Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Struktura

Życie w mieście ma swoją cenę. Zmienia mózg, a ten funduje nam depresję, stany lękowe i nie tylko

Wymiary przestrzeni: Ogłuszające logarytmy
Struktura

Wymiary przestrzeni: Ogłuszające logarytmy

Nagły ryk pojazdu na ulicy stał się codziennością polskich miast. Walka z tą modą jest nieskuteczna, bo nie umiemy opisywać hałasu.

Jeszcze na początku XIX w. w miastach mieszkało zaledwie 6 proc. ludności świata. Dziś, jak raportuje ONZ, przekroczyliśmy punkt krytyczny – ponad połowa ludzi to mieszkańcy terenów zurbanizowanych. Odsetek ten wzrośnie do 70 proc. do 2050 r. Z perspektywy ewolucyjnej to mgnienie oka, zbyt krótkie, by nasza biologia zdążyła się zaadaptować. [Artykuł także do słuchania]

Jeszcze na początku XIX w. w miastach mieszkało zaledwie 6 proc. ludności świata. Dziś, jak raportuje ONZ, przekroczyliśmy punkt krytyczny – ponad połowa ludzi to mieszkańcy terenów zurbanizowanych. Odsetek ten wzrośnie do 70 proc. do 2050 r. Z perspektywy ewolucyjnej to mgnienie oka, zbyt krótkie, by nasza biologia zdążyła się zaadaptować.

Mózg człowieka, przystosowany do działania w niewielkich grupach i reagowania na konkretne zagrożenia w naturze, w nowoczesnej metropolii znajduje się w stanie ciągłego oblężenia. Dziś medycyna dysponuje twardymi dowodami na to, że życie w mieście fizycznie zmienia strukturę i funkcjonowanie ludzkiego mózgu, czyniąc go podatniejszym na dysfunkcje.

Nasze mózgi w środowisku miejskim uruchamiają odmienny wzorzec aktywności poszczególnych struktur niż podczas kontaktu ze środowiskiem naturalnym. Na określenie tego rodzaju adaptacji do życia w mieście wprowadzono termin „urban brain” – mówi dr hab. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta z ponad 20-letnim doświadczeniem.

Czytaj też (Polityka): Dżakarta, Dhaka, Tokio. Świat prędko się zabudowuje i zaludnia. Co się stanie z wsiami?

Bangkok, TajlandiaShutterstockBangkok, Tajlandia

Wielkomiejski spleen

Przez lata psychiatrzy jedynie podejrzewali, że „wielkomiejski spleen” to coś więcej niż zmęczenie korkami czy hałasem. Brakowało jednak twardego dowodu. Przełom nastąpił, gdy międzynarodowy zespół naukowców postanowił zajrzeć w głąb czaszek mieszkańców metropolii za pomocą rezonansu magnetycznego (fMRI). Mowa o badaniu, którego wyniki opublikowano w 2011 r. na łamach „Nature”. Zespół pod kierunkiem prof. Andreasa Meyer-Lindenberga z uniwersytetu w Heidelbergu przeprowadził eksperyment, który obnażył bezbronność naszych neuronów.

Ochotników poddano tzw. stresowi społecznemu. Leżąc w skanerze fMRI, musieli rozwiązywać skomplikowane zadania matematyczne, poganiani i krytykowani przez personel. To symulacja sytuacji, w której czujemy, że tracimy kontrolę i jesteśmy oceniani – codzienność w korporacji czy tłumie. U osób mieszkających w mieście w odpowiedzi na stres gwałtownie aktywowało się ciało migdałowate. To pierwotna struktura mózgu odpowiadająca za wykrywanie zagrożeń i generowanie lęku. U badanych z miasta okazała się nadwrażliwa, wszczynając alarm znacznie łatwiej niż u osób ze wsi.

Jeszcze bardziej niepokojące zjawisko zaobserwowano u osób, które w mieście spędziły dzieciństwo i okres dorastania. U nich zmiany dotyczyły przedniej części zakrętu obręczy (pACC), odpowiedzialnej za regulację emocji i hamowanie reakcji stresowej. Badanie wykazało, że miejskie dzieciństwo trwale zmienia komunikację między tą strefą a ciałem migdałowatym. Bezpiecznik, który powinien wyłączać lęk, działa gorzej.

W latach 2022–23 naukowcy z berlińskiego Uniwersytetu Humboldtów i z kliniki Charité przyjrzeli się temu zjawisku w szerszej skali. Potwierdzili, że dorastanie w środowisku miejskim jest niezależnym, potężnym czynnikiem ryzyka nie tylko zaburzeń lękowych, lecz także schizofrenii. Zauważyli, że nie wynika to z samej gęstości zabudowy, ale z tzw. stresu społecznego. Anonimowość tłumu paradoksalnie idzie w parze z poczuciem bycia nieustannie obserwowanym i ocenianym, co dla mózgu stanowi sygnał ciągłego zagrożenia. Układ nerwowy, bombardowany tymi sygnałami przez lata, w końcu ulega przebodźcowaniu, a stąd już tylko krok do poważnych dysfunkcji psychicznych.

Temat wpływu urbanizacji na zdrowie psychiczne był w ostatnich latach szeroko dyskutowany w ramach Europejskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, m.in. w 2025 r. podczas kongresów i w publikacjach eksperckich, w których uczestniczył prof. Błażej Misiak z Katedry i Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – U pacjentów wychowanych w dużych miastach częściej obserwuję pierwsze epizody psychozy, zaburzenia afektywne z objawami psychotycznymi, zaburzenia lękowe i problemy związane ze stresem, presją edukacyjną i zawodową czy sytuacją mieszkaniową. Różnice wynikają nie tylko z samej „miejskiej ekspozycji”, lecz z całego pakietu czynników: zasobów, stresorów, kultury i dostępności opieki – uważa badacz.

W literaturze coraz częściej pojawia się pojęcie urbanome, termin analogiczny do genomu, oznaczający kompletny zestaw czynników miejskich, które oddziałują na człowieka. Eksperci zauważają, że to nie sam hałas, nie sam smog i nie samo zagęszczenie ludności niszczą naszą psychikę. Problemem jest ich synergia. Urbanome to skomplikowana sieć powiązań, w której brak zieleni wzmacnia stres wywołany hałasem, a zanieczyszczenie powietrza osłabia bariery ochronne mózgu, czyniąc go bardziej podatnym na społeczną izolację.

Czytaj też (Polityka): Oddychać najlepiej rano. Tak się żyje w mieście z najgorszym powietrzem w Polsce

Nowy Jork, USAShutterstockNowy Jork, USA

Smog, hałas i inne neurotoksyny

Metaanalizy badań epidemiologicznych sugerują wzrost ryzyka depresji i zaburzeń lękowych w gęsto zaludnionych obszarach miejskich o 39 proc. Miasto uwypukla nierówności społeczne. To w dzielnicach o gorszej infrastrukturze, pozbawionych parków i narażonych na hałas komunikacyjny, urbanome wykazuje najwyższą toksyczność. Psychiatrzy argumentują, że w obliczu nieuchronnej urbanizacji planowanie przestrzenne przestaje być domeną architektów, a staje się kwestią zdrowia publicznego. Musimy zacząć projektować miasta z uwzględnieniem ich wpływu na układ nerwowy. A nie jest to proces intuicyjny, jak się okazuje.

W 2021 r. zespół holenderskich naukowców pod kierunkiem Junusa van der Wala przeanalizował dane ze 191 krajów, szukając wzorców w występowaniu zaburzeń psychicznych. Wyniki okazały się zaskakujące – związek między urbanizacją a wyższym rozpowszechnieniem powszechnych zaburzeń psychicznych jest nieliniowy. Niekoniecznie im większe miasto, tym gorsze zdrowie psychiczne mieszkańców – niektóre poziomy urbanizacji niosą większe ryzyko niż inne. To odkrycie podważa proste rozumowanie „wieś dobra, miasto złe” i wskazuje, że diabeł tkwi w złożoności miejskiego środowiska. Na przykład gdy mówimy o stresie miejskim, najczęściej myślimy o pośpiechu i tłoku. Ma on jednak również bardziej namacalny wymiar. Smog i hałas to nie tylko uciążliwość, to neurotoksyny.

Jeszcze do niedawna wpływ zanieczyszczeń powietrza łączono głównie z chorobami płuc i serca. Ten paradygmat zmieniły badania opublikowane w 2023 r., w tym głośna praca zespołu pod kierunkiem Teng Yanga. Naukowcy przeanalizowali dane z UK Biobank, gigantycznej bazy medycznej obejmującej pół miliona osób. Wyniki opublikowane na łamach „JAMA Psychiatry” są alarmujące: długotrwała ekspozycja na pyły zawieszone PM2.5, nawet przy stosunkowo niskich stężeniach, jest mocno skorelowana ze wzrostem ryzyka wystąpienia depresji i stanów lękowych.

Mechanizm tego zjawiska jest już znany. Cząsteczki PM2.5 są tak małe, że po dostaniu się do płuc mogą przenikać do krwiobiegu, a stamtąd pokonywać barierę krew-mózg. W rezultacie dochodzi do neuroinflamacji, przewlekłego stanu zapalnego mózgu. Obecność toksycznych cząsteczek zaburza produkcję neuroprzekaźników i niszczy połączenia nerwowe.

Groźny jest też hałas. W miastach cisza stała się towarem luksusowym, a nasz mózg nigdy w pełni nie odpoczywa. Potwierdzają to duńskie badania kohortowe, które uchodzą za jedne z najbardziej precyzyjnych na świecie. Dr Manuella Lech Cantuaria z Uniwersytetu Południowej Danii w analizach opublikowanych w „British Medical Journal” wykazała bezpośredni związek między hałasem komunikacyjnym a demencją. Badania aktualizowane w 2023 r. dowodzą, że osoby mieszkające w pobliżu ruchliwych dróg i torów kolejowych są znacznie bardziej narażone na rozwój choroby Alzheimera i otępienia naczyniowego. Hałas działa podstępnie – nawet jeśli nam się wydaje, że przywykliśmy do dźwięków miasta, nasz mózg wciąż je rejestruje, wyzwalając hormony stresu (głównie kortyzol). To z kolei spłyca sen i zaburza nocny proces „czyszczenia” mózgu z toksyn metabolicznych.

Beijing (Pekin), ChinyShutterstockBeijing (Pekin), Chiny

Na wsi będzie nam lepiej?

Czy musimy zatem przeprowadzać się na wieś, by ratować zdrowie psychiczne? Odpowiedź naukowców jest przecząca. Miasto nie musi być wrogiem, jeśli przestaniemy traktować zieleń jako element dekoracyjny, a uznamy ją za kluczową infrastrukturę medyczną. W globalnej debacie o zdrowiu psychicznym pojawił się konkretny wzór matematyczny na uzdrowienie metropolii.

Koncepcja znana jako „3-30-300” została sformułowana przez prof. Cecila Konijnendijka z Nature Based Solutions Institute. To prosty algorytm urbanistyczny: każdy mieszkaniec powinien widzieć ze swojego okna przynajmniej trzy drzewa, każda dzielnica powinna być zazieleniona na minimum 30 proc. powierzchni, a każdy obywatel powinien mieć nie więcej niż 300 m do najbliższego parku lub terenu rekreacyjnego.

Przez pewien czas była to jedynie atrakcyjna teoria, jednak w 2023 r. zyskała zdecydowane potwierdzenie empiryczne. Zespół naukowców z Instytutu Zdrowia Globalnego w Barcelonie (ISGlobal) pod kierownictwem dr. Marka Nieuwenhuijsena postanowił sprawdzić, czy ta „zielona formuła” faktycznie działa na ludzki mózg. Badanie na próbie ponad 3 tys. mieszkańców Barcelony dostarczyło silnych przesłanek empirycznych: osoby, których miejsce zamieszkania spełniało wszystkie trzy warunki reguły, wykazywały zdecydowanie lepszą kondycję psychiczną.

Co jeszcze możemy zrobić? – Włączyć zieloną infrastrukturę miejską do systemu ochrony i promocji zdrowia – zachęca dr inż. Agnieszka Olszewska-Guizzo, architektka krajobrazu i przewodnicząca organizacji pozarządowej NeuroLandscape zajmującej się naukowym badaniem wpływu środowiska na zdrowie psychiczne. – Ten postulat jest obecny już od czasów rewolucji przemysłowej, ale dopiero teraz zaczyna być wdrażany do polityki miejskiej – tłumaczy ekspertka. Proces urbanizacji jest globalny, stabilny i trudny do odwrócenia. Nie uciekniemy z miast. Możemy jednak sprawić, że przestaną „chorować” i przenosić ten stan na swoich mieszkańców.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną