Reklama
Andrew Ure badał działanie prądu na ciało Matthew Clydesdale’a, pokazując, jak galwanizm balansował między nadzieją na ratowanie życia a makabrycznym widowiskiem. Andrew Ure badał działanie prądu na ciało Matthew Clydesdale’a, pokazując, jak galwanizm balansował między nadzieją na ratowanie życia a makabrycznym widowiskiem. Alamy / Indigo
Człowiek

Mary Shelley ożywia zwłoki piórem. Inni próbują za pomocą prądu – oczywiście w imię nauki

Adrienne Mayor: O możliwości stworzenia sztucznego życia i samoporuszających się urządzeń fantazjowano już tysiące lat temu
Człowiek

Adrienne Mayor: O możliwości stworzenia sztucznego życia i samoporuszających się urządzeń fantazjowano już tysiące lat temu

Niektóre z mitów rozważają obietnice i zagrożenia związane z próbami pokonania śmierci, inne opowiadają o wzmacnianiu ludzkich możliwości oraz naśladowaniu natury. Z jednej strony to pasjonujące opowieści przygodowe, z drugiej rozważania nad starożytną biotechné – mówi historyczka nauki prof. Adrienne Mayor ze Stanford University. [Artykuł także do słuchania]

Na początku XIX w. granica między śmiercią pozorną a nieodwracalną była jednak znacznie mniej jasna. Wyobraźnię całej epoki rozpalały popularne w tamtym czasie pokazy galwanistyczne, podczas których wstrząsane elektrycznością zwłoki wykonywały makabryczne gesty. Jedni byli zafascynowani, inni przerażeni. [Artykuł także do słuchania]

George Forster został stracony w londyńskim więzieniu Newgate 17 stycznia 1803 r. Skazano go za zamordowanie żony i dziecka, których ciała znaleziono w kanale Paddington. W normalnym biegu sprawy śmierć kończyłaby historię człowieka albo przynajmniej oddawała ją w ręce specjalistów od anatomii. W tym przypadku było jednak inaczej. Ciało Forstera, jeszcze świeże po egzekucji, stało się przedmiotem jednego z najbardziej niepokojących pokazów naukowych początku XIX w. Autorem eksperymentu był Giovanni Aldini, profesor fizyki z Bolonii.

Według zachowanych relacji ciało denata pozostawało po egzekucji przez godzinę na mrozie, w temperaturze –2⁰C. Potem zaczęło się doświadczenie. Aldini do pokazu użył prądu elektrycznego. Przykładał przewodniki do różnych części ciała nieboszczyka. Gdy jeden dotknął ust, a drugi ucha zwilżonego roztworem soli, szczęka zmarłego zaczęła drżeć. Sąsiednie mięśnie twarzy gwałtownie się skurczyły, a lewe oko się otworzyło. Dla publiczności zebranej przy stole anatomicznym pobudzenie mięśni jawiło się niczym wizja powrotu zmarłego z zaświatów. Człowiek, który chwilę wcześniej wisiał na szubienicy, teraz wykonywał ruchy kojarzone z życiem. W kolejnych próbach reakcje okazały się jeszcze silniejsze. Kiedy przewodniki przyłożono do ucha i odbytu, skurcze mięśni objęły także rejony odległe od miejsc kontaktu z elektrodami. Dla Aldiniego nie był to wyłącznie makabryczny spektakl. Przekonywał, że celem tego i wielu podobnych doświadczeń jest sprawdzenie, jak dalece galwanizm może pomóc przy próbach przywracania ludzi do życia.

My już wiemy, że ruch mięśni nie jest równoznaczny z życiem. Ciało nie działa jak maszyna, którą wystarczy podłączyć do źródła prądu. Życie organizmu nie sprowadza się do jednego skurczu mięśnia. Wymaga krążenia, oddechu, czynności mózgu, zachowanej świadomości i współdziałania całego organizmu. To nie są elementy uruchamiane prostym impulsem. Na początku XIX w. granica między śmiercią pozorną a nieodwracalną była jednak znacznie mniej jasna. Wyobraźnię całej epoki rozpalały popularne w tamtym czasie pokazy galwanistyczne, podczas których wstrząsane elektrycznością zwłoki wykonywały makabryczne gesty. Jedni byli zafascynowani, inni przerażeni.

