Marsjanie kopią kanały, przyszły astronom wyciąga ramiona. O fantastycznych i naukowych opisach Czerwonej Planety
Pod koniec marca rozpoczęła się emisja piątego sezonu „For All Mankind”, serialu wysoko ocenianego nie tylko przez miłośników science fiction. Przedstawia on alternatywną wersję historii, rozpoczynającą się w 1969 r. Pierwszy „mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” wykonuje na Srebrnym Globie nie Neil Armstrong, ale radziecki kosmonauta. W odpowiedzi Amerykanie tworzą pierwszą stałą bazę księżycową, przyspieszając kosmiczną rywalizację. W trzecim sezonie (alternatywne lata 90. XX w.) akcja przenosi się na Marsa, a najnowsza odsłona przedstawia Czerwoną Planetę jako pełnoprawną kolonię Ziemian – ich baza rozrosła się do tysięcy mieszkańców, co rodzi napięcia między osadnikami a dawną ojczyzną.
Taki przebieg akcji wydaje się całkowicie logiczny. I w serialu, i w rzeczywistości Mars stanowi kolejny, wręcz konieczny krok w eksploracji kosmosu – zaraz po Księżycu jest to najczęściej odwiedzany przez misje bezzałogowe obiekt w Układzie Słonecznym. Również te ryzykowne, z lądowaniem – ostatnią (udaną) przeprowadził łazik Perseverance w 2021 r., osiadając w rozległym kraterze Jezero (od tamtej pory przejechał już kilkadziesiąt kilometrów i ma jeszcze pokonać drugie tyle).
Jednak fascynacja Marsem nie zaczęła się wraz z rozwojem programów kosmicznych w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Jej początki sięgają czasów co najmniej sto lat wcześniejszych, a kulminacja nastąpiła na przełomie XIX i XX w. Panowało wówczas przekonanie, że Marsa zamieszkują inteligentne istoty, co miało wynikać z prowadzonych naukowymi metodami obserwacji. Wśród propagatorów tej teorii szczególną rolę odegrał – dziś już raczej zapomniany – Amerykanin Percival Lowell. Jego niezwykłą historię opisał amerykański dziennikarz naukowy David Baron w wydanej 2025 r. książce „The Martians. The True Story of an Alien Craze that Captured Turn-of-the Century America” (w wolnym przekładzie: „Marsjanie. Prawdziwa historia szaleństwa na punkcie obcych, które opanowało Amerykę przełomu wieków”).
Mowa trójkątów
Zaczęło się od błędnego tłumaczenia. Wieczorem 23 sierpnia 1877 r. uwaga astronomów skupiła się na całkowitym zaćmieniu Księżyca. Jednak 42-letni Giovanni Schiaparelli, dyrektor Obserwatorium Brera w Mediolanie, szybko znużył się tym zjawiskiem. Jego wzrok przyciągnął za to Mars, który znajdował się wówczas blisko Ziemi, jaśniejąc na wieczornym niebie. Z dachu późnobarokowego pałacu, korzystając z teleskopu około trzymetrowej długości, rozpoczął trwający kilka miesięcy cykl obserwacji, by stworzyć szczegółowe mapy powierzchni Czerwonej Planety.
Dostrzegł coś, czego inni dotąd nie widzieli. A to dlatego, że był z wykształcenia inżynierem i architektem. Był też daltonistą, co mogło wyostrzać jego percepcję kształtów i kontrastów. Dlatego obok ciemnych i jasnych obszarów, uznawanych wówczas za marsjańskie kontynenty i oceany, na mapach pojawiła się sieć prostych linii pokrywających planetę, które niekiedy się przecinały. A że łączyły marsjańskie morza, Schiaparelli nazwał je canali, co oznacza po włosku naturalne kanały. Gdy jednak w 1882 r. wieści o odkryciu dotarły do anglojęzycznej prasy – na czele z brytyjskim dziennikiem „The Times” – słowo to błędnie przetłumaczono jako canals, co w języku angielskim jednoznacznie sugeruje sztucznie wykopane struktury.
Astronomowie rzucili się do teleskopów, by zweryfikować odkrycie, a wyniki ich obserwacji okazywały się skrajnie sprzeczne. Prasa zaś ku irytacji poważnych naukowców zaczęła snuć fantastyczne spekulacje o wysoko rozwiniętej cywilizacji. Środowisko astronomiczne podzieliło się na „kanalarzy” i „antykanalarzy”.
Jedną z najbardziej wpływowych postaci tej pierwszej grupy był Camille Flammarion – francuski astronom, filozof, dziennikarz i powieściopisarz, jeden z najgorliwszych propagatorów idei życia pozaziemskiego. Już w 1862 r., mając zaledwie 20 lat, opublikował książkę „Wielość zamieszkanych światów”, w której zakładał, że życie we wszechświecie jest zjawiskiem powszechnym. Potrafił też zarażać swoim entuzjazmem, dzięki czemu jeden z wielbicieli podarował mu pięknie położony nad Sekwaną dawny zajazd pocztowy, który astronom przerobił na obserwatorium.
Dla Flammariona „kanały” Schiaparellego stanowiły potencjalny ślad obcej cywilizacji. Uważał też, że warto spróbować nawiązać z nią kontakt. W styczniu 1892 r. na łamach amerykańskiej prasy opublikował głośny esej, w którym zaproponował stworzenie międzyplanetarnego języka opartego na geometrii. Projekt zakładał wyrysowanie na powierzchni Ziemi, za pomocą elektrycznego oświetlenia, gigantycznych, szerokich na sto kilkadziesiąt kilometrów figur – trójkątów czy kół – i oczekiwanie, aż w odpowiedzi obserwujący nas Marsjanie odtworzą te same kształty.
Atmosferę podgrzało zdarzenie z lata 1892 r., gdy Mars i Ziemia ponownie znalazły się najbliżej siebie. Astronomowie z Obserwatorium Licka w Kalifornii dostrzegli na tarczy Czerwonej Planety dziwne świetliste punkty układające się w trójkąt. Amerykańska prasa oszalała. Gazeta „New York World” Josepha Pulitzera (to jego nazwisko noszą słynne nagrody dziennikarskie, które ufundował w 1904 r.) wprost pytała czytelników: czy to światła, o których pisał Flammarion? Tymczasem nawet francuski astronom podszedł do tych rewelacji ostrożnie, skłaniając się ku naturalnemu wyjaśnieniu zaobserwowanych jasnych punktów na powierzchni planety.
Marsjańskie wzgórze
Medialne marsjańskie wzmożenie ominęło osobę, która okaże się kluczowa dla tej historii – 37-letniego wówczas Percivala Lowella, przebywającego w odległej Japonii. Rodzina, z której pochodził, zaliczała się do amerykańskiej finansowej arystokracji. Jego przodkowie wnieśli znaczący wkład w rewolucję przemysłową w Stanach Zjednoczonych, budując potężne imperia tekstylne i przemysłowe miasta, takie jak Lowell czy Lawrence (od nazwisk ich rodów). Percival ukończył studia na Uniwersytecie Harvarda (podczas uroczystości rozdania dyplomów wygłosił esej o formowaniu się Układu Słonecznego) i miał się zająć, jako pierworodny syn, biznesami rodziców. Jednak czuł, że dusi się w świecie przemysłowej finansjery. Z egzystencjalnej nudy wyrwały go podróże. Zafascynowany Dalekim Wschodem wyjechał do Azji, gdzie głównie zgłębiał kulturę Japonii. Z czasem stał się cenionym podróżnikiem i pisarzem.
Jesienią 1892 r. musiał wrócić do USA z powodu tragicznej śmierci szwagra. Rok później otrzymał w prezencie grubą książkę Flammariona „La planète Mars et ses conditions d’habitabilité” („Planeta Mars i jej warunki do życia”). Lowell, płynnie władający francuskim, niemal natychmiast pochłonął lekturę i podjął decyzję o radykalnej zmianie drogi życiowej.
Nie mając formalnego wykształcenia naukowego ani doświadczenia w astronomii, postanowił zbudować własne obserwatorium. Nie było to wcale tak ekscentryczne, jak mogłoby się dziś wydawać – w XIX w. wielu szanowanych miłośników astronomii trafiało do tej dziedziny z medycyny, prawa czy handlu. A Lowell dysponował ponadto wielką fortuną. Zatrudnił dwóch astronomów z Harvardu, jednego wysłał do odległej Arizony w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do obserwacji kosmosu. Wybór padł na Flagstaff – miasteczko słynące z krystalicznie czystego nieba. Na wzniesieniu, które z czasem zyskało miano Wzgórza Marsa (Mars Hill), powstała drewniano-płócienna kopuła obserwatorium (dziś znanego jako Lowell Observatory).
