Reklama
Robert Ochnio / mat. pr.
Struktura

Trzecia kultura Siwczyka. Dezerter: Dawca prawd niezmiennie aktualnych

Trzecia kultura Siwczyka. Rafał Grupiński: Ten, który zawsze pod prąd
Człowiek

Trzecia kultura Siwczyka. Rafał Grupiński: Ten, który zawsze pod prąd

To, że ponad dwadzieścia lat temu Grupiński postanowił formalnie wejść w obieg polskiego życia politycznego, było dla wielu ludzi oczywistością. Mówimy bowiem o człowieku, którego temperament polemiczny jest rodzajem signum pewnego momentu – wyjątkowo wyrazistego i chyba paradygmatycznego dla kształtu demokratycznej debaty – w polskiej kulturze. [Artykuł także do słuchania]

Diagnozy historiozoficzne, które wyszły spod pióra Krzysztofa Grabowskiego, uwspółcześniają się z prędkością światła, z jaką globalna rzeczywistość mocarstwowych urojeń paru państw pędzi w permanentne skonfliktowanie. [Artykuł także do słuchania]

Trzeba uczciwie przyznać, że jak na warunki krytycznej recepcji w wersji wirtualnych polubów, najnowsza płyta Dezertera „Wolny wybieg” zaliczyła całkiem udatny – chyba nadal trwający – pochód przez szpalty gazet i portali. A to przełożyło się na przynajmniej parę intrygujących rozmów z Krzysztofem Grabowskim, pałkerem i autorem tekstów tej prominentnej formacji muzycznej, w jakimś, bańkowym sensie, wciąż określającej pewną zbiorową wyobraźnię odbiorców, których sobie wychowała. Nie bez kozery piszę o „wychowaniu”, gdyż przekaz Dezertera zawsze nosił znamiona podstawowej, krytycznej pedagogiki.

Sam rekrutuję się z ostatniej, pokoleniowej oślej ławki, która jednak wpoiła sobie dzięki temu zespołowi parę życiowych prawd, które niestety nie chcą się zdezaktualizować. Mało tego. Diagnozy historiozoficzne, które wyszły spod pióra Grabowskiego, uwspółcześniają się z prędkością światła, z jaką globalna rzeczywistość mocarstwowych urojeń paru państw pędzi w permanentne skonfliktowanie. A instrumentem obsługi tych zaburzeń staje się wojna. Ona jest ostateczną manifestacją narcystycznej degeneracji wywołujących ją jednostek i – rozkręcona – służy starym jak świat celom zysku o bardzo złożonym charakterze.

***

To połączenie jest istotnie diaboliczne. Z jednej strony, w obszarze medialnej widzialności, jesteśmy w stanie identyfikować konkretne twarze agresorów i wizerunki te stają się podręczną spluwaczką dla naszych emocji. Z drugiej strony, działa przecież wielka fabryka przemocy, której skomplikowany system napędowy oparty jest na wysoce dyskretnych i abstrakcyjnych procedurach wytwarzania języka uzasadnień w gargantuicznym perpetuum mobile zniszczenia.

Jest jeszcze trzecia, chyba najbardziej dojmująca, strona wywołująca kompletne zdezorientowanie i ostateczną niemotę odbiorczą. To warstwowe ułożenie informacji o perwersjach w całkowicie amoralnym świecie polityki, które ma swój podszerstek w osławionym głębokim państwie, gdzie na dnie lęgną się potwory w rodzaju Jeffreya Epsteina. Człowieka, który przecież nie powinien dziwić nikogo, kto chociaż liznął historii wyczynów, dajmy na to, Tyberiusza. Reasumując ten chaos, można spokojnie stwierdzić, że nie dzieje się nic specjalnego, nic, czego ludzkość nie przerabiałaby wcześniej. Skala powtarzalności jej starych błędów może jednak wciąż zaskakiwać.

I tak właśnie odbieram każdą nową płytę Dezertera. Jako ciągłe zaskoczenie powrotem tego samego pandemonium, które w pewnym momencie wywołuje oczywistą, empatyczną śpiączkę. O tym mechanizmie zespół nagrał chyba jedną z bardziej sarkastycznych diatryb, czyli wielki utwór „El Salvador” z płyty „Kolaboracja II” reinterpretowany później z Katarzyną Nosowską na wokalu jako „Jugosławia”. Były to czasy wojny na Bałkanach, która stawała się spektaklem live w telewizji. Jakże ostro ten utwór brzmi teraz, po interwencji Stanów Zjednoczonych w Wenezueli, i jakże profetycznie w obliczu bombardowań na Bliskim Wschodzie, nie trzeba chyba przekonywać.