Alessandro Volta prezentuje Napoleonowi stos elektryczny, pierwszą baterię, która otworzyła drogę do epoki elektryczności.UIG/ForumAlessandro Volta prezentuje Napoleonowi stos elektryczny, pierwszą baterię, która otworzyła drogę do epoki elektryczności.

Spór Galvani–Volta

Nim prąd zaczął poruszać ciałami skazańców, wprawiał w ruch żabie nogi. To od nich zaczął się jeden z najbardziej osobliwych sporów w historii nauki. Luigi Galvani (1737–1798) był anatomem i lekarzem z Bolonii, a w jego pracowni stała tzw. maszyna elektryzująca, czyli urządzenie, które poprzez tarcie wytwarzało iskry. Według relacji uczonego pewnego listopadowego dnia 1780 r. jeden z asystentów dotknął metalową sondą odnóża żaby – mięśnie się skurczyły, a drugi pomocnik zauważył, że w tej samej chwili z maszyny wyskoczyła iskra. Dostrzegł między tymi zdarzeniami związek. Galvani wiedział o wcześniejszych obserwacjach innego Włocha, Tommasa Laghiego, który już w 1757 r. zauważył, że elektryczne pobudzenie nerwu wywołuje skurcz mięśnia. Zasługą Bolończyka było to, że zjawisko do tej pory ulotne postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze.

Najpierw Galvani upewnił się, że iskra wcale nie musi dotykać preparatu. Wystarczyło, by nerw był uziemiony, a skurcz następował przy każdym wyładowaniu odległej maszyny. Potem przyszła kolej na naturę. Latem i jesienią 1786 r. badał wpływ elektryczności atmosferycznej. Przymocował preparowane żaby mosiężnymi haczykami, wbitymi w rdzeń kręgowy, do żelaznej balustrady wokół balkonu swojego domu i obserwował skurcze, gdy na niebie błyskało. I tu nastąpił moment przełomowy, zaskoczenie, które popchnęło całą naukę w nową stronę. Skurcze pojawiały się również wtedy, gdy niebo było już czyste, a nasilały się, ilekroć mosiężny haczyk stykał się z żelazną balustradą. Skoro nie było ani iskry, ani burzy, to skąd brał się prąd?

Odpowiedź, do której Galvani doszedł w pracowni, była śmiała. Gdy jeden metal stykał się z nerwem żaby, drugi z mięśniem, a oba ze sobą, mięsień się kurczył bez jakiejkolwiek iskry z maszyny elektrycznej. Galvani wyciągnął stąd rewolucyjny wniosek: źródło siły tkwi w samej tkance. Doszedł do przekonania, że tkanka ta zawiera własną formę elektryczności, którą nazwał elektrycznością zwierzęcą, uruchamiającą nerw i mięsień, gdy zewrze je metalowa sonda. Żywe ciało stawało się w tym obrazie maleńkim biologicznym kondensatorem. Swoje ustalenia Galvani ogłosił w 1791 r. w rozprawie De viribus electricitatis in motu musculari commentarius (Rozprawa o siłach elektryczności w ruchu mięśni), wydanej w „Commentarii” bolońskiej Akademii Nauk. Efekt przerósł oczekiwania skromnego anatoma. Wpływ tej publikacji na świat nauki bywa porównywany do społecznego i politycznego wstrząsu, jakim była w tych samych latach rewolucja francuska. Wszędzie, gdzie tylko można było zdobyć żaby, próbowano powtórzyć doświadczenie. Wśród czytelników znalazł się jednak ktoś, kto powtórzył eksperyment Galvaniego i doszedł do całkiem innego wniosku.

Dziewiętnastowieczna ilustracja doświadczeń Giovanniego Aldiniego pokazuje, jak galwanizm przeniósł elektryczność z laboratoriów fizyków do sal anatomicznych.Alamy/IndigoDziewiętnastowieczna ilustracja doświadczeń Giovanniego Aldiniego pokazuje, jak galwanizm przeniósł elektryczność z laboratoriów fizyków do sal anatomicznych.