Percival sam zaczął przyjeżdżać do Flagstaff i prowadzić obserwacje Czerwonej Planety przez ośmiometrowej długości teleskop. Początkowo nie dostrzegł jednak mitycznych kanałów. Obserwował więc rozległą południową czapę polarną, która cyklicznie kurczyła się, by całkowicie zniknąć wraz z nadejściem marsjańskiego lata. Był przekonany, że to zamarznięta woda, więc zastanawiało go, co się z nią dzieje po stopnieniu. Podglądanie Marsa wymagało wówczas ogromnej cierpliwości, gdyż obraz w teleskopie nieustannie falował (jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem) za sprawą ziemskiej atmosfery. W końcu, podczas bardzo krótkich chwil przejrzystości, zaczął dostrzegać delikatne nici przecinające powierzchnię planety.
Wells straszy, Tesla się łączy
Kompleksową interpretację swoich obserwacji Lowell przedstawił zimą 1895 r. podczas czterech wykładów w Massachusetts Institute of Technology. Przekonywał, że choć marsjańska atmosfera jest rzadka, to nie wyklucza istnienia tam życia. Przedstawił też Czerwoną Planetę jako ewolucyjnie starszą od Ziemi i zmagającą się z dramatycznym deficytem wody. Wyschnięte oceany miały postawić mieszkańców przed wizją śmierci z pragnienia. Jedynym ratunkiem dla tej zaawansowanej cywilizacji stała się więc globalna irygacja. Na dowód tego Lowell zaprezentował ryciny, na których Mars przypominał kulę pokrytą geometryczną siecią krzyżujących się linii. Twierdził, że te tzw. kanały – o szerokości co najmniej 24 km – to szerokie pasy bujnej roślinności czerpiącej wodę z topniejących czap polarnych. W miejscach ich przecięć znajdowały się okrągłe ciemne plamy, czyli rzekome oazy i osady.
Gdy wykłady Lowella trafiły na łamy prestiżowego „The Atlantic Monthly”, pierwszy nakład wyprzedał się w zaledwie kilka dni. Choć część środowiska naukowego była bezlitosna wobec jego rewelacji – pewien brytyjski astronom wyliczył, że budowa takiej sieci kanałów wymagałaby pracy 200 mln ludzi i trwała tysiąc lat, a inni badacze oskarżali Lowella o naginanie faktów – opinia publiczna wręcz pokochała jego wizję. Pod koniec 1895 r. do księgarń trafiła pięknie wydana książka Lowella „Mars”.
Ten nowożytny mit wzmocnił Herbert George Wells, młody angielski pisarz i dziennikarz. Będąc dawnym studentem wybitnego biologa Thomasa Henry’ego Huxleya, wnikliwie analizował kwestie ewolucji i doboru naturalnego. Zafascynowany koncepcją Lowella, wedle której Mars był planetą ewolucyjnie starszą od Ziemi, oraz obserwacjami Schiaparellego, wywnioskował, że jego mieszkańcy muszą przypominać Ziemian z dalekiej przyszłości. I wykreował przerażających kosmitów – istoty o gigantycznych mózgach i mackach, pozbawione układu trawiennego, które żywiły się krwią ofiar. Tak powstała powieść „Wojna światów”, która wywołała po obu stronach Atlantyku ogromne poruszenie (była drukowana w odcinkach w gazetach). Szczególnie za sprawą amerykańskiej tzw. żółtej prasy, czyli dzienników nastawionych na maksymalizację sprzedaży poprzez krzykliwe tytuły, przesadę i emocjonalne tematy.
Jej ulubieńcem był również ekscentryczny wynalazca Nikola Tesla. Kiedy wiosną 1899 r. oświadczył dziennikarzom, że dysponuje aparaturą zdolną do wysyłania i odbierania sygnałów z Marsa, prasa natychmiast podchwyciła temat. Wkrótce sprzęt Tesli zarejestrował słabe regularne impulsy. Wynalazca milczał o tym aż do sylwestra 1900 r., gdy zasugerował światu odebranie pozaziemskiej wiadomości. Następnego dnia „New York Journal” pytał na pierwszej stronie: „Czy Nikola Tesla rozmawiał z Marsem?”. I choć poważniejsze gazety niemal całkowicie zignorowały sprawę, śmiałe twierdzenia wynalazcy przez całe tygodnie nie schodziły z łamów.
Branża reklamowa z lubością wykorzystała wizerunek sąsiedniej planety. Na przykład w formie ogłoszeń, w których kosmici wysyłali na Ziemię prośby o dostawę mydła określonej marki albo butelek konkretnego rodzaju whiskey. Marsjańskie szaleństwo wkroczyło też na parkiety i deski teatrów. Orkiestry chętnie grały nowy taniec „A Signal from Mars”, a tematykę podchwycił też Broadway, wystawiając z ogromnym sukcesem komedię „A Message from Mars”. Widzowie pękali ze śmiechu, oglądając zmagania kosmicznego wysłannika, który próbował nauczyć skrajnie egoistycznego Ziemianina podstaw altruizmu. Fascynacja ta dość naturalnie splotła się też z niezwykle wówczas modnym spirytyzmem.
Narodziny science fiction
Tymczasem nauka coraz brutalniej weryfikowała marsjańskie mity. Ostateczny cios koncepcjom Lowella zadał Eugène-Michel Antoniadi, astronom greckiego pochodzenia, który większość życia spędził we Francji. W 1909 r. przeprowadził przełomowe obserwacje Marsa za pomocą potężnego teleskopu Obserwatorium Paryskiego. Zamiast kanałów ujrzał tylko naturalne, nieregularne formacje. Swoje odkrycia uwiecznił na niezwykle precyzyjnych, pełnych niuansów szkicach, które wysłał do samego Lowella oraz czołowych instytucji naukowych na świecie (m.in. Francuskiej Akademii Nauk i Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego), ostatecznie grzebiąc hipotezę o zaawansowanej cywilizacji.
Jednak Amerykanin ani myślał przyznawać się do błędu i zareagował na tę (niepierwszą zresztą) krytykę z typowym dla siebie uporem. Z czasem coraz bardziej stawał się człowiekiem uwięzionym we własnych iluzjach i opuszczonym przez dawnych zwolenników, na dodatek zmagającym się z nawracającą depresją. Zmarł 12 listopada 1916 r. we Flagstaff w wieku 61 lat, w domu zbudowanym na Mars Hill, w bezpośrednim sąsiedztwie ukochanego obserwatorium.
Choć kariera Lowella jest historią osoby, która do końca życia tkwiła w błędzie określanym przez psychologię poznawczą jako „efekt potwierdzenia” (m.in. selektywne szukanie dowodów, błędne interpretowanie niejednoznacznych danych), to – jak pisze David Baron – trudno nie docenić siły oddziaływania jego koncepcji. Wizja zamieszkanego Marsa rozpalała bowiem wyobraźnię kolejnych pokoleń. Pochodzący z Luksemburga amerykański pisarz, wydawca i wynalazca Hugo Gernsback jako nastolatek zaczytywał się w tekstach Lowella. Na emigracji w USA założył serię magazynów z futurystyczną prozą, tworząc gatunek, który nazwał „scientifiction” (ówczesna pisownia). Prestiżowe coroczne nagrody literackie Hugo, przyznawane za utwory science fiction i fantasy, noszą jego imię. Z kolei amerykański autor Edgar Rice Burroughs (twórca m.in. postaci Tarzana) przeniósł lowellowskiego Marsa wprost na karty przygodowych powieści rozpalających umysły milionów młodych czytelników. Wśród nich przyszłych pisarzy, takich jak Arthur C. Clarke.
A pewien chłopiec z takim zapałem próbował pod wpływem tekstów Burroughsa teleportować się na Marsa, że godzinami stał z wyciągniętymi ramionami na pustym polu. Nazywał się Carl Sagan i wyrósł na słynnego astronoma i popularyzatora nauki. „Nawet jeśli wszystkie wnioski Lowella okazały się błędne – pisał później – to jego wizja przynajmniej miała tę zaletę, że pobudziła pokolenia ośmiolatków, w tym mnie, do myślenia o eksploracji planet jako realnej możliwości”.