Kaźmierska i Brzeziński: Końców świata może być wiele. W obliczu każdego będziemy jednak dla siebie dobrzy
|
|
Wojciech Brzeziński – dziennikarz zajmujący się nauką, techniką i ich wpływem na społeczeństwo i świat. Laureat Grand Press, Prix CIRCOM, stypendysta Fundacji Knighta na Massachusetts Institute of Technology. Współautor książki „Strefy cyberwojny”.Agata Kaźmierska – zdobywczyni wielu nagród dziennikarskich (m.in. Grand Press i SDP), specjalizuje się w tematyce międzynarodowej. Autorka artykułów i filmów dokumentalnych o globalnych kryzysach i granicach ludzkiej odporności. Współautorka książki „Strefy cyberwojny”. |
KASPER KALINOWSKI: Które zagrożenie wydaje się najbardziej realne?
WOJCIECH BRZEZIŃSKI: Niedawno mieliśmy pandemię, która może być zaledwie przygrywką do tego, co może nas czekać. Covid-19 zabił 7 mln ludzi (według oficjalnych danych – przyp. red.).
AGATA KAŹMIERSKA: – Właśnie wygasa ostatnie z amerykańsko-rosyjskich porozumień o ograniczeniu strategicznych zbrojeń jądrowych. Wiele wskazuje, że znów zacznie się straszenie „atomówkami”, choć od dawna wiemy, że grożenie sobie końcem świata to żadna strategia, lecz dowód braku wyobraźni. W 1962 r., podczas kryzysu kubańskiego, przez błąd systemu i niedźwiedzia wspinającego się na ogrodzenie bazy wojskowej w Duluth w Minnesocie uruchomiono alarm, który doprowadził do startu bombowców z ładunkami jądrowymi na pokładzie. Takie przykłady można mnożyć.
W.B.: – I nie chodzi tylko o fałszywe alarmy. Amerykanie przyznają się do 32 incydentów „Broken Arrow”, co oznacza utratę lub poważne uszkodzenie broni jądrowej. Im najczęściej atomówki wypadały z samolotów. W Związku Radzieckim i Rosji także dochodziło do wypadków z udziałem uzbrojenia jądrowego (m.in. zatonięcia przenoszących je okrętów). Eksperci doliczyli się co najmniej 34 utraconych głowic.
Całkiem realnym zagrożeniem wydają się też asteroidy. I raczej nie możemy liczyć na Bruce’a Willisa.
W.B.: – Wysadzenie asteroidy jak na filmie raczej nie wchodzi w grę. Asteroida, zamiast ulec dezintegracji, mogłaby się rozpaść na kilka wciąż dużych fragmentów, które uderzyłyby nie w jeden, lecz w kilka punktów na Ziemi, co nie poprawiłoby naszej sytuacji. Stąd pomysły, żeby lecący w naszą stronę obiekt „poszatkować” za pomocą konwencjonalnych albo atomowych wybuchów, by wpadł w atmosferę jako chmura gruzu, która spowodowałaby zniszczenia, ale nie kataklizm. Na razie jednak nie mamy technologii, która by to umożliwiła.
Dużo lepszym rozwiązaniem jest zepchnięcie asteroidy z kursu. Takie eksperymenty już są prowadzone. Sonda misji DART trzy lata temu uderzyła w Dimorphosa, księżyc większej asteroidy Didymos. Test wypadł lepiej niż zakładano. Przed uderzeniem Dimorphos obiegał Didymosa w ok. 11 godz. i 55 min. Po uderzeniu okres skrócił się o 33 min, a celem były zaledwie 73 s.
A.K.: – Mój ulubiony pomysł zakłada pomalowanie asteroidy na kolor odbijający światło. Ciśnienie promieniowania słonecznego mogłoby wystarczyć, by zmienić jej kurs. Oczywiście pod warunkiem że odkrylibyśmy ją wystarczająco wcześnie.
Swego czasu było głośno o scenariuszu ataku zombie. Czyżby eksperci potraktowali ten problem poważnie?
A.K.: – Na pewno poważnie tę sprawę traktuje US Army. Dowództwo Strategiczne USA w 2011 r. w ramach ćwiczeń planistycznych CONPLAN 8888 (symulacja ekstremalnych, chaotycznych kryzysów bez odniesienia do realnych państw, religii czy grup społecznych – przyp. red.) opisało całą gamę możliwych zombie: od klasycznych ożywionych trupów, poprzez zombie wegetariańskie, aż po kurczaki. Te ostatnie to – jak stwierdzono – jedyny „potwierdzony naukowo” ich rodzaj (chodzi o osobniki nieskutecznie uśmiercone przez hodowców – przyp. red.).
W.B.: – Z tej osobliwej symulacji wynika, że wszystkie chwyty będą dozwolone, bo prawo reguluje operacje wojskowe w odniesieniu do życia ludzkiego i zwierzęcego, a zombie – wedle wojskowych – nie są ani jednym, ani drugim. Broń jądrowa prawdopodobnie byłaby najlepszym środkiem walki z hordami żywych trupów. Zadaniem żołnierzy ma być początkowo ochrona samych siebie, czyli zabarykadowanie się w bazach.
A.K.: – Jednocześnie wojskowi przewidują, że już na początku ataku zombie możemy zapomnieć o ochronie zdrowia, bo najpewniej to lekarze będą pierwszymi ofiarami. Żywności też nie będzie, bo nikt nie będzie zbierać plonów, a krowy pouciekają. Miną miesiące, a nawet lata, nim głód przestanie być zabójcą niemniej skutecznym niż żywe trupy (wojskowi planiści zapewnili, że „taka metoda stanowi inspirację dla innych szkoleń, które mogą wydawać się bardzo nudne” – przyp. red.).
A popularna dzięki serialowi „The Last of Us” wizja zabójczych grzybów?
W.B.: – Istnieje hipoteza, że właśnie w obronie przed grzybami ssaki i ptaki wykształciły stałocieplność. Grzyby nie lubią, kiedy jest za ciepło. Problem polega na tym, że w wielu regionach świata średnia temperatura otoczenia zaczyna się zbliżać do temperatury ludzkiego ciała. Grzyby się dostosowują i coraz lepiej znoszą warunki wewnątrz naszych organizmów.
A.K.: – Na liście priority pathogens Światowa Organizacja Zdrowia umieszcza 19 gatunków lub grup grzybów, które mogą stać się realnym zagrożeniem dla ludzi. Drożdżak Candida auris nie tylko dostosował się do temperatury naszych organizmów, ale jest odporny na działanie standardowych leków. W ogóle grzybice są trudne do leczenia, bo zwykle to, co szkodzi grzybom, jest trujące także dla nas. Tymczasem nawet u 95 proc. zakażonych Candida auris infekcja przebiega bezobjawowo, co oznacza, że nieświadomie zarażają oni innych. Grzyb, który dostaje się do krwi, serca lub mózgu osoby o obniżonej odporności, wywołuje wielonarządową drożdżycę, która zabija nawet do 60 proc. zakażonych.
Z kolei antybiotyki przyczyniły się do uodpornienia bakterii?
W.B.: – Sięgamy po nie chętnie i często bez potrzeby. Według ostrożnych szacunków ONZ bakterie oporne na antybiotyki mogą zabić nawet 39 mln ludzi do 2050 r.
A Covid-19? Ludzkość czegoś się nauczyła?
W.B.: – To nie tylko kwestia wniosków, jakie wyciągnęli zarządzający systemami opieki zdrowotnej, ale może przede wszystkim naszych indywidualnych decyzji. Nie dbamy o siebie. Ile osób z naszego otoczenia zaszczepiło się na Covid-19? Minęło kilka lat od pandemii, a zachowujemy się tak, jakby nic się nie stało. W opowieściach o tamtym czasie największym problemem wydają się wyrzeczenia związane z lockdownami. Czy to naprawdę tak wielki wysiłek, skoro udało się uratować wiele milionów ludzi?
A.K.: – Zdaniem ekspertów kolejna pandemia jest kwestią czasu, a my robimy wszystko, by zebrała jeszcze większe żniwo. Dodajmy do tego zamrożenie środków na naukę przez administrację Donalda Trumpa. Robert F. Kennedy jr, sekretarz ds. zdrowia i opieki społecznej, obciął środki na badania nad szczepionkami mRNA w zasadzie do zera. Nie mamy też szans na opracowanie leków, nad którymi pracowano od lat, choć wiele z nich było w ostatniej fazie badań.
Zagrożeń z laboratoriów jest więcej. Zwracacie uwagę na lustrzane życie. Czym jest?
W.B.: – Wszystkie organizmy mają prawoskrętną helisę DNA, a aminokwasy – zwykle lewoskrętną. Nie ma powodu, dla którego akurat te kierunki zostały wybrane przez ewolucję, ale to one się utrwaliły. Wiele laboratoriów prowadzi jednak prace nad komórkami, które będą skonstruowane odmiennie. Mają być nadzieją na nową klasę leków lub szczepionek, bo nasze organizmy miałyby trudności z ich rozłożeniem. Niestety, nie wiemy, jaką reakcję układu odpornościowego mogą wywołać.
A.K.: – Na razie tworzenie w ten sposób całych bakterii to pieśń odległej przyszłości, ale część specjalistów uważa, że zagrożenie jest realne. 38 ekspertów, w tym dwóch noblistów i Craig Venter, który pierwszy prowadził prace nad sekwencjonowaniem ludzkiego genomu, opublikowało w „Science” list otwarty. Ostrzegają, że lustrzane życie może stać się gatunkiem inwazyjnym i przyczyną śmiertelnych infekcji u większości gatunków roślin i zwierząt.
W.B.: – To także kwestia kontroli nad patogenami. Na świecie istnieje ponad 50 obiektów BSL-4 – laboratoriów o najwyższym poziomie zabezpieczeń. Co najmniej 17 kolejnych jest w budowie lub w fazie planowania. To szczególnie niebezpieczne w chwili rozpadu współpracy międzynarodowej, bo trudniej o mechanizmy realnej kontroli. A wystarczy pech albo niekompetencja. W historii zdarzały się wypadki i naruszenia procedur o potencjalnie katastrofalnych skutkach. Ośrodek badawczy armii amerykańskiej w Dugway w latach 2005–15 przez pomyłkę wysłał do 194 laboratoriów żywe bakterie wąglika, które mogły służyć jako broń biologiczna.
A.K.: – Równolegle w biotechnologii mamy do czynienia z rewolucją. Codziennie słyszymy o sztucznej inteligencji, ale inżynieria genetyczna staje się nie tylko coraz tańsza, lecz również coraz łatwiej dostępna. Przyjrzyjmy się Nagrodom Nobla z ostatniej dekady – nagradzane są kolejne, coraz bardziej precyzyjne metody manipulowania DNA czy białkami.
A połączenie inżynierii genetycznej ze sztuczną inteligencją to przepis na katastrofę?
W.B.: – Natura ma dla nas wystarczająco dużo niespodzianek. Nie musi się posiłkować sztuczną inteligencją. Richard Preston w książce „Strefa skażenia” opisał to na przykładzie eboli. Jej pierwsza epidemia w Zairze wybuchła wkrótce po tym, gdy przez las deszczowy puszczono drogę, która stała się kanałem transmisji. W konsekwencji wirus, który wcześniej zakażał kilka populacji małp i pojedyncze wioski, stał się problemem ogólnoświatowym. Te same udogodnienia stwarzamy dla innych patogenów. Budujemy im autostradę łączącą cały świat. Większość nowych chorób, które nas dopadają, w tym Covid-19, pochodzi od zwierząt. Według Światowej Organizacji Zdrowia na trzydzieści kilka nowych patogenów człowieka odkrytych w ostatnich dziesięcioleciach 75 proc. to zoonozy. Dotyczy to również HIV czy wspomnianej eboli. Nie byłoby ich, gdybyśmy nie zakłócili naturalnych ekosystemów.
Dlaczego w książce o końcach świata znalazł się rozdział o incelach i feministkach?
A.K.: – Paradoksalnie wielu z nas wciąż uważa, że zagrożeniem jest przeludnienie na Ziemi. Tymczasem wiele wskazuje, że populacja Homo sapiens w połowie lat 80. XXI w. najprawdopodobniej nieznacznie przekroczy 10 mld, a potem zacznie się kurczyć. W wielu miejscach już zmniejsza się katastrofalnie. W Japonii sprzedaż pieluch dla dorosłych przekroczyła sprzedaż pieluch dla dzieci, a w Korei Południowej szkoły podstawowe są zamykane i przerabiane na domy starców lub schroniska dla kotów.
W.B.: – Badanie opublikowane w „The Lancet” wskazuje, że w 2050 r. dodatni lub zerowy przyrost naturalny będzie mieć już tylko jedna czwarta krajów na świecie. Na koniec wieku zostanie sześć: Samoa, Somalia, Tonga, Niger, Czad i Tadżykistan.
A.K.: – Szkoły opustoszeją jako pierwsze. Po nich uniwersytety, kina, sklepy, stadiony. Nie będzie komu nagrywać nowej muzyki ani kręcić filmów. Asteroidy, zarazy, wojny przynajmniej dają nam szansę zrobić cokolwiek.
Katastrofy, które opisujecie, paradoksalnie ujawniają to, co w ludziach najlepsze.
W.B.: – Przytaczamy historię socjologa Charlesa Fritza, który zaciągnął się do amerykańskich Sił Powietrznych i został wysłany do Anglii, gdzie z bliska oglądał skutki niemieckich bombardowań. Zachowania ludzi w tym czasie opisywał jako pełne „życzliwości, współczucia i działania dla dobra wspólnego”. Nie chodziło tylko o wzrost morale. Zamiast paniki i grabieży dostrzegł wspólne gotowanie, gościnność i pomoc sąsiedzką. Zauważył, że nigdy nie widział tyle dobra między ludźmi, jak w miastach, które zostały doszczętnie zrujnowane. Resztę życia spędził na badaniu zachowań ludzi w obliczu największych katastrof. Obejmowały rozmowy z ocalałymi z trzęsień ziemi, tornad, katastrof lotniczych, a także przyglądanie się epidemiom i powodziom. I wszędzie było podobnie. Musimy stanąć na progu nieszczęścia, aby zachowywać się tak, jak powinniśmy.
A.K.: – Wbrew temu, czym nas karmi Hollywood, z badań wynika, że nie będzie żadnego „Mad Maxa”. Ludzie podczas katastrof i po nich zwykle sobie pomagają, a więzi społeczne ulegają wzmocnieniu i odbudowie. Przemoc i panika to niemal zawsze wyjątki, nie reguła. Ciekawe, że panikują zwykle elity, a przynajmniej ludzie, którzy byli za elitę uważani. Zwykle to oni, bojąc się tłumu, podejmują paniczne decyzje i powodują chaos, którego się tak obawiają. Szczególnie wyraźnie było to widać podczas powodzi w Nowym Orleanie, gdzie zdecydowana większość ludzi sobie pomagała, gdy brak było wsparcia instytucji i rządu. Media trąbiły o szabrownikach okradających zalane domy, ale później okazało się, że najczęściej byli nimi – niemal zawsze identyfikowani w mediach jako czarni mężczyźni – ludzie, którzy próbowali znaleźć jedzenie albo wodę nadającą się do picia. To oni, a nie instytucje, ratowali siebie nawzajem. Gotowali posiłki, organizowali schronienie, otwierali darmowe kliniki. Byli dla siebie po prostu dobrzy.
ROZMAWIAŁ KASPER KALINOWSKI