Alessandro Volta z Pawii w 1792 r. po lekturze rozprawy Galvaniego najpierw przyznał mu rację, by następnie na podstawie własnych prób zacząć w nią wątpić. Im dłużej powtarzał doświadczenia, tym mocniej utwierdzał się w przeciwnym wniosku – że żaby reagują wprawdzie jak czułe elektroskopy na elektryczność zewnętrzną, ale same żadnej wewnętrznej elektryczności nie mają, a jej źródłem są metale łączące nerw z mięśniem. Innymi słowy: martwa noga nie była baterią, lecz czujnikiem. Detektorem cudzego prądu. Wokół interpretacji doświadczeń Bolończyka uczony świat podzielił się na dwa obozy: woltaistów i galwanistów. Po jednej stronie stał anatom przekonany, że odkrył siłę życia. Po drugiej fizyk, który twierdził, że żaden tajemniczy fluid nie istnieje, a cała rzecz to nieporozumienie z dwoma kawałkami metalu.

Volta poszedł dalej i zrobił coś, co dziś brzmi jak scena z gabinetu osobliwości – zaczął sprawdzać kontakt metali na własnym ciele. Odkrył, że gdy dwa różne metale dotkną języka i zetkną się ze sobą, czuje się gorzki smak, a przyłożone do oka wywołują wrażenie błysku światła. Skoro prąd dawał o sobie znać nawet bez żaby, to po co w ogóle żaba? Nauka oficjalna przyznała mu wówczas rację: w 1794 r. Royal Society uhonorowało Voltę Medalem Copleya, najważniejszym ówczesnym wyróżnieniem, swego rodzaju odpowiednikiem dzisiejszego Nobla.

Galvani w odróżnieniu od błyskotliwego polemisty z Pawii nie miał temperamentu do walki na argumenty przed europejskim audytorium. Zrezygnował ze sporu wokół własnego odkrycia i pozostał przy pracy nauczyciela, położnika i chirurga, lecząc zarówno bogatych, jak i biednych, bez względu na honorarium. Jego kariery nie dobił zresztą kolega po fachu, lecz polityka. Galvani został usunięty z Uniwersytetu w Bolonii za odmowę złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. Zmarł w 1798 r. w niedostatku. Volta tymczasem, chcąc ostatecznie dowieść, że to metale są motorem prądu, w 1800 r. zbudował stos złożony z naprzemiennych krążków dwóch metali przedzielonych tekturą nasączoną kwasem lub solanką. Tego samego roku przesłał komunikat o swoim odkryciu do Royal Society w Londynie. Tak narodziła się pierwsza bateria – stały sterowalny prąd na żądanie.

Spór Galvaniego z Voltą uchodzi za jedną z najważniejszych dyskusji naukowych w dziejach, bo zmusił obu przeciwników do przeprowadzenia fundamentalnych eksperymentów. Kto więc miał rację? Z perspektywy dwóch stuleci odpowiedź jest zaskakująco dyplomatyczna – obaj po trochu. Galvani słusznie przypisał skurcze bodźcowi elektrycznemu, lecz mylił się, nazywając go elektrycznością zwierzęcą, a Volta trafnie zaprzeczył istnieniu osobnej elektryczności, ale niesłusznie sądził, że każdy efekt tego rodzaju wymaga dwóch różnych metali. Współczesna nauka przyznała przy tym Galvaniemu więcej, niż przyznali mu współcześni. Tkanka rzeczywiście wytwarza własne sygnały elektryczne. Jednak to stos Volty, broń wykuta przeciwko teorii Galvaniego, miał wkrótce trafić w ręce jego bratanka.

Doświadczenie Aldiniego z martwym psem pokazywało, jak prąd ze stosu Volty wywołuje gwałtowne reakcje mięśni. Efekt naukowy, który łatwo zmieniał się w makabryczne widowisko.UIG/ForumDoświadczenie Aldiniego z martwym psem pokazywało, jak prąd ze stosu Volty wywołuje gwałtowne reakcje mięśni. Efekt naukowy, który łatwo zmieniał się w makabryczne widowisko.

Makabryczne spektakle

XVIII i XIX w. kochały demonstracje. Publiczne doświadczenia naukowe nie były niczym niezwykłym. Elektryczność szczególnie dobrze się do nich nadawała: iskrzyła, kopała, rozświetlała, poruszała mięśnie. Była niewidzialną siłą, którą można było nagle uczynić widzialną. W salonach i teatrach pokazywano maszyny elektrostatyczne, doświadczenia z iskrą, oddziaływanie prądu na ciało. Nauka potrzebowała publiczności, a publiczność chciała cudu, najlepiej takiego, który da się zobaczyć z kilku kroków. Galwanizm oferował cud wyjątkowo mocny. Gdy tylko iskra przeskakiwała między przewodami, poruszało się ciało.

Aby zrozumieć, skąd na jednym z takich pokazów wzięły się świeże zwłoki, trzeba zacząć od prawa. W ówczesnej Anglii ciało powieszonego mordercy nie trafiało do grobu, należało do nauki. Ustawa o zabójstwie z 1751 r. pozwalała badaczom prowadzić doświadczenia na zwłokach straconych przestępców. Sekcja bywała częścią samego wyroku, dodatkową karą wymierzoną już po śmierci. W tym samym czasie działały instytucje, które próbowały przesunąć granicę między śmiercią a ratunkiem. Londyńskie Society for the Recovery of Persons Apparently Drowned, późniejsza Royal Humane Society, powstało w 1774 r. z inicjatywy lekarzy Williama Hawesa i Thomasa Cogana. Sama nazwa mówi bardzo dużo: chodziło o osoby „pozornie utopione”, a więc takie, które wyglądały na martwe, lecz można je było jeszcze uratować. Towarzystwo promowało resuscytację ofiar utonięć, nagradzało akcje ratunkowe i pomagało rozpowszechniać przekonanie, że nie wolno rezygnować zbyt szybko.

Żabie udka Galvaniego stały się początkiem sporu o „elek- tryczność zwierzęcą”.SSPL/ForumŻabie udka Galvaniego stały się początkiem sporu o „elek- tryczność zwierzęcą”.

Aldini wcale nie był szaleńcem marzącym o wskrzeszaniu trupów. Cel, który sobie stawiał, był chłodno medyczny. Pisał wprost, że doświadczenia na powieszonym przestępcy nie miały na celu ożywienia zwłok, lecz jedynie „zdobycie praktycznej wiedzy, czy galwanizm może posłużyć jako pomoc w ratowaniu człowieka”. Najbardziej interesowała go reanimacja po urazach, np. po podtopieniu, i ubolewał, że nigdy nie udało mu się przywrócić w zwłokach pracy serca. Aldini nie chciał stworzyć potwora, chciał wiedzieć, gdzie leży granica odwracalności śmierci. Tyle że jego metoda miała w sobie coś, czego nie dało się oswoić językiem medycznym. Bo czym innym jest ratowanie człowieka wyciągniętego z rzeki, a czym innym przykładanie przewodów do ciała skazańca po egzekucji. Pokaz zakończył się tak, jak musiał: bateria w końcu się wyczerpała, a Forster pozostał martwy. Aldini poniósł porażkę jako wskrzesiciel, ale obraz otwierającego się oka trupa pod wpływem prądu wymknął się z sali wykładowej i ruszył w świat. 15 lat później w teatrze anatomicznym w Glasgow miał powrócić w jeszcze bardziej dramatycznej odsłonie, i tym razem ktoś rzeczywiście napisze, że zmarły na moment ożył.

