Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Wlodzimierz Wasyluk / Forum
Struktura

Andrzej Sosnowski: Gość zakamarków po przejściu walca czasu

Cudowne passusy, które poświęca hasłu „science has failed”, rozciągają jego refleksje ku widmowej postaci Isacca Newtona, o której rzecze: „Jest jednym z nas?”. Oto jest pytanie stawiane współczesnym, ludziom z taksydermii, istotom wypchanym szklaną watą pustki i zawieszonym w nieważkości świata płynnej ponowoczesności, która oddycha „eterem pieniądza”.

Istnieją w polskiej literaturze – i chyba szerzej w humanistyce – zjawiska nad wyraz nieoczywiste, trudne do przyporządkowania gatunkowego, wymykające się taksonomii literackich rodzajów. Upostaciowione w konkretnych książkach natrafiają na recenzencką niemoc, niezrozumienie, by nie powiedzieć na ignorancję przemilczenia lub – co gorsze – łatwej emfazy. W tego rodzaju czeluść niszy i głębokiego marginesu od lat wpada twórczość Andrzeja Sosnowskiego. Potężny paradoks recepcji jego książek polega na balansie między entuzjazmem a konsternacją. Właściwie od momentu debiutu „Życiem na Korei” w 1992 r., Sosnowski zajmuje pierwsze miejsce na pudle hierarchii i historii literatury, które ustanawia sam dla siebie.

***

Najlepszy przykład takiego, autorskiego ustawienia wobec tradycji, jest jego książka „Najryzykowniej”. Zebrał w niej najważniejsze teksty krytyczne, popełnione głównie dla „Literatury na Świecie”, której jest wieloletnim redaktorem. W dużej mierze szkice poety to brawurowe quasi-traktaty filozoficzno-poetyckie, w których przybliża polskiemu czytelnikowi bliskie sobie poetyki i autorów, którzy swoją twórczością zaciążyli na obrazie literatury swoich czasów. Lista ulubieńców Sosnowskiego obejmuje nazwiska tak różne, jak Artur Rimbaud i Raymond Roussel, Ronald Firbank i Ezra Pound, Rafał Wojaczek i Bohdan Zadura. Sporo miejsca poświęca również działalności przekładowej Stanisława Barańczaka i filozoficznym wysłowieniom Jacquesa Derridy. Co jednak łączy wszystkie te teksy? Sam język krytyki Sosnowskiego i jego niepowtarzalna umiejętność prowadzenia swobodnej medytacji na marginesie głównego nurtu wywodu oraz ekstrawagancki gest „odsłonięcia” kuchni własnej twórczości.

Warszawski poeta jak mało kto we współczesnym piśmiennictwie krytycznym opanował do perfekcji umiejętność odczytywania kodów i generalnych strategii literackich ze strzępków wypowiedzi, z marginaliów i zapoznanych gestów pozaliterackich. Tak jest w fundamentalnym tekście o „ukłonie Goethego w Cieplicach”, który staje się przyczynkiem do nakreślenia zasadniczego napięcia i aporii określającej stosunek słów do rzeczy oraz relacji wiążącej otchłań figur retorycznych z otchłanią metafizyki i religii. Inne z zamieszczonych w „Najryzykowniej” tekstów pokazują, jak ewoluowały same zainteresowania Sosnowskiego. Pomimo że książka jest ułożona nielinearnie, a czas powstawania kolejnych szkiców dzielą dekady, czytelnik ani przez moment nie zauważa różnicy na werbalnym poziomie krytycznej wypowiedzi. Sosnowski nie zna kategorii potknięć i nieścisłości, obca jest mu „gadatliwość” interpretacyjna, stroni od emocjonalnych uniesień nawet wtedy, kiedy pisze o tak szanowanych przez siebie autorach, jak John Ashbery, Elizabeth Bishop, Rafał Wojaczek czy Bohdan Zadura.

