Dagomir Kaszlikowski / pulsar
Struktura

Siła nieczysta fizyki: Cohiba od Fidela

Demon Maxwella leci w kulki i wespół z Wernerem Heisenbergiem wyjaśnia paradoksy mechaniki kwantowej. Opowiadanie naukowo-fantastyczne.

Nie rzuca szamańskich zaklęć w przestrzeni Hilberta, nie chce się zamknąć i rachować, szuka piękna. Także w sztuce. „Nauka i sztuka to jest dokładnie to samo. Nie widzę żadnych różnic”. Posłuchaj podkastu – spotkania z autorem opowiadania.

Spotkanie z Demonem Maxwella mam o północy czasu singapurskiego. Wybiera macdonalda przy Shenton Way – ulicy w południowej części dzielnicy finansowej. Godzina mieści się w ramach moich wyobrażeń o demonach, ale lokal? Dlaczego nie stylowy japoński bar z rybą fugu albo coś w tym rodzaju?

– Lubię McSpicy – mówi z ustami pełnymi smażonego kurczaka, a po koziej bródce spływa mu majonez. Wyciera go lewym mankietem różowego garnituru od Armaniego. – Gotowy jesteś grać?

Kiwam głową.

– Sehr gut! – bierze spory łyk coli, beka i kładzie na stole trzy czarne pudełka. Zalatuje mi to tanią sztuczką magiczną. Zapewne tracę czas.

– Panie i Panowie! – odchyla głowę i zastyga w tej pozie, jakby słuchał wyimaginowanego werbla. – Przedstawiam wam pudełka Speckera!

– I po co ta egzaltacja? – Zaczynam się niecierpliwić.

– Wedle życzenia. Gra jest prosta. W jednym z trzech pudełek jest kulka. Jeśli otworzysz dwa puste pudełka, wygrywasz. Gdy w jednym z nich jest kulka, przegrywasz – wyłuszcza Demon.

– Człowieku, zwabiłeś mnie tutaj o północy, żeby pokazać mi tę tandetę? – Zbieram się do wyjścia, ale Demon chwyta mnie pod ramię. Wygląda na zdesperowanego.

– To nie jest tandeta. To ósmy cud świata.

– Elvis jest ósmym cudem świata. – No bo jest, nie?

– Masz racje. Ale pozwól mi skończyć. Nie pożałujesz.

Trochę mi żal faceta w różowym garniturze, który myśli, że jest Belzebubem. Siadam znów przy stoliku.

– No, otwórz dwa puste pudełka. Trzymam ręce z dala od stołu – mówi Demon, kręcąc dłońmi w powietrzu w błazeńskim geście uczciwości.

Wyobrażam sobie te pudełka jako ciąg trzech liczb, gdzie 1 reprezentuje pudełko z kulką, a 0 puste pudełko. Są tylko trzy możliwości: 100, 010 i 001. Jeśli wybiorę lewe i środkowe pudełko, jest tylko jedna zwycięska kombinacja 001. Powinienem więc wygrać raz na trzy przypadki, lub średnio w trzydziestu trzech procentach.

– W porządku. – Otwieram dwa sąsiadujące ze sobą pudełka z prawej.

– Przegrałeś! – Demon wskazuje na czerwoną kulkę w środkowym pudełku.

– Pewnie. Mam małe szanse, ale jeśli zagram wiele razy, kiedyś wygram.

Kein problem, mam czas – mówi Demon. Wkłada kulkę do jednego z pudełek i przetasowuje je z diabelską szybkością. Kończy, znowu pokazuje mi puste ręce i odsuwa krzesło od stołu, pod który zaglądam, żeby sprawdzić czy jest tam jakiś ukryty mechanizm. Nie ma.

Tym razem wybieram inne pudełka, ale znowu przegrywam. – Tasuj pan!

– Z przyjemnością! – mówi z cynicznym uśmieszkiem.

***

Zerkam na zegarek. Gram już w te przeklęte pudełka od trzech godzin, otworzyłem je jakieś trzy tysiące razy i ani razu nie wygrałem. Wyglada na to, że czerwona kulka wie dokładnie, które pudełka otworzę i materializuje się tylko w nich.

– To nie jest niemożliwe, ale demonicznie nieprawdopodobne – mamroczę pod nosem.

– Powiedz, jakie jest prawdopodobieństwo tylu przegranych z rzędu? – pytam głośno.

– Prawie zerowe, ale nie równe zeru.

Taki brak szczęścia zakrawa na cud, więc coś jest nie tak. – No dobra, chwyciłem przynętę.

– Czas na dymka – mówi Demon i kieruje się do wyjścia.

***

Stoimy w ciemnej alejce, wciśniętej pomiędzy drapacze chmur przypominające pudełka Speckera, które zostawiliśmy w macdonaldzie. Demon zaciąga się opasłą Cohibą, wypuszcza chmurę dymu i patrzy jak rozpływa się w wilgotnym tropikalnym powietrzu.

– Dostałem ją od Fidela, zanim wykorkował.

– Człowieku, nie mam czasu na wspomnienia. – Poza tym palenie w miejscu publicznym w Singapurze kosztuje tysiąc dolarów. A kamery są wszędzie.

– Dobra, dobra – mówi i przez chwilę wydaje mi się, że widzę czerwone błyski w jego ciemnych jak noc oczach. – Twoje obliczenia są poprawne. Jeśli gra się dostatecznie długo, jest duża szansa, że nie znajdzie się kulki. Jednak ty zawsze ją znajdowałeś. ZAWSZE. To tak, jakbyś widział dym powracający do cygara. Ale do rzeczy. W twoich obliczeniach założyłeś coś bardzo istotnego o kulce. To założenie jest tak oczywiste, że do głowy by ci nie przyszło jego zakwestionowanie.

– Założyłem tylko, że nie oszukujesz. Reszta to prosta matematyka.

– Czyżby?

Jawohl!

Demon wyrzuca wypalone cygaro i wyciąga monstrualnego Churchila. – Od Winstona – wyjaśnia. – Ale do rzeczy. Założyłeś, że kulka jest w jednym z pudelek, czyż nie tak?

– Oczywiście. Kulka istnieje, więc zawsze jest w którymś pudełku. Przecież ciągle ją znajduję, nawet kiedy nie chcę.

– Jest tutaj pewna subtelna różnica… – Demon odgryza końcówkę cygara i wypluwa ją na ulicę, a ja rozglądam się nerwowo, bo 500 dolców za śmiecenie. – … między znalezieniem kulki w pudełku po jego otwarciu, a założeniem, że kulka była w pudełku przed jego otwarciem.

– Bezsens.

– A znajdywanie kulki za każdym razem ma sens?

No cóż, małe prawdopodobieństwo I bezsens to dwie różne rzeczy, ale to prawda, że pudełka Speckera są wysoce podejrzane.

– Twoje założenie o istnieniu kulki prowadzi do trzech możliwości: 100, 010 i…

– … 001. Nie musisz mi robić wykładu – przerywam zirytowany.

– Wiem, że wiesz. Ale to nie wyjaśnia zachowania tych pudełek, jak się boleśnie przekonałeś.

Dagomir Kaszlikowski/pulsarGra jest prosta. W jednym z trzech pudełek jest kulka. Jeśli otworzysz dwa puste pudełka, wygrywasz. Gdy w jednym z nich jest kulka, przegrywasz.

– Za każdym razem otwierałem dwa pudełka i zawsze znajdowałem kulkę. A jeśli kulka istnieje, to powinnny być możliwe wszystkie trzy kombinacje. Czasami powinienem znajdywać dwa puste pudełka.

– Tak jest.

– Pudełka muszą mieć jakiś ukryty mechanizm, który transportuje kulkę z zamkniętego do jednego z tych, które otworzyłem, jeśli jeśli nie było jej tam wcześniej. – Jestem sam zaskoczony złożonością tego zdania.

– Nie ma żadnego mechanizmu. Sam sprawdziłeś, co nie?

Czuje się jak w szpitalu psychiatrycznym. – Muszę otworzyć trzy pudełka na raz.

– Nie możesz – mówi Demon i jego oczy są teraz bez żadnych wątpliwości czerwone.

– Jak to nie mogę?

– Matka Natura nie pozwala.

– No to zobacz! – idę z powrotem do macdonalda.

***

Pudelka leżą na stole tak jak je zostawiliśmy.

– Co spodziewasz się zobaczyć? – Demon znienacka szepcze mi w ucho. Przysięgam, że nie słyszałem, żeby za mną szedł. Sięgam po dwa pudełka i… – Pomóż! – mówię, wskazując brodą na trzecie pudełko. Demon kręci głową.

Próbuję chwycić trzecie pudełko zębami, ale jakoś mi nie wychodzi. – Do diabła z tą farsą! Nie mogę uwierzyć w to, co się tutaj dzieje.

– Ale to się dzieje. Taka jest rzeczywistość… albo jej brak.

Odrywam wzrok od pudełek i patrzę na Demona, który jest teraz starszym mężczyzną z krzaczastymi brwiami, ubranym w tweedową marynarkę z lat trzydziestych i manierami niemieckiego akademika.

– Fizycy kwantowi walcują z tym szaleństwem w każdym eksperymencie z atomami. Nazywamy to komplementarnością – mówi z przesadnie twardym niemieckim akcentem, dokładnie takim, jakiego się spodziewałem u kiepskiego aktora.

– Z kim mam przyjemność? – pytam, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

– Nazywam się Heisenberg. Werner Heisenberg.

– Niech to… Co za zaszczyt!

– Kawa?

– Bardzo chętnie.

Filiżanka materializuję się na stole, wbrew zasadzie zachowania energii i kto wie czego tam jeszcze. Heisenberg zaczyna swój wykład.

– Potrzebujemy specjalnych urządzeń, żeby obserwować atomy. Różne urządzenia służą do różnego rodzaju obserwacji. Jeśli chcemy znaleźć położenie atomu, używamy aparatury. Nazwijmy ją X. Gdy chcemy znaleźć jego prędkość, potrzebujemy innego urządzenia. Nazwijmy je P. – Sięga do kieszeni marynarki, wyciąga dwa pudełka (jedno oznaczone litera X a drugie literą P), i kładzie je na stole. – Nie istnieje urządzenie, które zdoła mierzyć zarówno położenie, jak i prędkość atomu. Możemy otworzyć i zajrzeć tylko do jednego pudełka na raz. To jest jedna z fundamentalnych zasad teorii kwantów zwana komplementarnością.

– Jakie jest jej znaczenie? – Wciąż nie widzę ścisłego związku z pudełkami Speckera poza tym, że nie mogę otworzyć trzech na raz.

– Znaczenie jest szalenie proste. Atom przed obserwacją nie ma ani pozycji, ani prędkości. Gdyby miał, moglibyśmy je obserwować, czyli otworzyć pudełka X i P jednocześnie.

– Sugeruje pan, że obserwacja kreuje pozycję albo prędkość atomu?

– Można tak powiedzieć.

– Okej. A dlaczego trzy pudełka, a nie dwa?

– Dla prostszego wyjaśnienia tego atomowego szaleństwa, które odkrył mój szanowny kolega Ernst Specker.

– Aha! Więc kulka nie ma pozycji przed otwarciem pudełek. Stwarza pozycje w taki sposób, że zawsze przegrywam.

Werner kiwa głową zadumany i nagle zerka na coś za moimi plecami. Zaintrygowany odwracam się, ale widzę tylko starszą Chinkę, pracowniczkę macdonalda, czekająca na klientów, zupełnie nieświadomą niezwykłych wydarzeń rozgrywających się przed jej oczami. – Czyli rolą komplementarności jest… – przerywam zaskoczony widokiem Demona i jego straszliwego garnituru. Siedzi za stołem, na miejscu Heisenberga jak gdyby nigdy nic.

– Komplementarność to kosmiczne oszustwo – oznajmia z nutką rozczarowania.

– Dlaczego? Tak już po prostu wedle fizyków kwantowych jest.

– Oszustwo. Niemożność otwarcia trzech pudełek jest sposobem na ukrycie realności kulki. Albo atomów.

– W pewnym sensie tak i w pewnym sensie nie, bo kulka jest realna, kiedy się ją w końcu zobaczy. – Chrząkam. – Jak ty to zrobiłeś? Lateksowa maska i podwójny garnitur jak w Mission Impossible ?

– Widzę, że przeszedłeś do porządku dziennego nad tą zagadką rzeczywistości. Podziwiam, podziwiam, spokój umysłu.

– Co masz na myśli?

Demon rozgląda się i szepcze – Te nierealnie realne atomy tworzą także ciebie.


Drugie opowiadanie Dagomira Kaszlikowskiego „Ket z Żywego trupa” znajdziesz tutaj, trzecie „Teleportacja à la Che” – tutaj.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną