizerunku, gdy pojawiły się dwa kolejne wynalazki związane z wizualnością – fotografia i kino.

Około 1826 r. Nicéphore Niépce wykonał pierwszą fotografię metodą heliograficzną („Widok z okna w Le Gras”), a w 1839 r. Louis-Jacques-Mandé Daguerre wynalazł technikę pozwalającą uzyskać obraz na posrebrzanej płytce miedzianej, pokrytej jodkiem srebra i wywoływanej oparami rtęci – nazwaną dagerotypem. Masowo powielane wizerunki zaczęły krążyć w formie odbitek i trafiać do albumów, kolekcji i na karty wizytowe. Jednak decydującą zmianę przyniosło kino, gdy utrwalone na taśmie filmowej postaci stały się ruchome.

Pionier fotografii Louis Daguerre w 1839 r. opracował technikę nazwaną dagerotypem.George Eastman Museum/WikipediaPionier fotografii Louis Daguerre w 1839 r. opracował technikę nazwaną dagerotypem.

Gwiazdy kina, których wizerunki zamieszczały magazyny ilustrowane, jak „Photoplay” w Stanach Zjednoczonych czy „Ciné-Miroir” we Francji, szybko przestały być jedynie obiektami podziwu. Stały się wzorcami normalności, „właściwych” proporcji, sposobu uśmiechu, makijażu, zachowania, a nawet starzenia. Ich twarze podpowiadały, jak powinno się wyglądać, by zasłużyć na widzialność. Wkrótce potem telewizja z pięknymi prezenterami i modelami obydwu płci tylko wzmocniła ten mechanizm. Co prawda rewolucja ’68 próbowała zerwać z tymi wyśrubowanymi normami piękna, ale zmieniła kierunek tylko na chwilę – jedne wzorce zastąpiły drugie. W rezultacie Narcyz końca XX w. nie pochodził już tylko z wyższych warstw społecznych i nie był zapatrzony w siebie, lecz starał się podporządkować własną twarz zewnętrznym normom – co rewolucja cyfrowa z początków XXI w. umożliwiła w stopniu dotychczas niespotykanym.

Odbicie tożsamości

Smartfon – technicznie będący hybrydą lustra, kina i widowni – stał się najdoskonalszym jak dotąd lustrem w dziejach. Nie tylko wyraźnym, ale też umożliwiającym natychmiastową korektę dzięki filtrom i upiększającym aplikacjom. Powstałe dzięki niemu zdjęcia i filmiki przestały dokumentować rzeczywistość, a zaczęły ją kreować, tak samo jak wcześniej robił to malarz portrecista, rzeźbiarz czy XIX-wieczny fotograf. Ekran cyfrowy stał się narzędziem produkcji wyidealizowanego wizerunku, a w przypadku wielu użytkowników – punktem odniesienia dla własnego samopoczucia i samooceny. W młodości dotyczy to mankamentów urody, a z wiekiem – przemożnego lęku przed jej utratą. Zwykłe lustro, które pokazuje, jak naprawdę wyglądamy, nie wzmacnia naszej samowiedzy, tylko osłabia poczucie własnej wartości.

Nauka już jakiś czas temu postanowiła sprawdzić, czy ta zależność między tożsamością a odbiciem jest czymś typowo ludzkim. W 1970 r. psycholog Gordon G. Gallup jr zaproponował klasyczną wersję testu lustra – umieszczając znaczniki na twarzach szympansów. Jeśli zwierzęta ich dotykały, patrząc w swoje odbicia, badacz uznawał, że rozpoznawały w nich siebie. Z czasem się okazało, że test zdawały nie tylko niektóre naczelne, radziły sobie z nim też delfiny, słonie, świnie oraz sroki. Ten ostatni przypadek dowiódł, że konkretna architektura mózgu nie jest konieczna do rozpoznawania swego odbicia.

Jeszcze większe zamieszanie wywołały prowadzone sześć lat temu badania zespołu Masanoriego Kohdy nad rybkami z gatunku Labroides dimidiatus (wargatek sanitarnik), które w kontrolowanych warunkach reagowały na znak na ciele – zgodnie z protokołem testu. Badacze doszli do wniosku, że nie należy tego interpretować jako samoświadomości rybek, lecz jako zdolność użycia obrazu jako narzędzia do rozwiązania konkretnego zadania.

