Trzecia kultura Siwczyka. Rafał Grupiński: Ten, który zawsze pod prąd
Stosunkowo rzadko Rafał Grupiński wstępuje do rzeki, którą raz zawrócił, a przynajmniej mocno odkształcił jej bieg. Myślę oczywiście o rzece literatury, z którą obecny wicemarszałek Senatu już na zawsze będzie dla mnie zrośnięty. Trochę jak ta wierzba – a jest Rafał słusznego wzrostu – co to o niejednym, rewolucyjnym epizodzie w tej rzece zaświadczyć może. Najpewniej dokładnie odwrotnie myśli pewnie o nim duża część politycznych zwolenników i równie duża liczba zagorzałych oponentów.
To, że ponad dwadzieścia lat temu Grupiński postanowił formalnie wejść w obieg polskiego życia politycznego, było dla wielu ludzi oczywistością. Mówimy bowiem o człowieku, którego temperament polemiczny jest rodzajem signum pewnego momentu – wyjątkowo wyrazistego i chyba paradygmatycznego dla kształtu demokratycznej debaty – w polskiej kulturze.
Przełom społeczno-polityczny 1989 r. przyniósł – poza spektakularną zmianą ustrojową – również oficjalizację drugo- i trzecio- obiegowych periodyków kulturalno-literackich, które mogły do woli, przy podniesionej kurtynie rynkowej widzialności, zasiedlać półki w kioskach i sieciach dystrybucji prasy. Mało tego – redakcje niektórych błyskawicznie wkroczyły do mediów publicznych, robiąc tam swoje programy telewizyjne. Oczywiście, tracąc posmak owocu zakazanego i towaru reglamentowanego przez oficjalne czynniki cenzury, pisma te zyskały zupełnie zaskakujące instrumenty – jak to dziś mówimy – dystrybucji prestiżu. Jedne tytuły rozpoczęły mrówczą pracę polegającą na budowaniu wokół siebie silnej stajni „nazwisk” literackich, korzystając z zasobnika niedawnej opozycji politycznej i literackiej. Inne z kolei postawiły na odkrywanie „nazwisk” nieznanych i ryzykowną grę „bez atu”. Bo właściwie wszystkie te nowe „nazwiska” miała sprawdzić dopiero niepewna przyszłość czytelnictwa i książki, które wytrzymają – lub nie – próbę czasu. Hierarchia wartości czekała na te nowe nazwiska tylko jako na możliwość.
***
Grupiński w tamtych latach siedział w szpicy wydarzeń i wnosił do nich dramatyzm, o jakim dzisiejsi obserwatorzy tzw. pola literackiego mogą jedynie czytać w zakurzonych rocznikach tak zasłużonych pism jak „bruLion” i „Czas Kultury”. Skupię się siłą rzeczy na tym drugim tytule, którego Grupiński był redaktorem naczelnym w okresie „sturm und drang”, a które to pismo w mijającym roku obchodziło czterdziestolecie swojego, nieprzerwanego trwania. Otóż Rafał w latach 90. był kimś już mocno doświadczonym politycznie. Rozumiem przez to świadomość braku silnego zaistnienia jego pokolenia pisarskiego, które miało tego pecha, że wchodziło do świata literatury w chwilę po mocnym geście wydawniczym właściwie całej generacji ‘68, która w latach 70. była już po krytycznej kanonizacji, a nawet w osobie Rafała Wojaczka, miała swoich świętych. Młodsi od nich twórcy, tak jak Grupiński, zastali właściwie zaoraną ziemię, która na dodatek udzieliła im gościny szczególnej w okresie stanu wojennego. Innymi słowy cała ekipa, bardzo utalentowanych twórczyń i twórców, urodzonych gdzieś w okolicach początku lat 50., nie miała okazji zbudować agory, z której głosić mogła własne, literackie i poetyckie herezje.
Skądinąd ta formacja pokoleniowa została skutecznie upupiona w szufladce tzw. pokolenia „Nowej prywatności”, co samo w sobie jako wytrych nie mogło wieszczyć sukcesu w kraju, w którym akurat eskapizm literacki słabo się sprzedawał podczas kościelnych czytań na styropianach. Jednym słowem publika raczej wolała zasępić się nad odwiecznymi diagnozami duchowości człowieczej w stanie kryzysu oferowanymi przez Zbigniewa Herberta niż empatycznie poczuć sytuację konkretnego bohatera wierszy Antka Pawlaka, który ciągle musi ukrywać się przed służbą w LWP. O ironio, tenże Antoni Pawlak i Piotr Bratkowski staną się przecież nieco później akuszerami, ale też naturalnymi pobratymcami introwertycznych bohaterów wierszy Marcina Świetlickiego i Jacka Podsiadły, kiedy ci znajdą przystań wydawniczą w debiutanckiej, fioletowej serii poetyckiej pisma „brulion”.
Grupiński świetnie orientował się w sytuacji rodzącego się wolnego rynku. Po prostu wiedział, że nadchodzącym „młodym” należy się ta agora, której on po prostu nie za bardzo doświadczył, a przynajmniej nie w wymiarze, na jaki całe jego pokolenie zasługiwało. Niemniej nie było w nim resentymentu. Jeżeli już to gniew. Czysty ideowo – mówiąc dzisiejszą młodzieżą – wkurw na „Pina”, czyli polskiego inteligenta. Oj, ile to Rafał nabruździł w polskim salonie chyba swoim najzjadliwszym tekstem, mianowicie „Francuską cukiernią ciast trujących”, po którym obrywało się niemiłosiernie nieistniejącym już „Zeszytom Literackim”. Skądinąd za całokształt swoich kąśliwości Rafała i „Czas Kultury” spotkało długie zmilczenie przez „Gazetę Wyborczą”, co w latach 90. oznaczało coś zupełnie innego niż dziś. To był medialny wyrok nieistnienia.
Obserwowałem te zjawiska estetycznych i etycznych potyczek niejako in statu nescendi. Co tu kryć, byłem ich nastoletnim podmiotem edukacyjnym. Kultura literacka była wtedy w stanie polemicznych wrzeń, nazwiska i imiona redaktorów naczelnych wzmiankowanych pism wymawiałem z solenną rewerencją, wszystkich jak jeden mierzyłem jedną miarą Jerzego Giedroycia. Byli to po prostu ludzie wpływowi, przy czym chodziło o nieistniejący już dziś wpływ na radykalne, życiowe wybory literackiej ścieżki aż po grób. Kiedy czytałem numery „Czasu Kultury” i „bruLionu” na początku lat 90., chciałem – a właściwie pragnąłem – dołączyć jakoś do tych konfraterni, nijak nie uzgadniającymi mi się z już ustabilizowanymi hierarchiami literackimi, które wykonały błyskawiczny transfer z dawnej opozycji wprost w sam środek podręczników do języka polskiego dla licealisty, którym wtedy byłem.
***
Grupiński ewidentnie ze swoją propozycją estetyczną i swoimi „nazwiskami” nie chciał przychodzić na gotowe. Postanowił dowodliwie przeprowadzić rodzaj rewolucji w środku salonu – mówiąc za jednym z wierszy Marcina Świetlickiego, zaczął robić „nieporządek w chaosie”. Świetnym dowodem tych nowych nieporządków była jego, napisana razem z Izoldą Kiec, książka „Niebawem spadnie błoto”, chwytająca spoistość i swoistą osobność literatury pisanej przez ludzi urodzonych już po 1960 r., których Grupiński wydawał i promował w „Czasie Kultury”. A jego wydawnicze zasługi rosły w tym czasie błyskawicznie. Nie dość, że wydał „Schizmę”, chyba jednak najważniejszą książkę poetycką Świetlickiego, to jeszcze „przymusił” Andrzeja Stasiuka do opublikowania wspaniałych „Wierszy miłosnych i nie”, by w chwilę później ogłosić jego słynnego „Białego kruka”. Nade wszystko jednak ryzykował z debiutantami. Wydawniczo odkrył kongenialne „Fractale” Nataszy Goerke i mocną „Absolutną amnezję” Izabeli Filipiak, rewelacyjnego „Samczyka” Adama Wiedemanna i – za co mu należy się szczególna chwała – upomniał się o wybitnego przedstawiciela swojego pokolenia, Jana Kaspra ogłaszając jego „Śmierć wizjonerów”, prywatnie dla mnie jedną z najważniejszych poetyckich lektur po 1990 r. Ponadto działał, wespół m.in. z Kasprem, promocyjnie, edukacyjnie i – że tak powiem – terapeutycznie. Znosił mianowicie kompleks prowincjusza nie tylko z polskiej literatury, ale również z jej młodych twórców, poniekąd podatnych na wpływy literatur światowych, których przekłady często pojawiały się w „Czasie Kultury”.
Sam Rafał wtedy był osobą, za którą ciągnął się nimb całkowitej dostępności i sztamy. Pamiętam, że kiedy go poznałem – a były to dla mnie okoliczności fajowe, bo „Czas Kultury” przyznał mi nagrodę za poetycki debiut roku, wcześniej bardzo dbając, żeby moje wiersze pojawiały się na jego łamach – zszokował mnie całkowitym „antykombatanctwem”. Był gościem wychylonym w przyszłość literatury, a jak się miało później okazać, również w przyszłość kraju, w którym jest pisana. Dostałem świetny, pięknie oprawiony dyplom i tysiąc zeta! Proszę sobie wyobrazić dziewiętnastolatka z tysiącem złotych w Poznaniu w roku 1996! Cóż, starsi koledzy po piórze wiedzieli już co z tą kasą zrobić. Jednym słowem wróciłem goły i bardzo wesoły. Mijały lata, a nawet dekady, „Czas Kultury” ewoluował i ewaluował w poważne pismo o profilu naukowym, jest dziś redagowany nowocześnie i z szacunkiem dla własnej historii. A Rafał? No właśnie, wstąpił do tej samej rzeki.
***
Któregoś ranka listonosz przyniósł mi jego najnowszą, kapitalną powieść „Żubura”. Tak, jest dokładnie taka jak obiecuje tytuł, którego gwarowa deszyfracja to oczywiście „brudna woda”. Jakaś gęsta zawiesina narracyjna, która spowija całość powieści, ma w sobie tyleż postmodernistyczny sznyt – akurat Rafał jest dziś raczej postmodernizmu krytykiem – ile jest próbą rozpoznania natury zła w warunkach nieuchwytnych, zdestabilizowanych przez doświadczenie historyczne porządków organizujących system prawa, etyczną normę, dialektykę winy i kary, wreszcie systemową przemoc wobec kobiet i ważkie rozważania na temat tak dyskretny jak natura wolnej woli człowieka. Oczywiście wszystkie te dystynkcje byłyby zaledwie materiałem na powieść, gdyby nie zostały wplecione w sytuacyjne ukonkretnienia, dziejące się w kolejnych epizodach „Żubury” w różnych planach czasowych. Czytelnik tedy przemieszczany jest między Rzymem i Kartaginą, między Polską przedwojenną i Polską okresu komuny, wreszcie rzucany bywa w zawiłe motywacje „pragnienia prawdy” tego, kto zabił, i tego, kto tropi mordercę.
Wszystko to uszył Grupiński na miarę fachury od układania słów w zaskakujące znaczeniem porządki, w tekst gęsty intelektualnie, a zarazem gładko przemieszczający się między gatunkami prozy historycznej, thrillera, traktatu filozoficznego i ostatecznie dzieła, które swój konwergentny charakter dedykuje jakiemuś rodzajowi wiary w literaturę: w tę rzekę, która może być bez końca. Oczywiście, w zależności, w którą stronę płynąć. Rafał jak zawsze płynie pod prąd.