Gdy 4 listopada 1818 r. ciało Matthew Clydesdale’a wnoszono do teatru anatomicznego Uniwersytetu w Glasgow, „Frankenstein” był już na rynku księgarskim od 11 mies. Pierwsze anonimowe wydanie ukazało się 1 stycznia 1818 r. To drobny fakt o sporej wadze: cokolwiek wydarzyło się w Glasgow, nie mogło zainspirować Mary Shelley. Ale ten dzień był w mieście wydarzeniem. Clydesdale, skazany za zabicie kilofem starszego mężczyzny, Alexandra Love’a, był pierwszym powieszonym w Glasgow od 10 lat. Gdy uznano go za martwego, ciało zdjęto i szybko przewieziono wozem przez Saltmarket, Trongate i High Street do uniwersytetu, a wnętrze teatru anatomicznego wypełnił tłum. Okazja była rzadka, bo nieczęsto operowano na świeżych zwłokach na oczach publiczności.

Alessandro Volta objaśnia Napoleonowi zasadę działania stosu elektrycznego.Imagebroker/ForumAlessandro Volta objaśnia Napoleonowi zasadę działania stosu elektrycznego.

Eksperyment przygotowano z chłodną precyzją. Na 5 min przed dostarczeniem zwłok baterię – stos liczący 270 płyt – naładowano rozcieńczonymi kwasami azotowym i siarkowym, a na ciele wykonano nacięcia odsłaniające nerwy na szyi, biodrze i piętach. Potem zaczął się pokaz. „Gdy prąd popłynął przez przeponę, klatka piersiowa uniosła się i opadła, jakby ciało oddychało. Po nacięciu opuszki palca wskazującego dłoń uniosła się i zdawała się wskazywać palcem na zgromadzonych. Przy przesunięciu pręta od biodra do pięty noga wyprostowała się z taką siłą, że omal nie przewróciła jednego z asystentów, który na próżno usiłował ją powstrzymać” – wspominał Andrew Ure, jeden z prowadzących makabryczny spektakl. Moment kulminacyjny rozegrał się na twarzy denata. Gdy pobudzono nerw nadoczodołowy, wszystkie mięśnie twarzy wpadły w przerażający ruch. Obserwatorzy widzieli na przemian wściekłość, grozę, rozpacz, udrękę i upiorne uśmiechy, które złożyły się na potworny wyraz twarzy mordercy. Część widzów musiała wyjść z sali z przerażenia lub z powodu mdłości, a jeden z dżentelmenów zemdlał.

Makabryczna opowieść o trupie, który ożył, powstała prawie pół wieku później. W 1865 r. Peter Mackenzie, pisarz i znana osobistość z Glasgow, zapewniał, że był obecny przy eksperymencie i widział, jak Clydesdale powrócił do życia przed przerażoną publicznością, po czym jeden z anatomów chwycił skalpel i poderżnął mu gardło. Ożywiony nieboszczyk znów miał osunąć się martwy. Samego eksperymentu, gdy się odbył, nie uznała za wart opisania nawet prasa. Relację zamieściła tylko jedna z trzech ówczesnych gazet w tym mieście.

Podobne eksperymenty wykonywano także w innych krajach Europy, często z wykorzystaniem świeżych zwłok, aby badać wpływ prądu elektrycznego na układ nerwowy i mięśnie. Już wcześniej Aldini prowadził doświadczenia w Bolonii, a w Turynie w 1802 r. Carlo Vassalli Eandi, Stefano Giulio i Francesco Rossi relacjonowali Akademii Nauk próby pobudzania prądem serca, przepony, tętnic i mięśni ludzi zmarłych zaledwie kilka lub kilkanaście minut wcześniej. W innych ośrodkach powtarzano podobne próby już nie tylko po to, by sprawdzić, czy ciało „odpowie” na elektryczność, lecz także by ustalić, jak długo po śmierci tkanki zachowują pobudliwość, które nerwy odpowiadają za ruchy oddechowe i czy prąd może mieć praktyczne znaczenie w ratowaniu osób pozornie martwych – utopionych, uduszonych albo powieszonych.

Współczesne następstwa

Jeśli uwzględnić cel, jaki przyświecał wszystkim tego typu eksperymentom, śmiało można orzec, że zakończyły się one niepowodzeniem. Największe nieporozumienie zaczynało się od ruchu. Człowiek, widząc, że martwa dłoń zaciskała się pod wpływem prądu, twarz przybierała grymas, powieka drgała, a noga wykonywała gwałtowny skurcz niemal automatycznie, dopowiadał sobie resztę. Skoro ciało się poruszyło, to może coś w nim jeszcze żyje. Skoro otworzyło się oko, może ktoś patrzy. Skoro klatka piersiowa uniosła się pod wpływem stymulacji, może człowiek oddycha. Tak działa wyobraźnia.

Mary Shelley.Heritage Images/ForumMary Shelley.

Mary Shelley i „Frankenstein”

Najpopularniejsza wersja narodzin „Frankensteina” brzmi mniej więcej tak: młodziutka Mary Shelley zobaczyła kiedyś, jak pod dotknięciem prądu drga ciało straceńca, po czym wróciła do domu wstrząśnięta i w gorączce spisała powieść o ożywionym trupie. Historia jest zgrabna i… nieprawdziwa. Nic nie wskazuje, by Mary była świadkiem takiego pokazu. Gdy Giovanni Aldini elektryzował zwłoki George’a Forstera w Londynie, miała 5 lat. Bibliotekarze z Linda Hall Library zwracają uwagę, że nie istnieje żaden łatwo dostępny przekaz, z którego dziecko mogłoby czerpać. Z kolei głośny eksperyment Andrew Ure’a z Glasgow odbył się dopiero w listopadzie 1818 r., a więc niemal rok po tym, jak powieść trafiła do księgarń. Chronologia jest tu nieubłagana: makabryczne widowiska nie stworzyły książki. Co najwyżej książka i widowiska czerpały z tego samego źródła.

Prawdziwa geneza jest mniej upiorna, za to lepiej udokumentowana, bo opowiedziała ją sama autorka. Latem 1816 r. w trakcie osobliwego „roku bez lata”, wywołanego wybuchem wulkanu Tambora, osiemnastoletnia wówczas Mary Godwin przebywała nad Jeziorem Genewskim niedaleko wynajętej przez lorda Byrona Villi Diodati. Deszcz więził towarzystwo w domu. Wieczorem 16 czerwca w celach rozrywkowych zgromadzeni czytali na głos francuski zbiór historii grozy „Fantasmagoriana”, po czym Byron rzucił wyzwanie: niech każdy napisze własną opowieść o duchach. We wstępie do wydania „Frankensteina” z 1831 r. Shelley wspomina, że przez wiele dni nie potrafiła nic wymyślić.

Przełom przyszedł nie w związku z lekturą, lecz w wyniku podsłuchanej rozmowy. Byron i Percy Shelley – jak pisała – roztrząsali naturę zasady życia i to, czy kiedykolwiek uda się ją odkryć i przekazać. Padło nazwisko Erasmusa Darwina (1731–1802), dziadka Karola, o którym mówiono, że przechował kawałek makaronu w szklanym naczyniu, aż ten zaczął się poruszać jakby z własnej woli. Warto oddać Shelley sprawiedliwość: w tym samym wstępie zastrzegła, że relacjonuje nie to, co Darwin naprawdę zrobił, lecz to, „co wówczas o nim opowiadano”. Była więc ostrożniejsza od wielu późniejszych popularyzatorów. Historycy podejrzewają zresztą, że „makaron” (vermicelli) to przekręcone Vorticellae, mikroskopijne organizmy wodne. W tej samej rozmowie pojawił się galwanizm. I to właśnie wtedy Shelley stworzyła obraz „bladego adepta bezbożnych sztuk” klęczącego przy istocie, którą złożył.

Prąd nie „budzi” martwego człowieka. Pobudza tkanki, które przez pewien czas po śmierci zachowują zdolność reakcji. Najlepiej widać to na mięśniach. Mięsień nie jest kawałkiem biernej materii, który natychmiast po zgonie przestaje istnieć jako funkcjonalna struktura. To złożony układ białek, jonów, błon komórkowych i resztek energii chemicznej. Gdy organizm jako całość przestaje działać, pojedyncze komórki nie gasną wszystkie naraz jak światła w mieście po odcięciu prądu. Ich procesy załamują się stopniowo. Właśnie dlatego ciało świeżo zmarłej osoby może reagować.

Marzenia o wyrwaniu kogoś śmierci miały jednak nieoczywiste następstwa. Galwaniści nie odkryli defibrylacji, ale utrwalili przekonanie, że elektryczność może być narzędziem medycyny ratunkowej. W zupełnie innym – kardiologicznym – kontekście ta intuicja wróciła dopiero w XX w., gdy William B. Kouwenhoven i jego współpracownicy z Johns Hopkins University badali wpływ prądu na migotanie komór i rozwijali narzędzia, z których wyrosła współczesna defibrylacja. Urządzenie wiszące dziś na ścianie każdego lotniska jest więc dalekim, oczyszczonym z makabry potomkiem tej samej idei, którą Aldini próbował udowodnić nad ciałem Forstera. Dzisiejszy defibrylator AED nie „wskrzesza” zmarłych. Pomaga przerwać groźny chaos elektryczny serca, gdy istnieje jeszcze szansa na przywrócenie jego skutecznej pracy.

Satyryczna grafika z 1836 r. dowodzi, jak szybko galwanizm wyszedł poza laboratoria – stał się metaforą politycznego ożywiania trupa.Library of CongressSatyryczna grafika z 1836 r. dowodzi, jak szybko galwanizm wyszedł poza laboratoria – stał się metaforą politycznego ożywiania trupa.

Odcięte głowy

Nie każdy, kto marzył o cofnięciu śmierci, stawiał na prąd. Równolegle do galwanicznych pokazów rozwijała się druga droga – próba przywrócenia życia przez ponowne uruchomienie krążenia. Jej ważnym prekursorem był francuski fizjolog Julien Jean César Legallois, który w 1812 r. rozważał, czy funkcje ciała można podtrzymać, jeśli pracę serca zastąpi sztuczne wtłaczanie natlenionej krwi. W doświadczeniach na zwierzętach badał zależność życia od pracy mózgu, rdzenia kręgowego, oddychania i krążenia. Nie był to jeszcze udany „powrót do życia”, lecz ważny krok w myśleniu o sztucznym krążeniu i podtrzymywaniu pracy narządów.

Pół wieku później tę intuicję przekuł w konkretny eksperyment Charles-Édouard Brown-Séquard. W 1857 r. odciął psu głowę, odczekał 10 min, po czym podłączył do tętnic gumowe rurki i zaczął tłoczyć natlenioną krew. Po 2–3 min martwa głowa znów poruszała oczami i mięśniami pyska, przy czym ruchy ustawały, gdy tylko przerywano dopływ krwi.

Najbardziej makabryczny rozdział badań rozegrał się w Paryżu, gdzie gilotyna zapewniała naukowcom stały dopływ „świeżych szczątków”. W 1884 r. francuskie władze zaczęły przekazywać fizjologowi Jeanowi-Baptiste’owi Vincentowi Laborde’owi głowy straconych, a on – idąc śladem Browna-Séquarda – łączył tętnicę szyjną odciętej ludzkiej głowy z tętnicą dużego psa, by przywrócić jej krążenie.

Pierwszym „obiektem” Laborde’a był skazany za morderstwo Campi, a sprawozdania z eksperymentów ukazywały się głównie na łamach czasopisma „Revue Scientifique”. Cel badacza był zresztą poważniejszy, niż sugeruje groza scenerii. Chciał rozstrzygnąć, czy odcięta głowa może przez moment zachować świadomość. Twierdził, że udawało mu się wywoływać resztkowe reakcje nerwowo-mięśniowe i badać pobudliwość tkanek po dekapitacji. Nie wykazał jednak powrotu świadomości ani „ożywienia” głowy w sensie medycznym. Żadnej z głów nigdy nie ocucono, ale te ponure próby położyły podwaliny pod naukę o utrzymywaniu narządów przy życiu poza ciałem dzięki przywróceniu w nich przepływu krwi.

Wiedza i Życie 9/2026 (1101) z dnia 01.09.2026; Historia; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Powrót z zaświatów"
Reklama