Sęk w tym, że teraz wojsko nie „poszerza bagnetami” uśmiechów dzieci, tylko od razu wysyła je za pomocą zbłąkanego tomahawka „do nieba” razem z całym budynkiem szkoły. Jednym słowem nastąpił technologiczny skok w anihilacji cywilnych jednostek, które nie mają nawet szans na zaistnienie w pośmiertnym stężeniu. Po prostu znikają lub anonimizują się niczym dane wrażliwe w czarnych workach wynoszonych z ruin gęsto zabudowanego terenu, na który lecą kolejne ponoć wysoce sterowne bomby.

***

Słuchając starszych kawałków Dezertera nie mogę uwolnić się od silnego przekonania o wiecznej trwałości skądinąd prymitywnej dialektyki panów świata i ich niewolników. Ewidentnie przecież jesteśmy nimi jako większe zbiorowości społeczne, nie będące w stanie powoływać do życia silnych instytucji kontrolnych, które przynajmniej w obszarze biurokratycznego zapętlenia powodowałyby paraliż decyzyjny w używaniu siły militarnej jako argumentu w rekonfiguracji globalnego międzynarodowego porządku. W tym sensie nic nie może przerażać bardziej niż słowo sprawczość.

Oto wolicjonalna aberracja administracji Trumpa doprowadza do sytuacji, w której obecna wojna na Bliskim Wschodzie w komentarzu analityków coraz częściej podsumowywana jest jako działanie improwizowane pod jeden takt: palmy, co się da, a później się zobaczy, dokąd to prowadzi. Refleksja związana z złożonością struktury etnicznej w Iranie przychodzi jakby poniewczasie, a łapany naprędce przez reporterów w samolocie Trump jest egzemplifikacją czterolatka, który odpalił race i jara się, że płonie czyjś dom.

Najskrajniejszą chyba introspekcją, na którą pozwala sobie Trump, jest stwierdzenie, że będzie musiał żyć ze świadomością, że jednak ten zbłąkany tomahawk był amerykański. Próbuję sobie na sekundę wyobrazić wewnętrzny pejzaż psychiczny gościa, który w jednym, obłym zdaniu internalizuje zbrodnię wojenną, którą jego lewiataniczny narcyzm, wchłania i wydala pod postacią jakiejś chorej, moralnej wyższości. A jednocześnie parareligijne egzekwie i modlitwa skupiona na trudnym losie tego pomazańca, które w Gabinecie Owalnym odbyli jego administracyjni apostołowie, pokazują, jak bardzo kryzys demokratycznych instytucji państwa amerykańskiego przekłada się na utratę zaufania do przewidywalności działań tego mocarstwa w różnych zakątkach świata, gdzie ma swoje interesy. To zaiste wywrotowe uczucie, które destabilizuje Sojusz Euroatlantycki również na poziomie podstawowego, dobrego smaku, bo przecież pewnym ludziom nie chcemy podawać ręki, wiedząc, że ta ich dłoń spływa krwią zlikwidowanych stu dwudziestu dziewczynek, które wybrały się do szkoły.

One nie będą miały imion w naszym obszarze kulturowym. Przejdą do historii tej wojny pod auspicjami przypadkowych ofiar, tak jak do historii konfliktu w Gazie przeszły niebotyczne ilości istnień. Ta masywna fala najnowszych zniszczeń i śmierci faktycznie rozbija się o falochrony równie groźnego, co sprawczość, słowa. Chodzi oczywiście o narrację. I tu akurat Dezerter jako symbol nieufności i skrajności krytycznego myślenia o otaczającym nas świecie zawsze będzie bardzo przydatnym narzędziem deszyfracji kłamstw, jakimi karmimy również swoje sumienie, żeby jednak w tym świecie jakoś trwać. I z pewnością, w estetyce punkowej, będzie głośno budził te uśpione sumienia, w myśl zasady, że jednostka świata nie zmieni, ale może przynajmniej trąbić na alarm. I jak w słynnym „Rejestrze wariatów” krzyczeć „nie, nie, nie, nie, nie, cały dzień”.

Reklama