Katarzyna Wojczulanis-Jakubas / Arch. pryw.
Środowisko

Przegrani zwycięzcy. Nowy model opieki rodzicielskiej

Katarzyna Wojczulanis-Jakubas, profesora Uniwersytetu Gdańskiego, jest biolożką zajmującą się ekologią ewolucyjną i behawioralną. Interesuje się między innymi biologią migracji, sygnalizacją oraz komunikacją ptaków. Pracuje zarówno w terenie, jak i w laboratorium molekularnym, gdzie bada genetykę populacyjną, geny MHC, określa płeć ptaków i wykonuje analizy rodzicielskie.Joanna Perchaluk/Arch. pryw. Katarzyna Wojczulanis-Jakubas, profesora Uniwersytetu Gdańskiego, jest biolożką zajmującą się ekologią ewolucyjną i behawioralną. Interesuje się między innymi biologią migracji, sygnalizacją oraz komunikacją ptaków. Pracuje zarówno w terenie, jak i w laboratorium molekularnym, gdzie bada genetykę populacyjną, geny MHC, określa płeć ptaków i wykonuje analizy rodzicielskie.
Jeżeli samica i samiec sprawnie ze sobą współpracują, to żadne nie ponosi jakichś super ekstremalnych kosztów opieki nad potomstwem – mówi dr hab. Katarzyna Wojczulanis-Jakubas.

Marta Alicja Trzeciak: – Kłócić się – co to dla ciebie znaczy?

Katarzyna Wojczulanis-Jakubas: – Bronić swoich interesów czy opinii, które są inne niż interlokutora – tu konflikt w sensie emocjonalnym nacechowany jest negatywnie. Niektórzy pod określeniem „kłótnia” mogą rozumieć rutynową wymianę zdań między uczestnikami interakcji, w sytuacji gdy każdy z nich ma nieco odmienny interes czy opinię na dany temat. Inni rozumieją to jeszcze inaczej. Mogłybyśmy to dalej rozwijać i wynajdywać subtelności, ale nie o tym rozmawiamy, prawda?

Prawda. Mamy rozmawiać o konflikcie pomiędzy partnerami i jego wpływie na ich interesy.

Jeżeli dwoje ludzi ma wspólny interes, każde z nich uczciwie działa na jego rzecz i nie ma w tej interakcji miejsca na przypuszczenia, co kto myśli czy zamierza, to nie ma mowy o kłótni. Tak jest u ludzi, a śmiem przypuszczać, że także u wielu zwierząt.

Takich na przykład, które opiekują się swoimi dziećmi. Ty badałaś ptaki.

Konkretnie alczyka, gatunek ptaka morskiego, gniazdującego w Arktyce Wysokiej, u którego występuje długa i dwurodzicielska opieka nad potomstwem. Obserwowałam zachowanie samic i samców na różnych etapach okresu lęgowego. I początkowo wychodziłam od konfliktu płci, bo tyle się o nim pisze w literaturze fachowej. Problem polegał jednak na tym, że nie potrafiłam go dostrzec. W końcu po latach odważyłam się spojrzeć na system, którym się zajmuję, z nieco innej perspektywy: współpracy. Wtedy nagle wszystko zaczęło mi się układać.

I co zrobiłaś?

Najpierw wróciłam do źródeł, czyli do publikacji. I okazało się, że jest całkiem sporo badań, które dowodzą, że konflikt między płciami przy opiece nad potomstwem nie zawsze i nie wszędzie jest bardzo silny. W oparciu o te nowe dla mnie dane i własne badania przygotowałam wraz z kolegami pracę o koordynacji zachowań rodzicielskich u alczyka. Pokazaliśmy w niej, że rodzice koordynują swoje działania i to potencjalnie służy pisklęciu bardziej niż gdyby tego nie robili.

Już podczas swoich badań do doktoratu porównywałam wysiłki rodzicielskie samca i samicy alczyka, więc takie rozwinięcie tematu było dla mnie naturalne i logiczne. Cały czas podkreślam, że tu chodzi o alczyka, bo grupa ekologiczna (tu: ptak morski) i występowanie (tu: Arktyka) w bardzo dużym stopniu determinują to, jakie będą nakłady rodzicielskie danego gatunku.

Alczyk, traczyk, traczyk lodowy – mały ptak zamieszkujący regiony nearktyczne i palearktyczne. W Polsce bardzo rzadki.Katarzyna Wojczulanis-Jakubas/Arch. pryw.Alczyk, traczyk, traczyk lodowy – mały ptak zamieszkujący regiony nearktyczne i palearktyczne. W Polsce bardzo rzadki.

Każdy ptasi rodzic musi prowadzić potomstwo od jajka do samodzielności. Jaka jest różnica pomiędzy alczykami, a takimi np. naszymi szpakami?

Nakłady rodzicielskie ptaków Arktyki stoją w ogromnym kontraście z tym, co możemy obserwować u ptaków półotwartych przestrzeni strefy umiarkowanej. Oczywiście, wszędzie ptaki stają przed wyzwaniami, zależnymi od habitatu. Ale u ptaków morskich dostarczenie pokarmu, który jest zlokalizowany nie wiadomo dokładnie gdzie, ale na pewno hen, hen daleko od gniazda, to nie to samo co zorganizowanie kilku pędraków, które może też nie tak łatwo ułowić, ale za to można się ich spodziewać dwa metry od dziupli. Arktyka, ze swoimi ograniczeniami środowiskowymi (krótkie lato, surowe warunki meteorologiczne) bardzo zwiększa koszty rodzicielskie. Efekt tego jest taki, że u polarnych ptaków morskich zaangażowanie obojga rodziców w opiekę nad lęgiem jest kluczowe w osiągnięciu sukcesu, podczas gdy u naszego szpaka bywa, że matka może zająć się lęgiem.

Czy to znaczy, że w drugim przypadku ewolucja wręcz promuje opiekę jednorodzicielską, a w pierwszym – dwurodzicielską?

Tak. Ale i tak, jeśli koszty opieki rodzicielskiej są duże (o czym trąbia wszystkie podręczniki i co rozumie się intuicyjnie), to podział obowiązków między rodzicami będzie kością niezgody. A jeśli uwzględnić także różne potencjały rozrodcze samców i samic, to konflikt o to, kto i jak bardzo powinien zaangażować się w opiekę nad potomstwem, jest gorący jak wrzątek.

Samce produkują dużo gamet, samice mało. Zasada Batemana (1948), poparta wieloma empirycznymi dowodami (choć krytykowana), mówi że dostosowanie samców zależy w dużym stopniu od tego, z iloma kojarzą się samicami. Innymi słowy, im więcej ma partnerek, tym więcej zostawi po sobie potomstwa. A samicę większa liczba samców w jednym czasie niespecjalnie urządza: jej w pojedynczej próbie rozrodu wystarczyć może jeden płodny, dobrej jakości samiec. I teraz najważniejsze: jeśli osobnik ma się zaangażować w opiekę rodzicielską, to traci możliwość kojarzenia się z innymi partnerami. Dla samicy to żaden dramat, bo ona i tak jest ograniczona liczbą produkowanych gamet, dla samca to pewnego rodzaju strata bo zaangażowanie się w opiekę nad potomstwem (czyli pozostanie przy jednej samicy) nie pozwala wykorzystać całkowicie potencjału rozrodczego.

Czyli konflikt istnieje, rzecz w tym, jak jest u danego gatunku rozwiązywany.

To właśnie sprawdzałam, badając alczyka.

I zaproponowałaś przełomowy model opieki rodzicielskiej.

Nie znaczy to, oczywiście, że wcześniej nie było żadnych modeli. Jeden z pierwszych został zaproponowany przez Ivana Chase'a ze Stony Brook University w 1980. Nie przyjął się od razu, ale pięć lat później został „zrewitalizowany” przez Alasdaira Houstona i Nicholasa Davisa i wtedy doczekał się powszechnej akceptacji. Zakładał, że samice i samce w układach z dwurodzicielską opieką działają niezależnie. Każde z nich podejmuje wysiłek, który maksymalizuje jego własne dostosowanie i jest a priori adekwatny do tego, co może wnieść partner. To tzw. zamknięte oferty (ang. sealed bids).

Czyli jedno mówi „dzisiaj ja kładę dzieci spać, ale jutro muszę mieć wolny wieczór”?

Coś w tym stylu. Późniejsze modele – np. Johna McNamary z University of Bristol i jego współpracowników w 1999, 2000 i 2003 r. – podkreślały znaczenie behawioralnych negocjacji między rodzicami. A ten Rufusa Johnstone’a z University of Cambrige oraz Camilli Hinde z Anglia Ruskin University z 2006 r. traktował informacje o potrzebach potomstwa jako ważny regulator opieki rodzicielskiej. Czyli jako pierwszy wziął pod uwagę, że układ rodzicielski zależy nie tylko od potrzeb i możliwości samych rodziców, ale też od tego, jak „trudne” jest ich potomstwo. Generalnie wszystkie dotychczasowe modele przewidują, że w sytuacji, gdy jeden z partnerów podejmuje mniejszy wysiłek, drugi nie powinien w pełni rekompensować braków, bo to doprowadzi w końcu do degradacji systemu opieki dwurodzicielskiej.

I zwrot ku jednorodzicielskiej?

Tak. Bo jeśli jedno z rodziców daje sobie radę samo, to drugie prędzej czy później może się wycofać z opieki, bo po co ma się angażować, skoro jego udział nie jest jakiś kluczowy. Jeśli wziąć pod uwagę konflikt płci wynikający z różnych potencjałów rozrodczych, to domyślnie tym rodzicem, który zostaje, jest samica. Tak więc w modelach poprzedzających ten proponowany przeze mnie, aby utrzymać strategię opieki dwurodzicielskiej na stabilnym poziomie w skali ewolucyjnej, zmniejszony wysiłek jednego z partnerów powinien być tylko tymczasowo i/lub częściowo kompensowany.

Alczyki gniazdują na wybrzeżu w największych koloniach ze wszystkich alkowatych.Katarzyna Wojczulanis-Jakubas/Arch. pryw.Alczyki gniazdują na wybrzeżu w największych koloniach ze wszystkich alkowatych.

Kobieta nie powinna pokazywać, że daje sobie ze wszystkim radę, bo mąż chętnie zajmie się swoimi sprawami?

Porównując ten układ do sytuacji człowieka zwracasz uwagę na bardzo ważną kwestię. Proponowany przeze mnie model zakłada, że dwurodzicielska opieka nad potomstwem jest ewolucyjnie „wypracowaną” strategią, dającą największe dostosowanie, czyli największe szanse na sukces rozrodczy w danych warunkach środowiskowych. One – właściwie nie rozważane explicite w innych modelach – są tu kluczowe. One też warunkują plastyczność rodziców, czyli ich możliwość kompensowania niedociągnięć partnera. Druga ważna kwestia to koszt opieki rodzicielskiej. Nawet, jeśli jest czaso- i energochłonna, to nie stanowi istotnej waluty, gdy oboje rodzice pracują.

No tak. Jeśli rodzic wychowuje dzieci w pojedynkę, a do tego pracuje i prowadzi dom, to zawożenie do przedszkola czy szkoły, na zajęcia dodatkowe czy do lekarza jest logistycznie bardzo skomplikowane.

Koszt opieki dla pozostającego „na straży” rodzica wzrasta tak bardzo, że obniżają się szanse na sukces rozrodczy. I ja to uwzględniłam w swoim modelu. Poza tym, integruje on wcześniejsze ustalenia.

Twój model został włożony w ramy aplikacji, w której każdy może poprzesuwać sobie suwaki danych i zobaczyć, co może się stać z opieką rodzicielską w określonych sytuacjach.

Tak, masz dwa suwaki: tolerancji środowiskowej i scenariusza środowiskowego. Pierwszy odnosi się do tego, w jakim stopniu dany gatunek jest w stanie dostosować się do warunków. Drugi dotyczy samego środowiska: czy jest sprzyjające (np. dużo pokarmu), czy też nie (duża presja drapieżników, mało pożywienia itp.). W zależności od tego, na jakich pozycjach ustawisz te suwaki, zobaczysz, co się będzie działo z opieką rodzicielską.

Co to oznacza w praktyce?

Zależnie od warunków środowiskowych, podczas próby rozrodu rodzice mają określone możliwości, jeżeli chodzi o ewentualne zwiększanie swoich wysiłków rodzicielskich. Ci rodzice, którzy mają małą plastyczność, w sumie niezależnie od sytuacji środowiskowej w danej próbie rozrodu, niespecjalnie mogą zwiększyć swoje wysiłki. Gdyby zaszła taka konieczność, na przykład, jeśli jeden partner zdezerteruje, drugi nie może wziąć na siebie całego ciężaru, bo działa już na „maksymalnych obrotach”. Kolokwializując, choćby bardzo chciał, to nie wyciśnie więcej. Ci rodzice natomiast, którzy mają dużą plastyczność, mają większe możliwości, ale te zależą od środowiska. Jeśli ono jest sprzyjające, to rodzic wykonując aktualnie plan rodzicielski zakładający niskie wysiłki, a będąc „przygotowanym” na znacznie większe zapotrzebowania, będzie mógł zrekompensować ewentualne niedobory powstałe po stronie partnera. Wracając do naszej analogii z rodzicem wychowującym samodzielnie dzieci: jeśli warunki środowiska są sprzyjające (dostępna i przystępna ekonomicznie baza opieki dziennej, elastyczne godziny pracy itp.), to będzie on w stanie zrekompensować brak partnera i zapewnić rodzinie byt. Ale jeśli środowisko mu nie sprzyja, to choćby działał w maksimum swoich możliwości, nie da rady pracować na pełen etat, zajmować się dziećmi i domem.

Antropolodzy podsumowali kalorie, jakich wymaga ludzkie dziecko od narodzin do ukończenia kilkunastu lat. I wywnioskowali, że zdecydowana większość łowców-zbieraczy wychowywała dzieci „całym stadem” dlatego, że zdobycie takiej ilości pożywienia byłoby dla jednego człowieka czy dwójki ludzi niewykonalne.

Potomstwo ma określone potrzeby, które muszą być zrealizowane, obojętnie, jaką by tego nie mierzyć walutą. Jeśli jeden rodzic nie jest wystarczający, drugi będzie się włączał, a u gatunków socjalnych: kolejne osobniki z grupy. Ale to jest już dużo bardziej złożona kwestia i nie ośmielałabym się tutaj więcej rozwodzić. Natomiast, u wszystkich tych gatunków, u których mamy dwoje rodziców i ich udział jest bardziej korzystny, niż udział jednego rodzica, tam będziemy mieli opiekę dwurodzicielską, a z nią wszystkie założenia mojego modelu, mam nadzieję, będą spełnione.

Dlaczego dla ciebie ten model był ważny?

Wiele się przy nim nauczyłam (chciałabym móc to wszystko już zawsze pamiętać), było to interesujące i wzbogacające intelektualnie doświadczenie. Jeśli praca nad artykułami typu reasearch article byłaby przyrównana do chodzenia do kina, to praca nad modelem była wyjściem do teatru. Chodzisz tam rzadziej, ale jest to wyborna uczta.

Pomysł na wyjście do teatru kiełkował w twojej głowie od dawna?

Tak. Ale gdzie i kiedy wpadłam na ostateczny pomysł modelu, to trudno powiedzieć, bo myślałam o nim – mniej lub bardziej świadomie – nawet podczas smażenia placków ziemniaczanych. Później kluczowe było spisanie projektu. I tu przyszła z pomocą – generalnie koszmarna – pandemia. Pierwszy lockdown sprawił, że pył codziennej gonitwy za nie wiadomo czym opadł i to pozwoliło mi uporządkować myśli.

I sformułowałaś tezę, która znalazła się również w tytule poświęconej modelowi pracy opublikowanej we „Frontiers in Ecology and Evolution”: w relacji rodziców „bycie zwycięzcą to bycie przegranym”.

Jeżeli rodzice sprawnie ze sobą współpracują, czyli każdy wkłada tyle wysiłku, ile aktualnie potrzeba (biorąc pod uwagę sytuację środowiskową i współudział partnera), to żaden z nich nie ponosi jakichś super ekstremalnych kosztów opieki rodzicielskiej. Za to oboje zyskują, bo ich wspólne potomstwo ma duże szanse na przeżycie. Jeśli natomiast jeden spróbowałby zdezerterować, naraża swojego partnera na zwiększone koszty opieki rodzicielskie, a to automatycznie skutkuje obniżoną szansą na sukces rozrodczy. W ogólnym więc rozrachunku dezerterujący rodzic staje się przegranym.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną