Getty Images
Człowiek

Horst Bienek: brakujący duch czasu i miejsca

Hasło reklamowe mojego miasta brzmi: przyszłość jest tu. Mało tego. W Gliwicach przyszłość już była. Bienek był jej prekursorem: twórczym kodyfikatorem siły, jaka płynie z doświadczenia kultur współistnienia i moderacji różnic między nami – ludźmi późnej nowoczesności, do której historia wróciła z wojennym koszmarem w Ukrainie.

Jestem gliwiczaninem, stąd uparcie lubię wracać pamięcią do twórców literatury, którzy naznaczyli moje rodzinne miasto swoją niegdysiejszą obecnością. Niektórzy, jak Adam Zagajewski, odeszli niedawno. Inni, jak Julian Kornhauser, są wciąż obecni w żywej pamięci i relacjach rodzinnych, wpływając na kolejne pokolenia twórców wywodzących się z Gliwic. Jeszcze inni stanowią o przyszłości duchowej reprezentacji miasta, osiągając niebagatelne sukcesy literackie, jak Zbigniew Rokita, który za głośną książkę „Kajś” otrzymał w 2021 r. „Nike”. Nie wspominam o Tadeuszu Różewiczu – chyba najbardziej wpływowym twórcy literatury światowej, który w Gliwicach napisał swoje najgłośniejsze wiersze i sztuki.

Spośród wybitnych mieszkających w Gliwicach pisarzy, którzy na trwałe weszli do kanonu dwudziestowiecznej literatury światowej, Horst Bienek wydaje się postacią tyleż oczywistą, co enigmatyczną i zapoznaną w dzisiejszej refleksji nad stanem błyskawicznie zmieniającego się świata, którego instrumentem opisu literatura od dawna nie jest. Autor głośniej gliwickiej tetralogii, w zadziwiający sposób został unieruchomiony przez historię XX w., zajmując – całkowicie zasłużone – miejsce w muzeum pamięci o wielokulturowych Gliwicach.

Ten – jak sam o sobie mawiał – niemieckojęzyczny Ślązak, w swoich znakomitych powieściach utrwalił perspektywę niemieckiego spojrzenia na hekatombę czasów II wojny światowej przeżywaną w Gliwicach. Jednocześnie stworzył permanentny bildungsroman, pisany w poczuciu utraty krainy dzieciństwa i wywłaszczenia ze źródłowego doświadczenia „pierwszego dotyku” rzeczywistości. Traumatologia powieści Bienka opiera się tyleż na brutalnym zapisie światowego konfliktu, ile na całkowicie prywatnym ograbieniu z wielkokulturowego współistnienia z ludźmi zamieszkującymi niegdyś Gliwice. Jak wiadomo, Bienek opuścił miasto swojego urodzenia w 1945 r. Na mocy amnestii uniknął wieloletniego wyroku łagru, który zawisł na nim po prześladowaniach przez NKWD, które petryfikowało do szpiku podzielone murem Niemcy. Z obozu w Workucie wrócił już do zachodnich Niemiec. Jego biografia jak w soczewce skupia w sobie losy ludzi mielonych przez żarna historii rozumianej jako geopolityczny rewanżyzm, w którym jednostka nie jest miarą ważności istnienia. W swoim, literackim powrocie do krainy dzieciństwa, Bienek odzyskał czas utracony, tym samym unieśmiertelniając na kartach powieści obraz świata, który dziś znać możemy jedynie ze starych kronik filmowych.

Takimi literackimi kronikami historii były dla mnie zawsze powieści „Pierwsza polka”, „Wrześniowe światło”, „Czas bez dzwonów” oraz „Ziemia i ogień”. Woluminy te stały dumnie na półce z książkami. W pięknych dwujęzycznych obwolutach komunikowały mi „skudlony” charakter przeszłości Gliwic, narodowościowo nieczystą przeszłość miasta, w którym żywioł niemiecki znać jest właściwie wszędzie – od architektury, przez osiedla górnicze, po szwargot starszych mieszkańców, których twarze wyplatane ze zmarszczek stanowią mapę skomplikowanej historii pogranicza przejechanego dokumentnie przez walec dwudziestowiecznej historii starcia dwóch totalitaryzmów. Bienek dał w swoich powieściach przyjmujący fresk wojennych przypadłości tego pogranicza, pisząc rzecz jasna z pozycji oskarżenia nazizmu o zmasakrowanie delikatnej tkanki współżycia ludzi różnych kultur i języków.


Trzecia Kultura Siwczyka: czytajcie tutaj.

Być może najbardziej dziś przejmuje w powieściach Bienka nie tyle refleksja historiozoficzna, ile plastyka opisu świata, który wydaje się niemożliwy, zwłaszcza w dzisiejszym stanie emocji narodowościowych, cynicznie podgrzewanych przez polityczne kalkulacje wyborcze. Nie bez kozery obecna władza, już u początku instalowania się w głowach i wyobraźni społecznej, zaznaczyła nieufność wobec Śląska – tej krainy z zaiste małym stażem przynależności do macierzy. Nie dziwię się tej nieufności. Wszak zasadza się na lęku przed płynnym charakterem kategorii narodowości, tożsamości, zmiennego charakteru kodu kulturowego, który – według obecnej władzy – aby skutecznie mógł tresować wyobraźnię zbiorową, powinien stanowić system symboliczno-mitologiczny ze spiżu. Tymczasem na Śląsku ów system zasilany jest z różnych źródeł kulturowych, wydaje się pomnikiem historii zbudowanym z różnych rodzajów cegieł wypalanych przez niemieckie huty, których ruiny stanowią o silnych bólach fantomowych w wizji Polski proponowanej przez ideologów, którym z pewnością nie po drodze z takimi cytatami z „Pierwszej polki”. „Górny Śląsk jest terenem granicznym i dlatego literatura, zrodzona tutaj, musi odpowiednio wyglądać, zaangażowanie, tendencyjnie, bojowo, my, strażnicy i obrońcy, ale także zainteresowani i najbardziej powołani pośrednicy, musimy zachować dawną różnorodność i barwność, specyfikę naszego ducha narodowego w niemieckiej kulturze, ba, w obrębie wielkośląskiego obszaru kulturowego”. Albo coś bardziej poetyckiego: „Mam za sobą trzydzieści lat kapłaństwa, wszystkie spędzone tu, w tym kraju, na Górnym Śląsku [...]. Czy mam wam powiedzieć, gdzie byłem, tak, posłuchajcie tej muzyki słów: byłem w Budkowicach, Jellowej, Knurowie, w Siemianowicach, w Małej Panwi, w Gogolinie, Zabrzu, Miechowicach i Groszowicach [...], Rybniku, Niewodniku, Leśnicy, Paczkowie, Pyskowicach, Czernicy, Jasionie, Korzekwicach, Ostrożnicy, Nieborowicach, Wiśniczu, Zawadzie... To wszystko przypadek, co mi tu przychodzi do głowy, ale posłuchajcie tej muzyki... tych słów... [...]. – To nie są nazwy – zawołała Valeska – tego się nie pisze literami, tylko nutami, trzeba by to śpiewać – W myślach siedziała już przy fortepianie i uderzała w klawisze. – Tak, ten język trzeba śpiewać!”.

Tymczasem Horst Bienek wydaje się pisarzem, poetą, ale też osobowością przyszłości. Jego rewelacyjne – wciąż słabo obecne w przekładzie na język polski – wiersze, utwory prozatorskie i publicystyka są dawcami nieoczywistego i złożonego wymiaru rzeczywistości, równie skomplikowanych relacji między ludźmi zamieszkującymi „ruchome części mapy” Europy. Okazują się wreszcie nośnikami samoidentyfikacji na wszystkich poziomach egzystencji: od tożsamości seksualnej poczynając, na refleksji metafizycznej kończąc. Istnieje bowiem Bienek-realista magiczny, Bienek-poeta awangardyzujący, ale nade wszystko Bienek-człowiek graniczny. Ktoś, kto przemieszcza się między kulturami i językami. Obywatel kosmopolitycznej małej ojczyzny, w której doświadcza dramatów globalnych. Istnieje też Bienek prowokujący mieszczanina, wzywający do poszanowania indywidualnej, artystycznej ekspresji jednostki, która nie chce definiować swoich życiowych wyborów w ograniczających paradygmatach użyteczności. Jest wreszcie Bienek ofiara epidemii AIDS. Zmarł w 1990 r.

Pamiętam jego wizytę w Gliwicach. Miałem 10 lat i po mieście poszła fama, że wrócił wielki pisarz. W 1987 r. kręcono dokument o jego życiu i wtedy odwiedził swoje rodzinne Zatorze, robotniczą dzielnicę miasta. Mieszkałem później nieopodal jego domu. Zawsze wydawało mi się, że Bienek jest tym wolnym, brakującym duchem czasu i miejsca. W którym i mi przyszło żyć.

Hasło reklamowe mojego miasta brzmi: przyszłość jest tu. Mało tego. W Gliwicach przyszłość już była. Bienek był jej prekursorem: twórczym kodyfikatorem siły, jaka płynie z doświadczenia kultur współistnienia i moderacji różnic między nami – ludźmi późnej nowoczesności, do której historia wróciła z wojennym koszmarem w Ukrainie.

Powracając do lektury Bienka, zastanawiam się, czy faktycznie konflikt za naszą wschodnią granicą może się przysłużyć do odkształcenia struktury kulturowej i narodowościowej w Polsce. Rzecz jasna, po wojnie ogromna ilość ludzi wróci do swoich zrujnowanych domów, zachowując w pamięci niebagatelną pomoc, jaką została otoczona przez zwykłych mieszkańców Polski. Dziś powoli wygasa to zadziwienie. A powinniśmy je w sobie pielęgnować. Zaiste oddolny ruch pomocowy, otwarte serca i domy, stanowią jakiś rodzaj nowej mitologii otwartości, która kiełkuje pod ciężkim butem ksenofobicznie i lękowo spozycjonowanej władzy. To niesamowite napięcie między narracjami stanu faktycznego empatii i stanu fikcji politycznej – mam nadzieję – doprowadzi do rozpęknięcia w centrum zatęchłych, urojonych opowieści o Polsce narodowo czystej, której lepiszcze stanowi równie zbutwiały dyskurs katolicki. Wydaje mi się, że uciekinierzy z Ukrainy – a jakaś ich grupa zostanie w Polsce na stałe – to największa szansa na korektę tej dusznej jednorodności.

Kiedy czytam Bienka, odnoszę wrażenie, że mamy przecież potężne doświadczenie wielokulturowości, bliskie naszemu doświadczeniu dzisiejszego, globalnego świata. To doświadczenie całkowicie nowoczesne, które spokojnie obyć się może bez rękojmi historycznych sentymentów zdeponowanych w aktach Unii Lubelskiej.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną