Benjamín Labatut: Myślenie naukowe od czystego szaleństwa często dzieli tylko krok
|
|
Benjamín Labatut (ur. 1980 r.) – pisarz chilijsko-holenderski, autor prozy eseistycznej na pograniczu literatury faktu i fikcji, skupionej na historii nauki i jej mrocznych konsekwencjach. W Polsce ukazały się jego książki „Straszliwa zieleń” i „Maniak”. W swojej twórczości inspiruje się dziełami chilijskiego poety Samira Nazala oraz takich pisarzy jak William S. Burroughs, Roberto Bolańo czy W.G. Sebald. |
TOMASZ TARGAŃSKI: W pańskich książkach, „Maniaku” czy „Strasznej zieleni”, nauka wygląda na obszar nawiedzony przez demony. A ludzie, którzy się nią zajmują, zmagają się z czymś, co wymyka się rozumowi. Skąd ten mrok?
BENJAMÍN LABATUT: Wychodzi z nas, ponieważ jesteśmy gatunkiem nawiedzonym przez własny umysł. Mówię o ciemności albo demonach, bo bardzo trudno określić coś, co pojawia się w chwili, gdy przestajemy rozumieć świat. Te martwe pola, osobliwości, matematyczne aberracje nawiedzały największe umysły epoki, kiedy się okazało, że metoda, w którą wierzyli, której poświęcili życie, zawiodła ich do granicy nie do przekroczenia.
Trudno to zaakceptować, ponieważ nauka miała być remedium na chaos świata. Oczekiwaliśmy, że da nam klarowny obraz rzeczywistości, tyle że coś takiego po prostu nie istnieje. Każde narzędzie, którego używamy do interakcji z rzeczywistością – czy to zmysły, technologia, czy wzory matematyczne – rzuca na nią własny cień. Nawet matematyka jest zainfekowana. Nasze dążenie do czystości prawdy to nieosiągalne marzenie, bo świata nie da się objąć rozumem.
Zejdźmy na moment na poziom konkretu. W jakich sytuacjach ów mrok się pojawia?
Weźmy Karla Schwarzschilda, wybitnego fizyka, który badał teoretyczną możliwość istnienia czarnych dziur. Teoretyczną, bo na początku XX w. mało kto wierzył, że one faktycznie istnieją. Schwarzschild wyliczył, że w samym środku tego obszaru znajduje się osobliwość, czyli punkt, w którym prawa fizyki ulegają załamaniu, a krzywizna czasoprzestrzeni staje się nieskończona. Był przerażony, że coś takiego może naprawdę istnieć. Stawiało to pod znakiem zapytania sensowność ogólnej teorii względności, ale przede wszystkim podważało fundamenty fizyki, ponieważ w tych warunkach traciły sens pojęcia przestrzeni i czasu. Schwarzschild szukał logicznego wyjścia z zagadki, ale go nie znalazł. Umarł niedługo po odkryciu osobliwości, trawiony przez widmo wiecznej pustki, która nie rośnie ani się nie zmniejsza i nie poddaje się wpływowi czasu.
Inny przykład to John von Neumann. Chyba najbardziej błyskotliwy umysł XX w. – autor teorii gier, pionier informatyki i komputeryzacji. Był przekonany, że mając do dyspozycji komputer o odpowiedniej mocy obliczeniowej, można będzie zmatematyzować całe życie: wyrazić w liczbach każdy biologiczny proces i każdą ludzką decyzję. Wtedy, jak sądził, w każdej sytuacji będzie można znaleźć optymalny sposób postępowania.
Jego teoria zakładała jednak istnienie idealnie racjonalnych i logicznych uczestników. Nie było w niej miejsca na ludzką niedoskonałość. Tymczasem normalni ludzie oszukują, zdradzają, zapominają, podejmują nieprzemyślane decyzje. Nawet w sytuacjach, które wymagają chłodnego osądu, zdajemy się na instynkt. Życie to znacznie więcej niż tylko gra liczb. Bogactwa jego struktury nie sposób wyrazić za pomocą równań.
Inny pana bohater to Fritz Haber, genialny chemik, który stworzył i opatentował metodę produkcji nawozów azotowych. Dlaczego on?
Haber uosabia pewien paradoks. To dzięki niemu Niemcy nie umarli z głodu podczas pierwszej wojny światowej, kiedy alianci zablokowali import nawozów. O Haberze mówiło się, że „wydobył chleb z powietrza”, ponieważ jego metoda pozwalała uzyskiwać amoniak z azotu i wodoru. Utrzymanie światowej populacji na obecnym poziomie nigdy nie byłoby możliwe bez tego odkrycia. Jednocześnie ten sam Haber odegrał kluczową rolę w opracowaniu gazu musztardowego użytego pod Ypres w 1915 r. A już po wojnie, jako dyrektor Instytutu Chemii Cesarza Wilhelma, wyprodukował wiele nowych substancji trujących: jedną z nich był wyjątkowo śmiercionośny środek owadobójczy – gaz znany później jako cyklon B. Haber, który sam był Żydem, stworzył zatem narzędzie, którym uśmiercono miliony ludzi w komorach gazowych.
Jego postać świetnie unaocznia fakt, że w nauce nie ma czegoś takiego jak niewinne odkrycia. Każde z nich, nawet pozornie czyste i dobre, może prowadzić do zła. Pisząc o tym i innych przypadkach, nie mogłem przestać myśleć o taoistycznej idei, że nie da się dodać do tego świata nawet jednego fotonu światła, nie dodając tyle samo cienia. Myślimy, że nauka rozświetla otaczający nas mrok, ale zapominamy, że zawsze podąża za nią cień.
Te martwe pola raczej nie są tematem naukowych debat. Jakimi narzędziami w takim razie je badać?
Najbardziej odpowiednim sposobem wydaje mi się właśnie literatura. Tylko ona ma wgląd w niedostępne umysłowi zakamarki naszego życia. I to dzięki niej możemy spojrzeć na niedające się pogodzić paradoksy, które tkwią w sercu nauki. Ta dwoistość – odpowiedzi, które otwierają nowe obszary niewiedzy – jest czymś bardzo ludzkim. Wpisuje się w naszą dramatyczną egzystencję. Jak pokazują losy moich bohaterów, język nauki jest zbyt ubogi, żeby opisać zjawiska, które sam odkrywa.
Dlaczego?
Fizycy zajmujący się naturą czasu czy przestrzeni pewnie nie zgodzą się z tym, co powiem, ale nauka w dużej mierze zajmuje się prawdami tymczasowymi, bo z definicji musi co chwila kwestionować samą siebie. Literatura natomiast szuka prawd wiecznych, związanych z tym, że jesteśmy istotami śmiertelnymi.
Najgłębszych prawd o naszym bycie nie da się jednak ubrać w słowa – one leżą poza symbolami. To kolejny paradoks: próbujemy opisać te prawdy, choć wiemy, że to niemożliwe. Traktuję naukę nie jako jedyną, lecz jedną z wielu symbolicznych prób dotarcia do prawdy. Jest siecią, którą zarzucamy na świat, by go schwytać i pojąć. Są też inne sposoby: mity, opowieści. Nawet dziś, w świecie, który szczyci się swoją logiką i racjonalnością, czasami wolimy interpretować rzeczywistość poprzez obrazy zaczerpnięte z filmów czy wizje autorów science fiction. Naukowy światopogląd współistnieje w nas z fantazjami, snami i zabobonami.
Wbrew temu, co chcielibyśmy sądzić, nasze mózgi to nie superkomputery ze snów Neumanna. Żyjemy w sieci półprawd i projekcji. Zauważmy, że nauka staje się dziwna i pełna paradoksów, gdy zaczyna patrzeć na samą siebie. To są momenty przebudzenia. Umysł, który próbuje poznać sam siebie, natrafia na coś, co nie mieści się w jego aparacie poznawczym. Kiedy laik styka się z funkcją falową, może mówić o niej tylko w jej własnych kategoriach. Ta autoreferencyjność jest również cechą boską, ponieważ bóg jest zarówno źródłem, jak i treścią swojego bytu.
Często odwołuje się pan do ciemności, pisze o demonach. To coś realnego czy tylko figura retoryczna?
Zdecydowanie coś realnego. Jednym z powodów, dla których my, ludzie szeroko pojętego Zachodu, jesteśmy dziś tak zagubieni, jest to, że nie umiemy nadać ciemności właściwego miejsca. Raz po raz dajemy się oślepić światłu, które ma oczyścić świat z mroku. Najpierw było to chrześcijaństwo, później renesans, potem oświecenie i wiara w rozum. Dziś to technologia. Podążamy do tego światła, ale jesteśmy żywymi, cielesnymi istotami: mamy pragnienia, cierpimy i zadajemy cierpienie, jesteśmy chciwi i świadomi własnej śmiertelności.
Kolejną, jeszcze głębszą warstwą mroku jest świadomość, że umysł nigdy nie pozna samego siebie. To nasz największy martwy punkt. Ludzie przednowocześni mieli narzędzia, by się z tymi kwestiami obchodzić: bogów, mity, demony. W tradycji wedyjskiej najciekawszym bogiem jest Śiwa: ciemny, niepojęty, wymykający się rozumieniu. Współcześnie takich przestrzeni jest niewiele. Przy czym, gdy mówię o ciemności, nie mam na myśli zła. To raczej obszar tego, co niepoznawalne i niepomyślane.
Śiwa jest mroczny i nieodgadniony właśnie dlatego, że wymyka się zdroworozsądkowemu pojmowaniu. Większość dawnych kultur umiała zachować kruchą równowagę między światłem a mrokiem, które istniały w symbiozie. Dziś niemal całkowicie wypchnęliśmy symboliczną ciemność z naszego życia. Mimo to ona wraca do nas w postaci snów, niezrozumiałych wizji czy paranoi.
W pana książkach naukowcy dotykają tej ciemności nieoczekiwanie, podążając ścieżką logiki. Czy to właśnie skrajny racjonalizm doprowadził ich na skraj obłędu?
Myślę, że popchnięcie logiki do ekstremum to prosta droga do paranoi. Do tych sytuacji świetnie pasuje określenie „amok”, które oznacza szał wskutek opętania przez demona. To kolejny dowód, że język nauki jest niewystarczający do opisania fenomenów, które odkrywa. Na przykładzie Neumanna widać, co się dzieje, gdy logika dostaje owego „amoku”. Tak powstają totalitarne wizje świata jako wielkiego komputera, którego mechanizmem jest czysta matematyka.
Dla kontekstu warto pamiętać, że najbardziej mordercze reżimy XX w. hołdowały zasadom skrajnej racjonalności. Również myślenie spiskowe to specyficzna jej forma, ponieważ wszystko, co nas spotyka, musi mieć przyczynę i skutek. Czasem szaleństwo, i nie mówię tu o chorobie psychicznej, jest adekwatną odpowiedzią na rzeczywistość, kiedy ta wyrywa się spod kontroli.
Nawet Kurt Gödel, największy logik XX w., wpadł w sidła własnego umysłu i skończył jako paranoik.
Kiedy w latach 30. XX w. sformułował twierdzenie o niezupełności, wywołał wielki szok. Dowiódł mianowicie, że istnieją w matematyce twierdzenia niewątpliwie prawdziwe, ale niemożliwe do udowodnienia. Pokazał, że każdy system logiczny, wolny od paradoksów i sprzeczności, musi być niekompletny, ponieważ zawiera tezy niemożliwe do dowiedzenia przy pomocy reguł tego systemu.
Ludzie łapali się za głowy, bo co to niby miało znaczyć? Przed Gödlem nikt nie miał wątpliwości, że uzbrojeni w logikę matematycy mogą rozwiązać dowolną tajemnicę. Teraz stało się jasne, że istnieje ontologiczna granica ludzkiej myśli. Gödel obrócił wniwecz ideał kompletnej wiedzy, całkowitego poznania. Wykazał, że nawet w tak „idealnej” dyscyplinie, jaką miała być matematyka, istnieją niedowodliwe prawdy i nieuniknione sprzeczności.
Paradoksalnie odkrycie Gödla niesie ze sobą pokrzepiające wnioski dla natury ludzkiego umysłu: dysponujemy narzędziami zdolnymi dotrzeć do prawd, które znajdują się poza zasięgiem jakiegokolwiek systemu logicznego. Gdyby było inaczej, żaden człowiek nie sformułowałby przecież twierdzenia o niezupełności. To ważne w dobie ekspansji sztucznej inteligencji, która jest systemem logicznym i jako taki ma ograniczenia, z których sama nie zdaje sobie sprawy.
A czy AI jawi się panu jako konsekwencja marzeń o idealnie logicznym i bezbłędnym systemie nieobciążonym słabościami ludzkiego umysłu?
Jednocześnie niepokoi i fascynuje mnie fakt, że coś, co narodziło się jako czysto teoretyczne matematyczne gry, przerodziło się w byt realny i potężny na tyle, że kwestionujemy przez niego naturę rzeczywistości. Dziś nie możemy już ufać, że jakiekolwiek zdjęcie czy dźwięk są prawdziwe. A to dopiero początek. Twórcy AI chcieli zbudować systemy obliczeniowe inspirowane ludzkim mózgiem. Zrobili to jednak, nie wiedząc, jak działa mózg ani czym jest świadomość. Nauka nie ma odpowiedzi na te pytania, ale nie przeszkodziło nam to w stworzeniu takiej technologii. Budowanie takich narzędzi na grząskim z punktu widzenia ontologii gruncie jest niebezpieczne.
Jako kogoś, kto zajmuje się fikcją, ciekawią mnie też czysto teoretyczne konsekwencje stworzenia samoświadomej maszyny. Jako ludzie płacimy przecież za swoją świadomość bardzo wysoką cenę. Jest nią między innymi cierpienie, które leży w sercu człowieczeństwa. Czy to oznacza, że świadome systemy zaczną cierpieć? Może dostaną paranoi albo oszaleją? Swoją drogą, trudno wyobrazić sobie bardziej ludzki odruch.
ROZMAWIAŁ TOMASZ TARGAŃSKI