Jego krytyka to nieustające pasmo intelektualnych wyzwań, przy których czytelnik może czuć się nieco strapiony. Cóż z tego, skoro nie można przed nimi skapitulować – wszelako możliwość spotkania z literaturą na poziomie daleko odbiegającym od gazetowego pustosłowia zdarza się faktycznie rzadko. „Najryzykowniej” to oczywiście skarbnica wiedzy o literaturze minionych stuleci. Otwarte pozostaje pytanie, na ile książka ta może być przydatna w rozszyfrowaniu enigmy, jaką jest oryginalna twórczość samego Sosnowskiego. Wydaje się, że jest ona rodzajem lekturowego przystanku, retardacją momentu interpretacyjnej pewności w obcowaniu z wierszem, który wynalazł dla polszczyzny Sosnowski. Poeta jak ognia unika zdań, sugerujących ostateczne „zrozumienie” opisywanych przez siebie autorów. Dla Sosnowskiego „rozumienie” jest najwidoczniej rodzajem spektakularnej mistyfikacji, która objawia się najgwałtowniej poprzez wszelakie ideologie i „idee”, regulujące sposób lektury dzieła literackiego. Stąd sam pisze swój wiersz tak, żeby nie podpadał pod szybkie i zawsze chybione rozpoznania, zamykające tekst w szufladzie z odpowiednią etykietką: „postmodernizm”, „estetyzm”, „nihilizm”, „lingwizm” itp. Andrzej Sosnowski w „Najryzykowniej” faktycznie wyprowadza czytelnika ponownie w przestrzeń ontologicznej niepewności, która najpełniej wyraża się w tekstach „ciemnych”, „niezrozumiałych”, „ryzykownych”. W tekstach nienacechowanych, niebędących funkcjonalną trybuną manifestowania się gładkich i zwyczajowo banalnych prawd. Sosnowski wie, że „nazwane przestaje być groźne” i dlatego najryzykowniej w świecie literatury pseudonimuje jeszcze ryzykowniejszy świat pozaliteracki.

***

Wspominam książkę sprzed lat, gdyż jest ona ważnym punktem odniesienia dla większości awangardowych gestów polszczyzny, realizowanych przez mniej lub bardziej zafascynowanych Sosnowskim autorów i autorek. Z pełną odpowiedzialnością piszę „zafascynowanych nim”, a nie tylko jego literaturą, gdyż Sosnowski jest rodzajem synonimu integralności litery pisma i litery życia. Zawsze podejrzewałem jego pisarstwo o mimetyczną i egzystencjalną skłonność, choć całe ono jest produkowane przez diaboliczny agregat autorskiej wyobraźni i konglomerat różnych konwencji pisarskich. To w efekcie daje oryginalne brzmienie języka, którego nie da się pomylić z nikim innym.

Przybył Sosnowski do polskiej kultury z „innych tradycji”, przyniósł z sobą ożywczą bryzę wpływów i lektur zaoceanicznych, anglosaskich i rzecz jasna radykalną fascynację największym kameleonem muzyki, czyli Davidem Bowie. Powracam do „Najryzykowniej”, gdyż właśnie Sosnowski „przeszedł sam siebie” publikując miesiąc temu książkę „Elementaże” – pisaną z rażącym, tytularnym błędem „antysummę” zapisów autobiograficznych i autointerpretacyjnych.

Czego tu nie ma! Nie ma tu wszystkiego! Są fragmenty czasu odnalezionego – wariacje na temat wielkiego dzieła Marcela Prousta. Zapisy o charakterze tak zaawansowanej dekonstrukcji podmiotowości pisarskiej, że na dobrą sprawę czytelnik rzucany jest między psychoanalityczną kozetką a obozem harcerskim w głębokich latach 70., gdzieś na mazurskim zadupiu. Sosnowski (rocznik 1959) najryzykownej jak się da, wszedł w zakamarki pamięci tyleż własnej, co odziedziczonej po fantasmagorycznym przejściu walca czasu. Tego robiącego „z nas” ofiary nieciągłych wspomnień, układanych w urojone kontinuum życia psychicznego, którego rekonstrukcja jest przecież obłędną idée fixe całej literatury „po Prouście”. Jednocześnie jeszcze nigdy poeta nie pisał w sposób tak klarowny i prostoduszny. Szczerze mówiąc, zrywałem boki, czytając anegdotki z dzieciństwa Sosnowskiego. A przecież wszystkie one układają się w dramatyczny i ciemny moment inicjalny, w którym odkrywa się GROZĘ życia, a przede wszystkim własną predestynację do prowokowania katastof różnych samounicestwień. Dawno nie zdarzyło mi się czytać tak przekonującej intelektualnie introspekcji. Skreślona została ręką fachowca od literatury, przekładu, filozofii i – co zasadnicze – przez gargantuicznego sceptyka, który powątpiewa w każde podglebie ideowe, po którym moglibyśmy odbyć życiowy spacerek. Cudowne passusy, które poświęca hasłu „science has failed” rozciągają jego refleksje ku widmowej postaci Isacca Newtona, o której rzecze: „Jest jednym z nas?”. Oto jest pytanie stawiane współczesnym, ludziom z taksydermii, istotom wypchanym szklaną watą pustki i zawieszonym w nieważkości świata płynnej ponowoczesności, która oddycha „eterem pieniądza”.

***

Trudno o „Elementażach” pisać w trybie entuzjazmu lub oniemienia. Dlatego najlepiej cytować do upadłego, bo jest to książka będąca podzwonnym nie tylko dla życia, grawitacji i logosu, ale również dla poezji, którą stworzył Sosnowski:

„Opowiadamy więc w gruncie rzeczy historię o tym, jak składane wciąż jeszcze w dobrej wierze poezje przestały być na czasie, to znaczy, jak sam czas en masse posłał je na lokalne, gminne drogi dojazdowe, niby w historycznych taczkach czy wywrotkach wypełnionych banknotami po jakimś wielkim krachu. Można by tę opowieść zacząć też od »prawdziwej« poezji, przypominając, że kiedy Mallarmé szczęśliwie nie zdołał poddać języka całkowitej hibernacji (nie potrafił zdecydować, czy ma to być ciekły azot, suchy lód czy ciekły hel) – podobnie dodekafonistom nie udało się sparaliżować ruchu: w obu wypadkach poniekąd »science has failed« – już od pewnego czasu nieubłaganie szło epokowe ocieplenie i słowa wykazywały narastającą tendencję, aby spływać stąd i spadać jak woda po roztopach, albo wręcz od razu, z pominięciem stanu ciekłego, przechodzić w stan gazowej sublimacji. »Heat is life«. Nie minęło sto lat, a termodynamiczna strzałka czasu miała najzwyczajniej w świecie wymuszać zjazd potencjalnie sprawnych nośników wyrazu na bajeczną superautostradę, gdzie znaczące prędkości rozwijały już tylko wszelkiego rodzaju oferty. Komunikaty! Oferty, komunikatory, emotikonki, motywatory, krótkie wiadomości tekstowe, demotywatory, portale, notowania, profile, memy, postmemy, neomemy, posty, tagi, chmury tagów, wpisy chit-chat-chit-chat, twat, tweet i twit, chirpy chirpy chip chip. Czyżby globalna wioska? Nie, kurnik globalny. I tak jak w zakończeniu komedii przyjemnie nas otrzeźwia i uspokaja pełna rehabilitacja nieprzeobrażonej przeciętności życia, tak i tu cieszy powszechność trybu działania może nieszczególnie frapujących, ale za to praktycznie niepoliczalnych, udanych komunikatów, zawdzięczających błyskawiczną skuteczność cyfrowo uwolnionej mobilności znaków i słów, z których sto lat temu spadły ostatnie liryczne stroje, heroiczne zbroje i tragiczne maski: długa historia natchnionej fanfaronady etap po etapie zbliża się do końca”.

Koniec cytatu na dziś i na jutro, o którym widmowy Newton z książki Sosnowskiego powie: „I’m done with this life”.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną