Grota gra, wspólnota tańczy. O muzyce, jaką tworzyli i jakiej słuchali ludzie paleolitu
W jaskini Tito Bustillo w północnej Hiszpanii ściany pokryte są malowidłami, a stalagmity i stalaktyty tu i ówdzie muśnięto ochrą. Kiedy w nie uderzyć patykiem, odpowiadają czystym, długim dźwiękiem. W ciszy podziemnej komnaty łatwo uznać je za instrument i wyobrazić sobie, jak ludzie sprzed tysięcy lat grają na nich niczym na gongach. To było możliwe, ale czy tak robiono?
Dźwięki i muzyka nie ulegają fosylizacji, więc nie wiemy, jakie melodie wykonywano na kościanych fletach czy łukach grających, ani jak i jakie śpiewano pieśni. Pewne jest, że dźwięk był dla naszych przodków czymś znacznie ważniejszym niż dla nas, żyjących w hałasie. Świat przed tysiącami lat wypełniały tylko naturalne odgłosy, których znajomość decydowała o przeżyciu. Jednocześnie ludzie starali się je imitować, co zawsze miało jakiś cel i sens – czasami praktyczny, czasami głęboko duchowy.
Przez dziesięciolecia badacze próbujący odtwarzać dźwięki z paleolitu uchodzili za naukowych wariatów. Śmiano się, że muzykolog Iégor Reznikoff z Université Paris-Nanterre spędził lata na śpiewaniu we francuskich, pełnych sztuki naskalnej jaskiniach, licząc sekundy między echami, by stwierdzić, że istnieje związek między malowidłami a zjawiskami akustycznymi. Potem Steve Waller z American Rock Art Research Association zarejestrował – przy ścianach z malowidłami kultury magdaleńskiej – natężenia dźwięków sięgające 31 decybeli, podczas gdy inne okazały się akustycznie martwe. Jednak mało kogo przekonała jego interpretacja, według której echo miało imitować tętent zobrazowanych zwierząt.
Dlatego gdy Margarita Díaz-Andreu z uniwersytetu w Barcelonie zauważyła, że stojąc w Sierra de San Serván przy dekorowanych ścianach, słyszy dochodzący z dużej odległości szept innej osoby, postanowiła dowieść, że sztuka była nie tylko widzialna, ale i słyszalna. W 2018 r. została koordynatorką międzynarodowego projektu Artsoundscapes. W jaskiniach i przy galeriach sztuki naskalnej na czterech kontynentach badacze rejestrowali i mierzyli (z wykorzystaniem mikrofonów ambisonicznych i algorytmów) rozchodzenie się i natężenie dźwięków po to, by ustalić, czy mogły stanowić jakiś element ludzkiego doświadczenia.
Czytaj też (Pulsar): Dziś światło i ciepło to kwestia przycisku. Tęsknisz za „żywym ogniem”? To bywa zgubne
Sygnał obecności
Trwające siedem lat badania wykazały, że prehistoryczne społeczności wykorzystywały dźwięk na różne sposoby. W większości hiszpańskich jaskiń i schronisk skalnych malowidła znajdowały się w miejscach, w których akustyka wzmacniała przekaz. Jednocześnie w Tito Bustillo niektóre ze skalnych nisz z dekoracjami miały doskonałą akustykę, inne wprost przeciwnie. Podobnie w White River Narrows w Nevadzie, gdzie w przypadku jednych paneli z petroglifami grana muzyka niosła się w kanionie i była słyszana przy sąsiednich naskalnych galeriach, ale w przypadku innych nie było żadnego pogłosu, tylko wyjątkowo korzystna transmisja dźwięku, dzięki czemu miejsca te mogły się lepiej nadawać do opowiadania historii.
Zbyt długo skupialiśmy się na obrazach, podczas gdy sztuka naskalna jest sztuką w krajobrazach, w których znaczenie mają aspekty zarówno wizualne, jak i dźwiękowe, podkreśla prof. Andrzej Rozwadowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, który był jednym z uczestników projektu Artsoundscapes. Razem z zespołem Díaz-Andreu analizował sferę dźwiękową na stanowiskach ze sztuką naskalną w dolinie rzeki Czuji w południowym Ałtaju. – W niektórych akustyka była doskonała, w innych wprost przeciwnie, jakby szukano tam pomagającej w skupieniu ciszy. Brak jednoznacznej korelacji między lepszą akustyką a sztuką naskalną pokazuje, że kultura rządzi się własnymi prawami i kodami – tłumaczy.
Badacze przestali więc dowodzić, że „gdzie echo, tam rytuał”, i zaczęli pytać, jak dźwięk współtworzył sens miejsca – obok topografii, widoków, dostępu do wody czy szlaków migracyjnych.
Badania nad ludami Syberii, Afryki czy obu Ameryk pokazują, że dźwięk bywał traktowany jako nośnik mocy, obecności bytów nieludzkich, duchów, przodków. W Finlandii łowcy-zbieracze malowali na klifach, które odbijały dźwięk. Podczas eksperymentów psychoakustycznych, w których mierzono reakcję współczesnych słuchaczy na tę iluzję słuchową, ludzie mieli wrażenie, że dźwięki wydobywają się z malowideł. W dekorowanych jaskiniach rozchodzące się odgłosy zwierząt czy trzask ogniska wywoływały poczucie bliskości i obecności.
Jeremy Hollmann z University of the Witwatersrand w Johannesburgu ustalił, że miejsca, w których Buszmeni tworzyli wizerunki na skałach, są powiązane z energią, duchami, mocą i n/um, która może objawiać się np. jako szum wiatru. To samo zjawisko, jak przypomina prof. Rozwadowski, u rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej zwie się manitu lub pucha, a u ludów turkijsko-mongolskich – tengri. – W wielu kulturach wierzono, że bogowie przemawiają do ludzi dźwiękami natury, a duchy lubią słuchać muzyki. Śpiew gardłowy, dźwięk wiatru, szum wody były postrzegane jako przejaw ich działania. Na popękanym ostańcu skalnym koło Peterborough w Kanadzie umieszczono setki petroglifów, w tym wizerunki, które wyłaniają się lub wnikają w szczeliny skały, zapewne dlatego, że dochodzi z nich szum wody uważany za manifestację manitu .
Czytaj też (Pulsar): Przychodzi Homo do lekarza... Przed tysiącami lat ludzie też chorowali. Jak przetrwali?
Stany świadomości
Dźwięk nie należał wyłącznie do ludzi; był czymś, co krążyło między bytami. Śpiew gardłowy, rozbrzmiewając w hypogeum Ħal Saflieni na Malcie, wprawiał cały neolityczny kompleks podziemny w drgania. Neurobiolodzy z Uniwersytetu Kalifornijskiego wykorzystali EEG do pomiaru jego wpływu na aktywność ludzkiego mózgu i odkryli, że mógł oddziaływać na psychikę i zmieniać świadomość. Zapewne w przeszłości wykorzystywano ten efekt, wzmacniany jeszcze przez rytm i ruch.
Niektórzy początków muzykalności szukają w dwunożności, która spowodowała zmianę ułożenia czaszki i aparatu głosowego; inni właśnie w zdolności do synchronizacji dźwiękowo-ruchowej, której poza nami nie mają inne naczelne. Według muzykologa prof. Piotra Podlipniaka umiejętność ta pojawiła się jeszcze przed rozdzieleniem się linii genetycznej naszej i neandertalskiej. – Brytyjski archeolog Steven Mithen twierdził, że neandertalczycy byli nawet bardziej muzykalni niż my, bo nie mieli takich zdolności do artykułowania mowy, która u nas zdominowała komunikację. Trudno to udowodnić, ale też uważam, że źródłem zdolności umożliwiających tworzenie muzyki była nie sztuka, tylko potrzeba komunikacji, np. dziecka z matką – wyjaśnia prof. Podlipniak.
Część muzykologów postuluje, by nie rozdzielać muzyki i tańca, chociażby dlatego, że w wielu językach nie ma nawet dla nich osobnych pojęć. Neurobiolodzy dowiedli, że muzyka uruchamia pozornie nieruchome ciało, aktywując obszary kory motorycznej i poczucie pulsu muzycznego, który mimowolnie każe wystukiwać rytm stopą czy poruszać się razem z innymi. Prof. Rozwadowski przytacza przykład Buszmenów, którzy tańce uzdrawiające łączyli z wielogodzinnym śpiewem aktywującym magiczną moc. Z kolei na Syberii w odmienne stany świadomości wprowadzał szamański taniec przy uderzeniach bębna. – Muzyka i taniec mogą służyć uzdrawianiu, kontaktom z bogami, rozrywce, jednak najważniejszą ich konsekwencją jest tworzenie wspólnoty doświadczenia – podkreśla archeolog.
To każe inaczej spojrzeć na paleolityczne instrumenty i pejzaże dźwiękowe. Jeśli muzyka była nierozerwalnie związana z ruchem i rytuałem, nie musiała mieć postaci melodii ani „utworów”. Bo przecież doświadczenia muzyczne, o czym przypomina prof. Podlipniak, nie wymagają używania pojęć ani wyobrażeń językowych. Poza tym muzyka wykazuje większą powtarzalność wzorców generowanych dźwięków oraz charakteryzuje się interwałami i pulsem muzycznym, czego brakuje mowie. Dźwięk, ruch i trans tworzyły więc system, który spajał grupę, regulował emocje, porządkował relacje z tym, co uznawano za niewidzialne. Co jednak nie oznacza, że właściwości akustyczne siedlisk ludzkich zawsze musiały być związane z praktykowaniem muzyki i rytuałami.
Symbol trudności
Na razie instrumenty to jedyne pewne pozostałości po pradziejowym muzykowaniu. Wśród nich są wielkie muszle, wirujące kostki (czuryngi), cięciwy łuków, bębny czy idiofony. – Niektórzy twierdzą, że do grania służyły nie tylko stalagmity, ale i krzemienne wióry oryniackie, czego dowodem – jak przekonują – są powstałe podczas eksperymentowania z ich replikami charakterystyczne ślady – opowiada dr hab. Iwona Sobkowiak-Tabaka, badaczka epoki kamienia. A cytowany przez nią archeolog Fernando Coimbra przypuszcza, że ówcześni ludzie mogli śpiewać, grać lub wybijać rytm na wszystkim, również po to, by wskazywać drogę w ciemnościach. Według jego koncepcji w pradziejach wcale nie musiano używać w jaskiniach lampek, tylko wędrowano w nich „na ucho” – klaszcząc i sprawdzając, czy dźwięk wraca otwartą przestrzenią, czy też ginie w ślepych korytarzach, zapadliskach czy zwężeniach.
Instrumenty były wielofunkcyjne – gwizdki z paliczków renifera służyły jako zabawki dla dzieci albo do płoszenia kaczek. Rogi, czuryngi i muszle, które naśladują ryki łań, wabiły jelenie, ale mogły też być wykorzystywane w rytuałach odnoszących się do polowań. A znajdowane również na terenie ziem polskich w grobach sprzed 6–7 tys. lat bębny mogły odstraszać duchy, ułatwiać wchodzenie w stany transowe, nadawać rytm tańcom.
Z pewnością tak samo było z najbardziej zaawansowanymi pod względem muzycznym fletami. Za najstarszy uchodzi znaleziony w 1995 r. w jaskini Divje Babe I w Słowenii fragment kości udowej młodego niedźwiedzia z czterema regularnymi otworami sprzed 55–60 tys. lat. Szybko okrzyknięto go najstarszym fletem świata i dowodem muzykalności neandertalczyków, jednak niektórzy badacze – o czym przypomina dr hab. Iwona Sobkowiak-Tabaka – są pewni, że otwory powstały w wyniku działania dzikich zwierząt. Obiekt ten stanowi symbol trudności w badaniu pradziejowej muzyki. Nawet jeśli rzeczywiście można z niego wydobyć dźwięk, nie wiemy, czy był instrumentem, a jeśli tak, to kto i jak go używał.
Mniej wątpliwości budzą młodsze o co najmniej 10 tys. lat flety związane już z człowiekiem współczesnym, znalezione w jaskiniach Hohle Fels i Geissenklösterle w Jurze Szwabskiej. Wykonane z pustych kości ptasich (łabędzi, sępów i orłów) oraz kości niedźwiedzi, mają po kilka starannie rozmieszczonych otworów. Możemy coś powiedzieć o możliwych wysokościach dźwięków wydobywanych z tych piszczałek, ale struktura granej na nich muzyki pozostaje tajemnicą.
Można szukać analogii we współczesnej muzyce łowców-zbieraczy czy muzyce ludowej – i wielu rekonstruktorów to robi, grając na ich replikach w jaskiniach, ale ich melodie są tylko interpretacją. – Z pewnością też w pradziejach ludzie nie zbierali się tylko po to, by słuchać koncertów – uważa prof. Podlipniak. I przekonuje, że w muzykowaniu, śpiewaniu i tańczeniu o wiele ważniejszy był aspekt wspólnotowy niż popis. Jego zdaniem wirtuozi pojawili się dopiero wtedy, gdy nasza muzykalność była już ugruntowana.
Czytaj też (Pulsar): Homo rzekomo? Paleoantropologia jest usiana trupami poległych hipotez
Algorytm samotności
Każdy zajmujący się muzyką przeszłości badacz w głębi ducha marzy o urządzeniu, które wydobywałoby paleolityczne dźwięki z załomów skalnych, dzięki czemu można byłoby zweryfikować wszystkie nasze dotychczasowe domysły i ustalenia. Raczej nigdy jednak nie poznamy muzyki epoki kamienia. Nie dowiemy się, jaki charakter, tempo czy strukturę miały utwory grane na kościanych fletach i czy w ogóle były one powtarzalne. Jednak archeoakustyka, która łączy archeologię, muzykologię, fizykę, etnografię, biologię ewolucyjną i antropologię kulturową, bada nie muzykę samą w sobie, lecz relacje między dźwiękiem, przestrzenią i ludzkim doświadczeniem.
Nie próbuje „odtwarzać” pradziejowej muzyki, lecz pokazuje, że dźwięk był elementem świata równie realnym jak skała, ogień czy zwierzęta. Utwierdza w przekonaniu, że porządkował przestrzeń, synchronizował ruch, budował wspólnotę i relacje z tym, co uznawano za nieludzkie. Był obecny w rytuałach, tańcu, polowaniu, opowieści. Muzyka nie istniała jako odrębna dziedzina życia, lecz przenikała je w całości. Była obecna, zanim pojawił się człowiek współczesny.
Być może dlatego współczesna łatwość wytwarzania muzyki przez algorytmy budzi tak silny niepokój. Nie dlatego, że dźwięk przestaje być „ludzki”, lecz dlatego, że zostaje oderwany od ciała, miejsca i relacji. Bez doświadczenia wspólnoty, ruchu i obecności.