Słabością testu lustra okazało się błędne założenie, że portret wizualny jest w świecie podstawowym nośnikiem tożsamości. Większość żywych istot nie jest wzrokowcami, dlatego dla psa podstawowym „lustrem” pozostaje zapach, dla ptaka – głos i reakcja stada, a dla innych zwierząt – czucie własnego ciała w ruchu (propriocepcja) albo sieć relacji społecznych. Fakt, że pies oblewa test lustra, nie oznacza, że nie ma poczucia własnego ja i nie odróżnia siebie od innych, tylko że nie przypisuje szczególnego znaczenia obrazowi. A zatem ten test nie mierzy tego, czy istota wie, kim jest, lecz czy potrafi zinterpretować obraz jako przedstawienie własnego ciała. Tym samym eksperyment z lustrem mówi nam więcej o nas samych niż o zwierzętach. Potwierdza, że nasza kultura właśnie w wyglądzie szuka potwierdzenia istnienia. Z tym że za nim zawsze ktoś stał: bóg, demon, norma społeczna, algorytm.

Galeria Lustrzana w Wersalu powstała w latach 1678–84. Tutaj każdy mógł obserwować innych i być przez nich obserwowany.ShutterstockGaleria Lustrzana w Wersalu powstała w latach 1678–84. Tutaj każdy mógł obserwować innych i być przez nich obserwowany.

Na początku XX w. socjolog Charles Horton Cooley opisywał ten mechanizm jako „jaźń odzwierciedlaną” (looking-glass self) – tworzenie obrazu siebie ze spojrzeń innych. Jego zdaniem najstarszym lustrem wcale nie była tafla wody, lecz odbicie w oczach innych. Przecież Narcyz nie musiał wiedzieć, jak wygląda, wystarczyły mu powszechny podziw i miłość. To one go określały i wpływały na jego poczucie wartości. Człowiek, patrząc w lustro, też chciał zobaczyć, jak widzą go inni, i w tym sensie od początku było ono narzędziem relacji z otoczeniem.

Mechanizm odwrócony

Choć dziś traktujemy lustra jako przedmiot codziennego użytku, kultura nigdy do końca im nie zaufała. W literaturze, baśniach i filmach pozostają przedmiotem granicznym. U Lewisa Carrolla – portalem. Alicja przechodzi na jego drugą stronę, gdzie logika świata ulega odwróceniu, a znane reguły tracą moc. W wielu opowieściach odbicie w lustrze spogląda na osobę patrzącą z opóźnieniem, uśmiecha się nie w porę, zdradzając obecność innego porządku. Ten sam niepokój obecny jest w popkulturze. Duchy i demony wychodzą z telewizorów, jak w filmie „The Ring”, zamieszkują ekrany, monitory i kamery; obrazy zaczynają żyć własnym życiem, obserwować, śledzić i odpowiadać. To powrót do starego przeświadczenia, że po drugiej stronie obrazu może być ktoś, coś lub jakaś inna – zazwyczaj zła – intencja.

Podobny lęk od początku wzbudzały portrety fotograficzne, postrzegane jako „zatrzymanie życia”. Modne w XIX w. wizerunki pośmiertne były próbą oswojenia nowej mocy obrazu i jego zdolności do przechowywania obecności po śmierci. W kulturach tradycyjnych ten niepokój wyrażano wprost – Indianie Hopi i Lakota obawiali się, że fotografia odbiera sportretowanym część siły życiowej i zakłóca porządek po śmierci, Aborygeni w Australii zaś uważali, że wizerunek osoby zmarłej nie powinien krążyć w świecie żywych, bo utrudnia jej przejście do Czasu Snu. Nie był to prosty lęk przed technologią, lecz przekonanie, że obraz działa i że nie jest niewinnym odbiciem.

Literatura zamieniła ten niepokój w metaforę. W „Portrecie Doriana Graya” Oscara Wilde’a obraz przejmuje na siebie to, czego nie widać na twarzy bohatera – Dorian pozostaje piękny i młody, podczas gdy jego portret, ukryty przed cudzym wzrokiem, stopniowo się deformuje. Wilde pokazuje, że wizerunek może oddzielić wygląd od doświadczenia i odpowiedzialności – stać się tarczą chroniącą przed prawdą o sobie. To fantazja o życiu bez ceny, podtrzymywana pod warunkiem że ktoś inny lub coś innego zapłaci ją za nas. W tym sensie Dorian Gray jest nowoczesnym Narcyzem, nie tyle zapatrzonym w siebie, ile w swój obraz.

Dziś ten mechanizm uległ odwróceniu. Nie boimy się już, że obraz coś nam zabierze – raczej sami oddajemy mu coraz więcej. Chowamy zmęczenie, wiek, lęk i niepewność, wypuszczając w świat gładkie, dopracowane twarze. To nie doświadczenie, lecz jego estetyczna reprezentacja krąży w obiegu, dostosowana do norm, algorytmów i oczekiwań. Narcyz nie pochyla się już nad taflą wody ani nad lustrem, lecz nad ekranem.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną