Kryjówka na chwilę, która trwała ponad osiem dekad. Królewskie odkrycie w Wilnie
Najpierw porównano współczesne i przedwojenne plany krypt katedry wileńskiej. W przypadku jednej ze ścian w wąskim przejściu pojawiła się niezgodność. Oględziny wykazały inny kolor zaprawy łączącej niektóre cegły. Gdy 16 grudnia 2024 r. badacze wyjęli jedną, odkryli kryjówkę. W niej znajdowały się regalia: trzy korony grobowe, dwa złote łańcuchy, otwierany medalion i kilka pierścieni. Przez 85 lat pozostawały ukryte w przejściu, którym codziennie przechodzili turyści i przewodnicy. – Przed skrytką w czasach radzieckich zamontowano pompę, która zasłoniła fragment ściany. Nikt wówczas niczego- nie zauważył. A może zauważył, ale nikomu nie wyjawił? – zastanawia się Alina Pavasarytė, historyczka z Muzeum Dziedzictwa Sakralnego w Wilnie, w którym pierwszy raz wystawiono królewskie insygnia.
Katedra: szczęścia w nieszczęściach
Fakt, że regalia zachowały się do naszych czasów, to w pewnym sensie zasługa wody. Oplatające centrum Wilna Wilia i Wilejka regularnie zalewały niżej położone części miasta, w tym katedrę i Dolny Zamek. Władysław Jagiełło zaraz po chrzcie Litwy w 1387 r. ufundował więc pierwszą świątynię murowaną (oddał ją pod opiekę patrona Polski św. Stanisława i opiekuna swojej dynastii św. Władysława). Ponieważ po 32 latach spłonęła, wielki książę Witold kazał w jej miejscu wznieść katedrę gotycką.
Niecałe 100 lat później i ją zniszczył pożar. Zygmunt Stary i jego syn przebudowali ją w stylu renesansowym, z czasem uległa barokizacji. Doszło jednak do kolejnej tragedii – w 1769 r. podczas burzy runęła jedna z wież i zniszczyła dach. Mieszkańcy miasta zdecydowali wówczas o budowie nowej klasycystycznej świątyni według projektu Wawrzyńca Gucewicza. Ta stoi do dziś. Krypty przetrwały wszystkie nieszczęścia. To w nich w 1931 r. dokonano niezwykłego odkrycia.
Wiosną owego roku fundamenty katedry uszkodziła katastrofalna powódź i konieczne były prace naprawcze. Pod kaplicą św. Kazimierza natrafiono na pochówek dwóch królowych i króla. Drewniane trumny zgniły, a woda przemieściła i zniszczyła kości Elżbiety Habsburżanki i Aleksandra Jagiellończyka (z jego ciała najlepiej zachowała się czaszka, która na skutek procesów chemicznych miała w momencie odkrycia wyraźne zielonkawe zabarwienie).
Szczątki Barbary Radziwiłłówny zachowały się zaś nieźle. Królowa zmarła w Krakowie 8 maja 1551 r., ale chciała być pochowana w Wilnie, więc aby ciało przetrwało podróż, pokryto je popiołem i wapnem, które z czasem stwardniały. Gdy badacze weszli do krypty, na jej czaszce nadal tkwiła korona, co uwiecznili dokumentujący odkrycie fotograf Jan Bułhak i malarz Ferdynand Ruszczyc, których dzieła zaprezentowano na wystawie.
Przez całe międzywojnie szczątki królewskie badano, insygnia konserwowano i wykonano ich repliki. Przygotowano też mauzoleum – według niezwykle ambitnego projektu. – Niestabilne fundamenty katedry wzmocniono, wbijając 279 żelbetowych pali na głębokość nawet 17 m. Komorę grobową zabezpieczono wieloma warstwami betonu, ołowiu i materiałów konserwatorskich. Dzięki temu powstała niemal niezniszczalna kapsuła, której ściany do dziś wydzielają lekki zapach naftaliny – śmieje się Pavasarytė.
Kości monarchów złożono do trzech trumien, a otwarcie mauzoleum zaplanowano na 1 września 1939 r. Uroczystość się nie odbyła. Wybuch wojny uniemożliwił też wyjazd regaliów na wystawę do Warszawy. Choć nie opuściły Wilna, te najbardziej wartościowe znikły. – Ten, kto podjął decyzję o ich ukryciu, owinął je w gazety, włożył do drewnianej skrzynki i wetknął do uprzednio przygotowanego otworu w ścianie katedralnego podziemia. Gdy czytam „Kurier Wileński” z września 1939 r., myślę, że pakując precjoza, był przekonany, że chowa je na krótko, a znaleziono je dopiero po 85 latach – mówi prof. Giedrė Mickūnaitė, kuratorka prezentującej je wystawy.
Ekspozycję „Hidden Within” (Ukryte wewnątrz) w Muzeum Dziedzictwa Sakralnego otwiera gablota ze złotym medalionem Elżbiety Habsburżanki, którego jeszcze nie otwarto, więc nie wiadomo, co jest w środku. Muzealnicy chcieli pokazać, że badania nad regaliami trwają i nie ma jeszcze wszystkich odpowiedzi. Bo chociaż znalezisko dotyczy trójki bardzo znanych postaci historycznych, przedmioty włożone do trumien opowiadają o tych aspektach ich życia, o których nie wspomniano w kronikach.
Aleksander i Elżbieta: związki w cieniu
Aleksander to jedyny król Polski pochowany poza Krakowem. Zmarł w Wilnie po udarze 19 sierpnia 1506 r. Nie wskazał, gdzie ma spocząć jego ciało. Polscy możni chcieli przewieźć je na Wawel, jednak litewscy panowie stanowczo się temu sprzeciwili, twierdząc, że był przede wszystkim wielkim księciem litewskim. To oni wygrali. I to oni wyposażyli zmarłego władcę w insygnia pogrzebowe.
Na wystawie zaprezentowano ich komplet: koronę z cienkiego pozłacanego srebra, berło i jabłko królewskie. Jest też miecz, który nie trafił do skrytki w 1939 r., oraz srebrny półgrosz z mennicy wileńskiej z imieniem władcy – był on niczym podpis dla odkrywców grobu. Dla prof. Mickūnaitė najciekawsze są jednak dwa celowo przecięte pierścienie: – Być może zrobiono to dlatego, że dłonie zmarłego spuchły i zesztywniały. Ponieważ jednak znaleziono je przy głowie króla, mogły symbolizować zerwanie więzi z jego prawosławną żoną Heleną Moskiewską, której nie dopuszczono ani do koronacji, ani pogrzebu męża.
Wątków miłosno-uczuciowych jest tu więcej, ponieważ kolejną władczynią z królewskiej krypty jest pierwsza żona Zygmunta Augusta – Elżbieta. To małżeństwo było efektem wieloletnich negocjacji dynastycznych między Habsburgami i Jagiellonami. Ślub odbył się 6 maja 1543 r. na Wawelu. Rok później młody Jagiellon objął samodzielne rządy w Wielkim Księstwie Litewskim i przeniósł swój dwór do Wilna. Osiemnastolatka zmarła 15 czerwca 1545 r. po ciężkim ataku epilepsji, na którą cierpiała od dzieciństwa. Choć jej pogrzeb odbył się z należnymi honorami, brak tu śladów osobistego zaangażowania męża.
Przez stulecia uważana za niekochaną Elżbieta pozostawała w cieniu Barbary – ukochanej drugiej żony Zygmunta Augusta. Tymczasem to właśnie jej korona z pozłacanego srebra może być jedynym zachowanym do dziś klejnotem królewskim noszonym przez monarchę za życia – wszystkie inne regalia zostały skradzione z Wawelu przez Prusaków po trzecim rozbiorze Polski i w latach 1809–11 przetopione.
Poza tym nikt nie wkładał zmarłym władcom do grobów prawdziwych, niezwykle wartościowych insygniów koronacyjnych, tylko ich tańsze repliki. – Ponieważ jednak średnicę korony znalezionej w grobie Elżbiety można regulować, jest prawdopodobne, że była przez nią używana – mówi kuratorka. Może nie była zbyt cenna, a śmierć królowej była na tyle niespodziewana, że nie zdążono wykonać repliki. Tabliczka trumienna też jest przemyślanym komunikatem, nie ma bowiem na niej ani polskiego orła, ani litewskiej pogoni, lecz herby Habsburgów – zmarła bezpotomnie, zatem nadal należała przede wszystkim do swojej dynastii.
Dokumentów poświęconych Elżbiecie zachowało się niewiele. Wiadomo jedynie, że wychowała się w Wiedniu, na dworze swojego ojca, cesarza Ferdynanda I, otrzymała staranne wykształcenie i była bardzo pobożna. Tym ciekawsze wydaje się pytanie, co skrywa jej nieotwarty jeszcze złoty medalion.
Barbara Radziwiłłówna: miłość w koronie
Czy Zygmunt August jeszcze za życia Habsburżanki zakochał się w odwiedzającej jego siedzibę młodej wdowie po Stanisławie Gasztołdzie i siostrze Mikołaja „Rudego” Radziwiłła? Trudno to stwierdzić. Pewne jest natomiast, że gdy dwa lata później potajemnie wziął z nią ślub, wywołało to polityczną burzę – od małżeństwa przyszłego króla oczekiwano przecież sojuszu z którąś z europejskich monarchii. Przeciwniczką związku była matka króla Bona Sforza, przekonana, że Radziwiłłowie próbują podporządkować sobie jej syna. Gdy po śmierci Zygmunta Starego o tym, że Barbara jest już prawowitą żoną następcy tronu, dowiedzieli się senatorowie, zaczęli się domagać unieważnienia małżeństwa. Król powiedział wówczas ponoć, że nie są oni „panami sumień naszych”, dając do zrozumienia, że w sprawach serca nie zamierza ulec nikomu.
Ślady tej romantycznej historii widać w pochówku Barbary. Zrozpaczony małżonek pieczołowicie przygotował pogrzeb zmarłej na nowotwór żony. Zachowały się szczegółowe rachunki, dzięki którym wiadomo, że zadanie wykonania grobowej korony, berła i jabłka ze srebra pokrytego złotem powierzono Janowi Gontowi z Krakowa. Zdecydowanie najcenniejszy jest ciężki złoty łańcuch noszony przez królową za życia jako symbol jej statusu. – Żałuję, że leży w gablocie. Powinien się poruszać, bo dopiero gdy odbija światło, można docenić kunszt jego wykonania – przyznaje prof. Mickūnaitė. – Największą wartość sentymentalną dla małżonków miały zapewne stosunkowo niepozorne pierścionki, skoro król wspomina o nich w swoich listach. Epitafium Barbary to manifest jej przynależności do jednego z najpotężniejszych rodów Wielkiego Księstwa Litewskiego, bo poza symbolami państwa jest tam też herb Radziwiłłów.
Choć Barbara była ukochaną żoną króla, podobizna Elżbiety też trafiła na niewielki dyptyk w formie przenośnego ołtarzyka, który można oglądać w Pałacu Wielkich Książąt Litewskich. Ponoć to Zygmunt August kazał umieścić w jego wnętrzu miniaturowe portrety obu kobiet i zawsze nosił go przy sobie. Nie wiadomo, czy tak było, na pewno natomiast losy tych królowych splotły się z historią Wilna, którą śledzić można w muzeum otwartym w 2018 r. w zrekonstruowanym Pałacu Wielkich Książąt Litewskich.
Dolny Zamek: drewno w cukrze
Siedzibę Jagiellonów, w której bywali Zygmunt Stary i Bona, a mieszkał Zygmunt August z żonami, ograbiły i zniszczyły w 1655 r. wojska moskiewsko-kozackie. Po odzyskaniu miasta szlachta litewska chciała ją odbudować, ale do tego nie doszło. Gdy Wilno w 1795 r. znalazło się w granicach Imperium Rosyjskiego, ruiny rozebrano, by usunąć symbol starej państwowości. Relikty średniowiecznego zamku i otaczającego go miasta jednak pozostały. – Podziemia Zamku Dolnego to istna kapsuła czasu – podkreśla historyk dr Povilas Dikavičius. – Jego rekonstrukcja zaczęła się od wykopalisk, które wciąż trwają, choć część stanowiska archeolodzy celowo zostawiają nietknięte dla przyszłych pokoleń.
Katedra i Dolny Zamek stanęły na podmokłym terenie, gdzie wysoki poziom wód gruntowych odcinał dopływ tlenu. Także w tym przypadku to zasługa wody, że zachowały się nie tylko kamienne fundamenty, lecz także znacznie bardziej wrażliwe na upływ czasu drewno czy skóra. Archeolodzy pracujący pod zamkiem i w jego okolicy wydobyli ok. 500 tys. zabytków z różnych epok, umożliwiających odtworzenie codzienności mieszkańców pałacu, a także miasta, o którym teksty milczą aż do XIV w.
Zachowały się szyby pałacowych latryn pełnych różnych przedmiotów, w tym dziecięcych bucików, beczek, narzędzi oraz fragmenty ulic i chat. Największym eksponatem jest ośmiometrowy wodociąg zbudowany ok. 1529 r. Rurami z wydrążonych pni sprowadzano wodę ze źródeł oddalonych o mniej więcej półtora kilometra od miasta, a specjalny system grawitacyjny doprowadzał wodę na drugie piętro pałacu. – Drewniane zabytki dwa lata moczono w kąpielach cukrowych, by po odparowaniu wody skrystalizowany cukier ustabilizował ich strukturę. Sam rurociąg wchłonął ok. 2 ton cukru, więc nasze muzeum jest najsłodszym miejscem w całym Wilnie – żartuje historyk.
W pobliżu Dolnego Zamku archeolodzy znaleźli 252 drewniane buławy z XIII w. Wykonano je ze świętego drzewa Litwinów, czyli z dębu, i każda ma inne zdobienie głowicy. Nie jest wykluczone, że były to przedmioty służące kapłanom w pogańskich ceremoniach. Pewności jednak nie ma, ponieważ przedchrześcijańska Litwa nie pozostawiła źródeł pisanych, dlatego to przedmioty muszą opowiadać jej historię. Wyjątkiem jest znaleziona na terenie Dolnego Zamku metalowa tabliczka zapisana tekstem łacińskim i starosłowiańskim oraz nieodczytanymi dotąd znakami, które według jednych przypominają germańskie runy, a według innych dawne pismo tureckie. Nie wiadomo, czy był to znak handlowy, jaki mieli ze sobą kupcy przekraczający kolejne granice. Za to można stwierdzić, że Wilno od zarania było miejscem spotkania różnych światów, języków i religii.
Witold: książę w niebycie
Na ulicach miasta mieszały się języki litewski, ruski, polski, niemiecki, hebrajski i jidysz, a obok katolickich kościołów wyrastały cerkwie, synagogi, karaimskie świątynie i tatarskie meczety. Wielokulturowość była istotą tego miasta. Przyjeżdżając do Wilna, nie trzeba szukać poloników, te są wszędzie: Ostra Brama, upamiętnienia Mickiewicza, Słowackiego i Moniuszki, Cmentarz na Rossie. Dla Żydów to „Jerozolima Północy” – centrum religijne i intelektualne judaizmu aszkenazyjskiego, miasto Elijah ben Solomona Zalmana i słynnych jesziw. Dla prawosławnych – ważny ośrodek ich tradycji.
Dla Litwinów zaś to stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego, rozciągającego się od Bałtyku niemal po Morze Czarne. Choć po unii z Polską oba kraje połączyła osoba władcy, księstwo zachowało własne instytucje, wojsko, skarb i prawo. Jego symbolem jest wielki książę Witold.
Gdy w 1930 r. obchodzono 500-lecie śmierci władcy, jego imieniem nazywano ulice, szkoły i instytucje, a rodzice masowo nadawali chłopcom imię Vytautas. Przygotowano też ważący 150 kg sarkofag ze stali nierdzewnej. Ten jednak do dziś pozostaje pusty, wciąż bowiem nie wiadomo, gdzie spoczywa wielki Litwin. W latach 30. w podziemiach katedry znaleziono tysiące kości ok. 826 osób: biskupów, kanoników, fundatorów. Ponieważ usilnie szukano grobu władcy, szczątki przeniesiono do wspólnego ossuarium. I nikt nie wie, czy wśród nich są kości Witolda.
Za cztery lata Litwa będzie obchodzić 600-lecie jego śmierci, więc można się spodziewać kolejnych prac badawczych. Na razie pomysł, by porównać DNA pobrane z kości wszystkich osobników z materiałem genetycznym spokrewnionego z wielkim księciem litewskim Aleksandra Jagiellończyka, jest nierealny. Może zachowane też dzięki wodzie i przypadkowi szczątki Witolda uda się gdzieś odnaleźć. W końcu Wilno to miasto kolejnych warstw archeologicznych, architektonicznych i kulturowych, które badacze odsłaniają od 100 lat. I za każdą odsłoniętą warstwą kryje się następna historia.