Reklama
Arch. pryw.
Struktura

Trzecia kultura Siwczyka. Dariusz Bitner: Radykał

Trzecia kultura Siwczyka. Dezerter: Dawca prawd niezmiennie aktualnych
Struktura

Trzecia kultura Siwczyka. Dezerter: Dawca prawd niezmiennie aktualnych

Diagnozy historiozoficzne, które wyszły spod pióra Krzysztofa Grabowskiego, uwspółcześniają się z prędkością światła, z jaką globalna rzeczywistość mocarstwowych urojeń paru państw pędzi w permanentne skonfliktowanie. [Artykuł także do słuchania]

Pisarstwo Bitnera nie jest podatne na żadne zabiegi uśredniające je czy sprowadzające do wspólnego mianownika jakieś szkoły czy maniery. Po prostu on pisze jedną, wielką, mutującą wciąż księgę niepokoju. Jakiś gargantuiczny, introspektywny tekst o wszystkim na raz. [Artykuł także do słuchania]

Tylko w przypadku postaw twórczych, słowo „radykał” kojarzy mi się z czymś godnym podziwu. Radykalne obstawanie przy swoim, trzymanie się uparcie raz obranego kursu na wysokoartystyczne szczyty, wreszcie całkowita obojętność wobec presji rynku książki, oto cechy pisarstwa i osobowości Dariusza Bitnera. Piszę te zdania, bo sam chcę się upewnić, czy aby na pewno są tu na miejscu, czy istotnie odpowiadają wrażeniu, jakie wywarło na mnie pierwsze w życiu spotkanie z realnym Dariuszem Bitnerem.

Wcześniej nigdy nie miałem okazji poznać pisarza, w czym najpewniej nie jestem odosobniony. Bitner właściwie nie opuszcza Szczecina. A jednak przyszedł ten dzień, że przejechał wraz z żoną Polskę i dotarł do mojej placówki macierzystej, Instytutu Mikołowskiego. Pretekstem, który go skusił była promocja jego najnowszej powieści zatytułowanej „Fusy”. Umówmy się jednak: promocja w małym mieście na Śląsku to nie jest powód, aby Bitner wyszedł z domu. A jednak wyszedł. Opuścił tę swoją „jesień w Szczecinie”. Tak nazywa się wspaniała książka, w której otwartym tekstem wzmiankuje, że wyjazd poza rogatki własnego miasta jest dla niego rodzajem zapadania się w niebyt, że pozostawanie w bezruchu konkretnego, jednego miejsca jest warunkiem twórczości.

„Sztuka powstaje z bezruchu. […] A ja… godzinami zatopiony w szkle, w nicości. Jednocześnie jakoś nie tracę kontaktu z rzeczywistością, czułki wysunięte, wciąż słucham, oglądam, patrzę, mierzę, ważę, bezustannie przelatuje przeze mnie wiatr kosmiczny, a ja cedzę każdą molekułę”. Na dobrą sprawę zdanie to można potraktować niemal jak program literacki, jakąś egzotyczną – z dzisiejszej perspektywy, w której literatura ginie daleko poza horyzontem jakiegokolwiek społecznego zainteresowania – modernistyczną utopię. A jednak przypadek Dariusza Bitnera dowodzi, że życie w piśmie, radykalnie solipsystyczna estetyka jego próz i – jakby rzekł Samuel Beckett – „wierność przegranej” ostatecznie składają się na dzieło, które niewiele ma sobie równych w polskiej literaturze ostatniego półwiecza.

***

Bitner debiutował w czasie fatalnym. Jego pierwsze książki ukazały się chwilę przed stanem wojennym. Pisane były oczywiście w latach 70. Do literatury wchodził pod auspicjami tzw. szkoły Berezy, czyli wespół z pisarzami, których Henryk Bereza omawiał i publikował na łamach miesięcznika „Twórczość”. Ten wybitny krytyk upominał się zawsze o literaturę językowego eksperymentu, o rzeczy idiomatyczne, o prawo pisarzy do suwerenności autorskiej wyobraźni. Jak płachta na byka działała na niego użyteczna literatura wagonowa, czyli pisanie rozumiane jako utylitarny gest przynoszący pożytek miłego spędzenia czasu z książką, dla zabicia czasu, dla odsapnięcia od dotkliwej materii świata i naszego, jednostkowego, krótkiego w nim pobywania.

Spośród dużej ilości nazwisk, jakie Henryk promował – oczywiście te słowo znaczyło coś zgoła innego w czasach debiutu Bitnera niż dziś – w większości nie ostał się w pamięci zbiorowej nikt. Przesadzam? Jasne, że tak. Czas sprawdził mocarność książek Jana Drzeżdżona, Krystyny Sakowicz, Janusza Rudnickiego, oczywiście Bitnera. Problem w tym, że Henryk był wszystkożercą literackim, pisał i czytał właściwie wszystko, co może przeczytać człowiek w jednym, długim życiu. Jego cykl „Czytane w maszynopisie” po dziś dzień onieśmiela erudycją i ilością przywoływanych tytułów.

Doskonale pamiętam dzień, w którym Henryk zaprosił mnie na kielicha do siebie do domu. Oczywiście usiadłem na krześle, które akurat było najbliżej i usłyszałem: „Krzysztof, nie na tym. To krzesło Marka”. Chodziło o Hłaskę. Przywołuję tę anegdotkę, bo dobrze odzyskuje dla mnie Henryka w jego istnieniu sensu stricto literackim. Był jedynym znanym mi człowiekiem literatury i niczego więcej. Nie żył nigdzie indziej, żył tylko w książkach, rzeczy mapujące i zasilające realność jego mieszkania istniały dla niego o tyle, o ile wchodziły w kontakt z tą abstrakcją, której na imię LITERTURA. Nie zdziwiło mnie tedy, że Bitner, jeden z ewidentnych ulubieńców Berezy, również okazał się maksymalistą partycypującym i angażującym swoją życiową energię w podróż między akapitami, a nie między miastami, państwami i kontynentami.

Bezruch jak mało co przysłużył się jego gigantycznej bibliografii. Jest autorem ponad dwudziestu powieści, z czego przynajmniej jedna ogromnych rozmiarów zaginęła tudzież rozpadła się na kawałki, obecne szczątkowo w innych książkach. Nie ma sensu tu wymieniać ich tytułów. Wszystko jest do sprawdzenia w przestrzeniach wirtualnych kodyfikacji, które unieśmiertelniają, ale też brutalnie standaryzują poszczególne losy, indywidualne głosy i pojedyncze biografie w martwej formułce wikipedii.

***

Pisarstwo Bitnera nie jest podatne na żadne zabiegi uśredniające je czy sprowadzające do wspólnego mianownika jakieś szkoły czy maniery. Po prostu on pisze jedną, wielką, mutującą wciąż księgę niepokoju. Jakiś gargantuiczny, introspektywny tekst o wszystkim na raz. Radykalnie mimetyczną mandalę ze zdań próbujących się z impulsami świadomości, materiałem biograficznym, z asocjacjami z dzieciństwa, z psychoanalizą, pornografią, fikcją i fiksacją, z kompleksem wielkości i małości, z horrendum tego, co rzeczywiste i tego, co całkowicie przerobione na blagę urojenia. Jednym słowem Bitner nie daje czytelnikowi forów. Traktuje go poważnie. „Pisarstwo Bitnera ustanawia czytelnikowi wysoki próg wejścia” – tak w punkt skwitował spotkanie w Mikołowie, chyba najbardziej „oczytany” w prozie najnowszej, drogi mojemu sercu i resztce szarych komórek prof. Dariusz Nowacki. Skądinąd od razu powiedział mi, że też widzi Bitnera pierwszy raz na oczy, a czyta go od czterdziestu z hakiem lat.

Faktycznie taki próg istnieje i łatwo się na nim wyłożyć. Nie chodzi tu o jakąś przedustawną wiedzę literacką, którą winniśmy tekstom autora „Małej pornografii”. Rzecz w otwarciu się na gatunkowe skudlenie jego próz i na ich charakter otwarty. Na wystawianie swojej cierpliwości poznawczej na próbę współtworzenia znaczeń tych tekstów, które tak silnie opalizują wokół rozwibrowanego centrum podmiotowego. Bo przecież o nic więcej za pomocą literatury Bitner nie walczy jak właśnie o ustanowienie silnej podmiotowości, która wyradza się z permanentnej amorfii. Trafnie chwyta ten proces taki fragmencik z „Jesieni w Szczecinie”:

„Próbuję odczarować stan w jakim jestem, zaprzeczyć własnym doznaniom i pokonać bestię słowem, bo tylko w taki oręż jestem wyposażony. Niestety, to się nie uda. Niestety, to się nie udaje. Świadomość jest wrogiem, przeszkadza, paraliżuje i odbiera. Niby świadomość, coś wielkiego, ważnego, coś podstawowego - myślę, więc jestem czy inny banał – a nie oddaje. Zostawia w otumanieniu, w nicości dookolnej, w środku zewnętrzności, w pustce środka”.

***

Kiedy czytam ustępy tego rodzaju, o takim maksimum egzystencjalnej stawki, w jaką grają słowa robione przed Bitnera w kolejne książki – w tym w radykalnie postmodernistyczne „Fusy” – myślę oczywiście o empatycznej dyspozycji współczesnych czytelników polskiej prozy. Przez chwilę jestem jednym z nich. I brzmią mi w uszach prowokacyjne, ale jakże ważkie, słowa Dariusza Nowackiego: „bohater Bitnera to arogancki solipsysta”. I jako taki ma szansę zostać odzyskany dla potomności. Mało tego. Może stanowić wspaniały model do składania dla dzisiejszych miłośników autofikcji, która ewidentnie ma swoje pięć minut w literaturze. Powtórzę więc za Nowackim jeszcze jedną diagnozę o nieoczywistości i lekko ją zmodyfikuję. „Bitner jako pisarz nieoczywisty jest dopiero przed nami. Nawet jeżeli go czytaliśmy i przeżyliśmy”. A zatem do dzieła!

Reklama