Kanał w prowincji Pendżab w Pakistanie. Kanał w prowincji Pendżab w Pakistanie. Shutterstock
Środowisko

Brak perfekcjonizmu sprzyja przyrodzie

Ułomności wielowiekowej sieci kanałów nawadniających, budowały w Indiach i Pakistanie harmonię między rolnikami a uprawianą przez nich ziemią.

Przyroda plus technika równa się kłopoty. Zasoby naturalne plus człowiek równa się rabunek. Okazuje się jednak, że jeśli ludzie, twórcy techniki, nie podchodzą do życia w sposób perfekcjonistyczny i z szacunkiem traktują tradycję przodków, to zysk jest obopólny. Człowiek zyskuje, przyroda nie traci.

Taką właśnie strategię od szesnastego wieku, a może nawet dłużej stosowali konstruktorzy kanałów irygacyjnych w północnozachodnich Indiach i środkowym Pakistanie – największych połaciach lądu nawadnianych sztucznie bez przerw, od stuleci. Zasilały je – i zasilają – potężna rzeka Indus i jej pięć dopływów: Satledź, Gilgit, Kabul, Rawa i Bjas.

System, którego kręgosłup zaprojektowali jeszcze inżynierowie Państwa Wielkich Mogołów, nie był całkowicie szczelny. Woda wlewała się nie tylko tam, dokąd prowadziła je sieć – ale drobnymi otworami przesączała się także w niezliczonych innych punktach. Dotyczyło to również nowych części instalacji, które powstawały już w pierwszej połowie wieku XX. Mimo że wody do nawadniania pól używano coraz więcej, a sieć kanałów była coraz rozleglejsza, mimo iż powstawało coraz więcej studni, a deszcz padał mniej intensywnie niż wynosi średnia dla ubiegłego wieku, poziom wód gruntowych nie spadał, a rósł.

Przebadał to właśnie zespół Donalda Johna MacAllistera z British Geological Survey w Edynburgu, a wyniki opublikował w „Nature Geoscience”. Brytyjski hydrogeolog doszedł do zaskakujących wniosków po tym, jak skompilował, a poźniej przeanalizował dane o poziomie wód gruntowych obejmujące czas od 1900 do 2010 r. Nikt jeszcze nie przyglądał się pod tym kątem terytorium tak rozległemu i w tak wielkiej skali czasowej.

Nieszczelności nie były skutkiem świadomego działania konstruktorów, ale za ich sprawą powstał największy nieinwazyjny dla przyrody system nawadniający. I to w regionie od wieków eksploatowanym rolniczo w sposób wyjątkowo intensywny. Kłopoty ze spadającym poziomem wód gruntowych nie zaczęły się wtedy, kiedy w regionie pojawili się Brytyjczycy, nie po uzyskaniu przez Indie niepodległości, a dopiero pod koniec ubiegłego wieku.

Na zubożenie warstw wodonośnych miał zapewne jakiś wpływ spadek ilości opadów deszczu niesionego monsunami. Przypuszczalnie zaś zasadnicze znaczenie ma fakt, że woda do nawadniania pól pobierana jest dziś z licznych studni głębinowych i rozprowadzana bezpośrednio, z pominięciem systemu dziurawych kanałów. W efekcie ten wodny akumulator nie ma jak się doładować. Perfekcjonizm i brak zaufania do ukrytej mądrości dawnych rozwiązań ma swoją konkretną cenę.

Reklama

Reklama