Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy Pulsar - wyjątkowy portal naukowy Marcin Bondarowicz / Archiwum
Człowiek

Branko Milanović: Pozycja materialna człowieka jest w 80 proc. określona już w momencie narodzin

Guido Alfani: Zamiast systemu pociągania miliarderów do odpowiedzialności za bieg rzeczy, mamy „filantropię”
Człowiek

Guido Alfani: Zamiast systemu pociągania miliarderów do odpowiedzialności za bieg rzeczy, mamy „filantropię”

Dziś to bogacze decydują, na co pójdą pieniądze, zamiast pozwolić wybranym instytucjom publicznym rozporządzać tymi środkami zgodnie z potrzebami społeczeństwa. Taka logika podważa fundamenty systemu demokratycznego – mówi prof. Guido Alfani, historyk gospodarki, autor książki „Jak bogowie pośród ludzi”. [Artykuł także do słuchania]

„Globalnie nierówności spadają, ale wewnątrz poszczególnych krajów, takich jak USA, Chiny czy Rosja, rosną”.Marcin Bondarowicz/pulsar „Globalnie nierówności spadają, ale wewnątrz poszczególnych krajów, takich jak USA, Chiny czy Rosja, rosną”.
Mechanizmy, które kiedyś wyrównywały szanse, przestały działać. Stopniowo powstaje nowa, merytokratyczna arystokracja, gdzie status się dziedziczy. A klasa średnia na Zachodzie czuje, że jej dzieci czeka gorsza przyszłość niż ją samą – mówi Branko Milanović, ekonomista i były ekspert Banku Światowego. [Artykuł także do słuchania]

Branko MilanovićGetty ImagesBranko Milanović
Branko Milanović – serbsko-amerykański ekonomista, przez lata związany z Bankiem Światowym. Wykładowca City University of New York. Autor wielu książek na temat nierówności, np. „Visions of Inequality” (2023 r.) i „The World Under Capitalism” (2025 r.).

TOMASZ TARGAŃSKI: – Przez dekady kwestię nierówności traktowano w ekonomii po macoszemu. Dziś jest w samym centrum debaty. Co się zmieniło: świat czy dyskurs ekonomiczny?
BRANKO MILANOVIĆ: – Jedno i drugie. Po drugiej wojnie światowej nastąpiło coś w rodzaju zbiorowego zaćmienia. Nierówności zniknęły z radaru zachodniej myśli ekonomicznej, a nawet z indeksów słów kluczowych w prestiżowych czasopismach ekonomicznych. Jeśli ktoś o nich pisał w latach 90., nikt nie traktował ich poważnie – chyba że zajmował się krajami rozwijającymi się. Przyczyny tej sytuacji były dwie. Pierwsza czysto polityczna: w cieniu zimnej wojny USA przyjęły narrację, że w kapitalizmie klasy społeczne nie istnieją lub mają znaczenie drugorzędne. A skoro nie ma klas, to po co badać podział dochodów?

Drugi powód był teoretyczny – ekonomia neoklasyczna skupiła się na cenach. To, z jakim kapitałem czy talentami ktoś wchodzi na rynek, uznano zaś za czynnik nieistotny. Było to o tyle paradoksalne, że na przykład dla Adama Smitha czy Karola Marksa ekonomia nierozerwalnie związana była z klasami społecznymi – właścicielami ziemskimi, kapitalistami, robotnikami.

Dlaczego w takim razie pan, który dorastał w socjalistycznej Jugosławii, gdzie klasy społeczne nie istniały, zainteresował się tym?
Przez statystykę, którą studiowałem na uniwersytecie w Belgradzie. Uczyliśmy się jej w sposób skrajnie abstrakcyjny. Wkuwaliśmy wzory i wykresy o rozkładzie zmiennej losowej, bez żadnego odniesienia do rzeczywistości. Czułem wtedy narastającą frustrację. Wreszcie we francuskiej gazecie natknąłem się na artykuł o rozkładzie bogactwa nad Loarą. Ktoś użył tam współczynnika Giniego i krzywej Lorenza. Wtedy coś zaskoczyło. Pomyślałem, że te wszystkie suche wzory można przecież zastosować do analizy struktury społeczeństwa.

Podobny moment olśnienia – tym razem dla całego środowiska ekonomicznego – nastąpił z chwilą kryzysu ekonomicznego w 2008 r. Dotarło do nas wówczas, że tylko poważne studia nad kwestią nierówności pozwolą nam zrozumieć, co się stało i w jaki sposób zmiany w rozkładzie dochodów wpływają na stabilność polityczną. Nierówności stały się więc kwestią polityczną, której nie dało się dłużej ignorować. Dla naszej dziedziny nauki był to ogromnie ważny przeskok intelektualny. Okazało się, że ekonomia nie jest niszową dyscypliną, która śledzi wahania cen jabłek. Zaczęliśmy znowu stawiać pytania o los i przyszłość społeczeństw.

Czytaj też: Mieć, żeby być, czy być, żeby mieć? Ekonomiści się mylą. Nie jesteśmy tacy egoistyczni

W książce „Visions of Inequality” twierdzi pan, że analizując dysproporcje dochodowe, można objaśniać wielkie przełomy w dziejach ludzkości, np. pierwszą wojnę światową.
To bardzo ciekawy przykład. Ekonomiści neoklasyczni, którzy triumfowali na świecie po 1945 r., zagadkowo nabierali wody w usta, gdy mierzyli się z pytaniem, dlaczego w szczycie pierwszej wielkiej globalizacji najbogatsze na świecie społeczeństwa zdecydowały się popełnić zbiorowe samobójstwo. Od tego czasu w podręcznikach czytamy, że jeden człowiek zamordował drugiego w Sarajewie, a później spokrewnieni ze sobą monarchowie wypowiedzieli sobie wojnę. To absurdalne. Sprawa staje się tym bardziej tajemnicza, że wojna nie była w interesie ówczesnych państw – globalizacja w przededniu 1914 r. przynosiła im ogromne korzyści. Jeśli ludzie faktycznie są homo oeconomicus i kierują się wyłącznie swoim interesem, wszystko to zdaje się nie mieć sensu.

Co zatem pan proponuje?
Spojrzenie na to, co się działo w dochodach w 1914 r. Koncentracja bogactwa była wówczas największa od czasu czarnej śmierci pod koniec XIV w. Elity i burżuazja zgromadziły ogromne majątki, ale pensje klas niższych coraz bardziej się kurczyły. Doszło do sytuacji, w której konsumpcja na rynkach wewnętrznych państw europejskich spadała, bo ludzie byli zbyt biedni i nie było komu tych towarów kupować. Wyjściem okazało się zdobycie nowych rynków i kolonii poza Europą. Tyle że na terenach Afryki czy Azji interesy niemieckich, brytyjskich czy francuskich finansistów zaczęły się zderzać, co napędzało rywalizację ekonomiczną i polityczną między mocarstwami. Jeśli więc spojrzymy na wybuch Wielkiej Wojny jako na konsekwencję strukturalnych wad ówczesnego kapitalizmu, sprawa wygląda inaczej.

Rekordowa koncentracja bogactwa, rywalizacja mocarstw, wojny handlowe, cła, koniec pewnego etapu globalizacji – brzmi to niebezpiecznie znajomo.
Tak, bo przestało obowiązywać coś, co Adam Smith określił „wzajemnym strachem”, który utrzymywał narody o podobnej potędze w stanie chwiejnego pokoju. Hiperglobalizacja w obecnym wydaniu coraz bardziej napędza rywalizację między mocarstwami. I radykalnie zaostrza konflikty wewnętrzne. Można więc powiedzieć, że szykuje się powtórka z 1914 r. Jedyna nadzieja w tym, że wyciągniemy jednak wnioski z tamtego czasu i nie pozwolimy, by nierówności i pogoń za rynkową dominacją wepchnęły nas w konfrontację – nie tylko ideologiczną, lecz również militarną.

Dynamikę zjawisk sprzed ponad stu lat i współczesnych nazwał pan krzywą słonia.
Dziś jego grzbiet to wielcy zwycięzcy: nowa klasa średnia w Azji, głównie w Chinach oraz Indiach. Wznosząca się ku górze trąba to 1 proc. najbogatszych ludzi świata. „Dno” między grzbietem a trąbą to przegrani: klasa średnia i robotnicza w krajach Zachodu, której dochody od dekad niemal nie drgnęły. Ma to oczywiście bardzo niepokojące konsekwencje dla zachodnich demokracji. Gniew spowodowany ekonomicznym regresem stał się paliwem dla populistów, takich jak Donald Trump.

Dzieje się jednak coś paradoksalnego. Globalnie nierówności spadają, ale wewnątrz poszczególnych krajów, takich jak USA, Chiny czy Rosja, rosną. Od rewolucji przemysłowej do lat 80. XX w. świat się rozjeżdżał – Zachód bogacił się błyskawicznie, a Indie czy Chiny stały w miejscu lub biedniały. To stworzyło ogromną wyrwę, która zdefiniowała nowoczesność oraz wprowadziła podział na Pierwszy i Trzeci Świat. W minionym półwieczu dystans między przeciętnymi obywatelami Zachodu a mieszkańcami reszty świata drastycznie się kurczy. Pod względem globalnym jesteśmy więc najrówniejsi od XIX w.

Czy ta sytuacja dotyczy również dawnych krajów socjalistycznych, jak nasz?
Oczywiście. Wszystkie wskaźniki dowodzą, że Polska gwałtownie skróciła drogę, jaka dzieliła ją od bogatego Zachodu. Jednocześnie powiększyły się nierówności dochodowe wewnątrz polskiego społeczeństwa. Mamy więc sukces w skali makro, ale jego owoce są dystrybuowane coraz bardziej asymetrycznie.

Czytaj też: Czas na nową ekonomię – obwarzanka

W swoich publikacjach często przywołuje pan fenomen „renty obywatelskiej”. Na czym on polega?
Badania pokazały, że około 60 proc. dochodów zdobytych przez człowieka w ciągu całego życia zależy wyłącznie od tego, w jakim kraju przyszedł na świat. Kolejne 20 proc. to środki wypracowane przez rodziców. Oznacza to, że pozycja materialna jest w 80 proc. określona już w momencie narodzin. I tylko 20 proc. to wysiłek, talent, płeć, rasa czy po prostu łut szczęścia. Ten fenomen wiąże się z daleko idącymi implikacjami. Po pierwsze, stanowi potężny cios w merytokrację jako taką – zachodnie społeczeństwa nie przypadkiem przestały wierzyć w mit o karierze od pucybuta do milionera. Po drugie, sprawia, że wciąż najbardziej racjonalną strategią ekonomiczną jest migracja. Miliony ludzi, którzy marzą o dostaniu się do Europy, chcą po prostu, aby ich dzieci uzyskały dostęp do tej „renty”.

Austriacki historyk Walter Scheidel dowiódł, że najskuteczniejszym sposobem zmniejszenia nierówności są siły nazywane „czterema jeźdźcami” – wojny, rewolucje, upadki państw albo epidemie. Czy pan też tak uważa?
Teza o „jeźdźcach” jest efektowna i w dużej skali historycznej prawdziwa, ale pomija niekatastrofalne czynniki, które łagodzą negatywne skutki nierówności: darmową edukację, wyższe płace, progresywne podatki. Problem w tym, że tradycyjne państwo opiekuńcze, oparte na redystrybucji dochodów, traci dziś poparcie społeczne. Ludzie nie ufają rządom. Mechanizmy, które kiedyś wyrównywały szanse, przestały działać. Co gorsza, osoby zamożne i dobrze wykształcone dobierają się w pary, kumulując kapitał kulturowy i finansowy w wąskich grupach. Stopniowo powstaje nowa, merytokratyczna arystokracja, gdzie status się dziedziczy. A klasa średnia na Zachodzie czuje, że jej dzieci czeka gorsza przyszłość niż ją samą, i to jest – jak już wspomniałem – paliwo dla dzisiejszego populizmu.

Myślę, że w obecnej sytuacji jedyną skuteczną metodą zmniejszenia napięć wynikających z nierówności jest coś, co nazywam „egalitarnym kapitalizmem”. W skrócie chodzi o to, aby zamiast redystrybuować dochód w formie progresywnych podatków, państwa działały bardziej w kierunku rozproszenia samego kapitału, np. poprzez system akcjonariatu pracowniczego albo radykalną reformę podatku od spadków.

Wspomniał pan, że pana dziedzina odzyskuje pewność siebie i chce tłumaczyć świat w skali makro. W 2024 r. laureatami ekonomicznego Nobla zostali Daron Acemoglu, James A. Robinson i Simon Johnson. Ich model mówi, że najpewniejszą drogą do dobrobytu są „inkluzywne instytucje”. Co pan o tym myśli?
Uważam, że ta narracja utrwala eurocentryczny światopogląd. Sugeruje bowiem, że jedyną szansą na polityczny i gospodarczy sukces jest model anglosaski, i to w wersji idealistycznej, wręcz „wysterylizowanej”. Ci badacze kompletnie nie dostrzegają funkcji siły militarnej i kolonializmu. Dostęp do niedrogich zasobów, darmowej lub skrajnie taniej siły roboczej, wykorzystanie pracy przymusowej na brytyjskich plantacjach cukru czy holenderskich plantacjach kawy, to nie były drobne incydenty. Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska osiągnęła sukces nie tylko dlatego, że otaczały ją instytucje, które chroniły własność i prawa jednostki. Dysponowała flotą zdolną łupić regiony w odległych miejscach globu i wymuszać swoje warunki. Ten cały aspekt przemocy i wyzysku został tu całkowicie pominięty.

Czytaj też: Wojna, inflacja i inne światowe kryzysy. Kiedy to minie? Niestety nieprędko

Poza tym w argumentacji Acemoglu i Robinsona zieje inna ogromna wyrwa. Jak wytłumaczyć fakt, że Chiny czy Wietnam, nie mając „zachodnich” instytucji, osiągnęły jedne z najwyższych wskaźników wzrostu gospodarczego na świecie? Ci sami autorzy jeszcze dwie dekady temu pisali, że Państwo Środka nie może być innowacyjne, ponieważ jest autorytarne, co krępuje indywidualną kreatywność. Tymczasem dziś Chiny rzucają wyzwanie Ameryce właśnie na polu najnowocześniejszych technologii.

Wracamy zatem do pytania, czy ekonomia jest w stanie wyjaśniać długofalowe i złożone procesy? Może po prostu historia jest dla niej zbyt chaotyczna i nieprzewidywalna?
Nie. To ekonomia jest zbyt chaotyczna dla uproszczonego rozumienia historii. Nie ma jednej drogi do dobrobytu, którą wszystkie społeczeństwa muszą podążać. To nie kultura czy wynoszone na piedestał „instytucje” decydują o wszystkim, ale konkretne warunki historyczne, polityka przemysłowa, geografia, przypadek i to, co nazywam kapitalizmem politycznym. Zadaniem ekonomii jest tę złożoność mapować i wskazywać prawidłowości. Kiedy ktoś zaczyna twierdzić, że odkrył teorię wszystkiego, to uprawia propagandę, nie naukę. Dobrzy ekonomiści wiedzą, że ich modele to latarnie, a nie słońce – oświetlają kawałek drogi, nie cały horyzont.

ROZMAWIAŁ TOMASZ TARGAŃSKI

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną