Ebola uderza w Afryce. Światowa Organizacja Zdrowia mówi o konieczności natychmiastowej międzynarodowej interwencji
Światowa Organizacja Zdrowia ma w tym sezonie pracowity grafik. Niedawno koordynowała reakcję na nietypowy wybuch hantawirusa na statku ekspedycyjnym pośrodku Atlantyku. Teraz ogłosiła, że nowa epidemia eboli w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie stanowi „stan zagrożenia zdrowia publicznego o międzynarodowym znaczeniu”. Dla laików taka informacja brzmi niepokojąco. Dla wtajemniczonych jest sygnałem, że sytuacja wymaga natychmiastowej, skoordynowanej międzynarodowej interwencji.
Ebola, której nikt nie zauważył
I nie ma co udawać, że wygląda ona gorzej niż przy wielu wcześniejszych ogniskach tego wirusa. Ebola co kilka lat przypomina o sobie w Afryce. Tym razem stało się to w prowincji Ituri na północnym wschodzie Konga – regionie, który od dekad zmaga się nie tylko z wirusami, ale i z przemocą grup zbrojnych, nielegalnymi kopalniami i chaotyczną mobilnością ludności.
Do soboty 16 maja zgłoszono 246 podejrzanych przypadków i ok. 80 podejrzanych zgonów. Potwierdzonych laboratoryjnie jest na razie zaledwie osiem. Ale to klasyczna cecha wczesnych faz eboli w trudnych terenach: dużo śmierci w społecznościach, brak pomocy medycznej. Sami eksperci przyznają, że realna liczba dotkniętych zakażeniem lub na nie narażonych może być znacznie większa. W takich miejscach ludzie często umierają poza systemem, bez testów, rejestrów i lekarzy.
Poprzednie mniejsze ogniska eboli udawało się relatywnie szybko tłumić w zarodku głównie dlatego, że urzędnicy zdrowia publicznego wyciągnęli bolesne lekcje z gigantycznej katastrofy w Afryce Zachodniej z lat 2014–2015, która pochłonęła ponad 11 tys. ludzkich istnień. Zbudowano wówczas prowizoryczny, ale działający system nadzoru.
To nie jest lokalny pożar
Dlaczego zawiódł więc teraz, co odróżnia tę epidemię od poprzednich? Skala i opóźnienie. Władze WHO dowiedziały się o podejrzeniach dopiero 5 maja. Pierwsze próbki w terenie dawały wynik negatywny, bo sprzęt wykrywał wyłącznie tzw. szczep Zair. Dopiero laboratorium w Kinszasie potwierdziło Bundibugyo – jeden z rzadziej spotykanych, ale równie podstępnych wariantów.
To brzmi jak detal z podręcznika wirusologii, ale ma ogromne znaczenie praktyczne. Po dekadach badań ludzkości udało się stworzyć skuteczną szczepionkę jedynie przeciw szczepowi zairskiemu – temu samemu, który odpowiadał za wielkie epidemie w Kongu i Afryce Zachodniej. Na obecny wariant nie ma ani zatwierdzonej szczepionki, ani sprawdzonej terapii.
Wirus zdążył się już rozprzestrzenić na co najmniej trzy strefy zdrowotne, w tym okolice Bunii (głównego miasta prowincji), dotrzeć do Kinszasy (wielomilionowej metropolii) i przeskoczyć granicę do Ugandy. W Kampali zmarł 59-letni Kongijczyk. Pojawiły się też doniesienia o przypadkach w stolicy Konga. To nie jest więc już lokalny pożar w dżungli. Ebola jest zarazkiem, który można zatrzymać, bo nie przenosi się drogą kropelkową – ale pod warunkiem, że zrobi się to szybko. Gdy zakażenia zaczynają krążyć poza kontrolą, szczególnie – jak teraz – w regionach objętych konfliktami zbrojnymi i masowymi migracjami, nawet najlepiej napisanych procedur WHO nie można szybko wdrożyć.
Medycyna bezradna
Ebola nie bierze się znikąd. Naukowcy wskazują na nietoperze jako rezerwuar, choć dokładny mechanizm przeskoku na człowieka wciąż kryje tajemnice. Człowiek zakaża się najczęściej przez kontakt z krwią, wydzielinami lub tkankami zakażonych zwierząt – podczas polowania, przygotowywania mięsa lub w warunkach bliskiego kontaktu w wioskach.
Potem wirus przechodzi z człowieka na człowieka przez bezpośredni kontakt z jego płynami ustrojowymi: krwią, potem, śliną, wymiocinami. Nie wystarczy siedzieć obok chorego w autobusie, by się zakazić. Dlatego największe ryzyko ponoszą rodziny opiekujące się chorymi oraz personel medyczny.
Problemem bywają także tradycyjne rytuały pogrzebowe, obejmujące dotykanie ciała zmarłego. Choć ebola nie roznosi się drogą kropelkową, to kiedy objawy już się pojawią (gorączka, bóle, krwotoki, niewydolność wielonarządowa), zaraźliwość jest wysoka, a śmiertelność szacuje się na 25–40 proc.
Jak wspomniałem wcześniej, na szczep Zair (najgroźniejszy i najczęstszy w wielkich epidemiach eboli) mamy już szczepionkę Ervebo i kilka terapii monoklonalnych. Na Bundibugyo – nie. Pozostaje więc standardowa opieka: podawanie płynów, tlenoterapia, kontrola infekcji. Eksperci podkreślają, że właśnie dlatego późne wykrycie jest tak dramatyczne**, bo** nie da się efektywnie na nie zareagować.
Świat przesypia alarm
Oczywiście nie oznacza to, że świat stoi dziś u progu nowej pandemii. Ebola wraca dziś nie jako wirus o pandemicznym znaczeniu, lecz raczej jako przypomnienie. Na szczęście mimo całego swojego medialnego ciężaru rozprzestrzenia się znacznie trudniej niż koronawirus czy grypa. Ale właśnie dlatego obecna sytuacja tak niepokoi ekspertów. Skoro nawet stosunkowo mało mobilny zarazek zdołał rozwinąć się do takiej skali, zanim został oficjalnie wykryty, to znaczy, że systemy nadzoru epidemiologicznego nadal mają ogromne luki.
Gdyby podobna liczba niewyjaśnionych zgonów pojawiła się nagle w Berlinie albo Toronto, system alarmowy zadziałałby prawdopodobnie po kilku dniach. W Kongu tygodniami można umierać poza zasięgiem laboratoriów, internetu i administracji państwowej. Nieprzypadkowo część ekspertów zwraca uwagę także na polityczny kontekst epidemii. W ostatnich latach wiele krajów Zachodu ograniczało finansowanie programów monitorowania chorób zakaźnych w Afryce, a administracja Donalda Trumpa wstrzymała w ubiegłym roku finansowanie pomocy medycznej dla najbiedniejszych krajów tego kontynentu.
Sarkazm losu polega na tym, że żyjemy w czasach, w których mobilność ludzi jest większa niż kiedykolwiek, a systemy nadzoru w najbiedniejszych i najbardziej niestabilnych regionach nie mogą pozostawać dziurawe. Ituri to nie odizolowana wioska – to obszar przy granicach z Ugandą i Sudanem Południowym, z nieformalnymi szlakami migracyjnymi, uchodźcami, górnikami i handlarzami. Lokalna epidemia może w ciągu kilkunastu godzin stać się problemem globalnym.
Jeszcze pół wieku temu wiele egzotycznych chorób pozostawało praktycznie zamkniętych w swoich regionach. Dziś mieszkaniec Kinszasy może wsiąść do samolotu i następnego dnia znaleźć się w Dubaju, Stambule albo Brukseli.
Obecny wybuch epidemii eboli nie jest apokalipsą. Jest tylko surowym przypomnieniem, że w świecie połączonym nitkami samolotów, ciężarówek i ludzkiej ciekawości nie powinniśmy ignorować problemów najbiedniejszych zakątków planety. Czas pokaże, czy tym razem świat wyciągnął wnioski, czy tylko głośno westchnie i wróci do swoich spraw.