Reklama
Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Pulsar - wyjątkowy portal naukowy. Shutterstock
Zdrowie

Koronawirus wciąż krąży, chętnych na szczepienia mało. A nowe warianty dobrze się maskują

Wiśnie na hulajnogach kontra fałszywy zbawca z czasów Covid-19. Nowy serial HBO to przerażający obraz siły populizmu
Struktura

Wiśnie na hulajnogach kontra fałszywy zbawca z czasów Covid-19. Nowy serial HBO to przerażający obraz siły populizmu

W połowie marca 2020 r. prof. Didier Raoult zamieścił na YouTube filmik, w którym twierdził, że w jego placówce opracowano rewolucyjną metodę leczenia Covid-19. Wyniki badania zespół naukowca przedstawił w „International Journal of Antimicrobial Agents”. Kłopot w tym, że nie były one wiarygodne, na co zareagowała m.in. szóstka internautów. [Artykuł także do słuchania]

Covid-19 nie jest już apokaliptycznym najeźdźcą z Wuhanu, przed którym musieliśmy barykadować się w domach. Należy do jesiennego repertuaru infekcji, choć dla wielu z nas nie przestał być groźny. W dodatku – nieźle się maskuje.

Jesienią łatwo pomylić koronawirusa ze zwykłym przeziębieniem. Katar, ból gardła, kaszel – wszystko pasuje do sezonowych zakażeń. Kiedy jednak rośnie liczba zachorowań na SARS-CoV-2, lekarze opisują przypadki, które potrafią zaskoczyć nawet osoby przyzwyczajone do kolejnych fal niedawnej pandemii.

Wirus się zmienił, nasze doświadczenia z nim również.

Czy epidemiologia nadąża za życiem?

Covid-19 miał kiedyś własny kalendarz, konferencje prasowe i codzienne statystyki. Dziś zszedł na dalszy plan, jakby po kilku latach uznał, że nie wypada już przeszkadzać ludziom w powrocie do normalności.

Czy widać wzrost zachorowań? Z danych Centrum e-Zdrowia wynika, że w pierwszej połowie października tego roku notowano 6,5 przypadku na 100 tys. mieszkańców tygodniowo, ale w ostatnim tygodniu (12–18 X) ten wskaźnik zmalał do 5,8. W porównaniu z podobnym okresem rok i dwa lata temu sytuacja jest wyraźnie korzystniejsza, bo w 2024 r. o identycznej porze roku odnotowywano 45,3 przypadków na 100 tys., a w 2025 – 67.

Ale liczby te nie pokazują pełnej skali zjawiska. I na pewno nie świadczą o tym, że Covid-19 to już zapomniana zaraza. Dziś znacznie rzadziej wykonujemy testy, a wielu pacjentów w ogóle nie sprawdza, co jest źródłem ich dolegliwości. Jeśli katar i ból gardła mijają po kilku dniach, mało kto ma ochotę na diagnostyczne śledztwo. Oficjalne statystyki rejestrują więc przede wszystkim tę część zakażeń, która została rozpoznana i zgłoszona. Reszta pozostaje w domach, biurach i tramwajach – poza epidemiologicznym radarem. To jeden z paradoksów obecnej sytuacji: koronawirus może być mniej widoczny w statystykach właśnie dlatego, że stał się bardziej zwyczajny na co dzień.

SARS-CoV-2 to wirus nie tylko na jesień

W powszechnej świadomości to grypa ma swoją porę roku – z nadejściem sezonu infekcyjnego przybywa chorych, a wiosną zwykle odczuwamy ulgę. Covid-19 nie jest chorobą, która budzi się dopiero z pierwszym chłodem. Koronawirusy mogą przenosić się przez cały rok, a ich sezonowość jest bardziej złożona – na wzrost liczby zakażeń wpływają zarówno zmiany w odporności populacji i pojawianie się nowych wariantów, jak i nasze zachowania.

Jesienią spędzamy więcej czasu w pomieszczeniach, rzadziej wietrzymy mieszkania, częściej podróżujemy komunikacją miejską w ścisku. Wystarczy kilka osób z infekcją w zatłoczonym wagonie, żeby wirus otrzymał więcej okazji do znalezienia kolejnych gospodarzy. Nie ma przy tym potrzeby, by każdy kaszel w autobusie traktować jak zapowiedź kolejnej pandemii. Większość infekcji nie kończy się dziś dramatycznie, a odporność zdobyta dzięki szczepieniom i wcześniejszym zakażeniom sprawia, że organizm wielu osób potrafi skuteczniej ograniczać przebieg choroby. To istotna różnica w porównaniu z początkiem 2020 r.

Nie oznacza jednak, że SARS-CoV-2 stał się biologicznie niegroźny. Nie zniknęło ryzyko ciężkiego przechorowania, powikłań ani długotrwałych następstw infekcji. Nie ma powodu, by zakładać, że infekcja, którą przechodzi łagodnie kolega z pracy, będzie równie łagodna u jego 80-letniej matki.

PJ.2.1 w statystykach, stratus w gabinetach

Koronawirus wciąż się zmienia. Kolejne podwarianty omikronu zdobywają przewagę nad poprzednimi, m.in. dzięki zmianom ułatwiającym im zakażanie ludzi, którzy mają już pewien poziom odporności.

W polskich danych epidemiologicznych za znaczną część wykrytych zakażeń odpowiada obecnie podwariant PJ.2.1. Równocześnie lekarze i wirusolodzy zwracają uwagę na XFG, nazywany stratusem, który rozprzestrzenił się także w Europie. W publicystycznym żargonie to „amerykański Covid” – odpowiada teraz za dramatyczne statystyki w Wlk. Brytanii, gdzie w ciągu zaledwie jednego miesiąca liczba oficjalnie potwierdzonych zakażeń skoczyła o blisko 230 proc., a liczba pacjentów wymagających opieki szpitalnej wzrosła o 420 proc.

Dlaczego zatem w jednym miejscu słyszymy o PJ.2.1, a w drugim o stratusie? Nie musi to oznaczać, że ktoś się pomylił. Dane laboratoryjne opisują próbki, które rzeczywiście przebadano. Lekarz rodzinny widzi natomiast pacjenta z gorączką, bólem gardła, kaszlem i biegunką. Może podejrzewać Covid-19, ale bez testu i sekwencjonowania nie jest w stanie ustalić, który wariant wywołał zakażenie. Między oficjalnym obrazem epidemiologicznym a codziennością gabinetu może więc powstawać luka. Jeśli liczba wykonywanych testów jest niewielka, a sekwencjonowaniu poddaje się tylko część dodatnich próbek, dane o wariantach nie muszą w pełni odzwierciedlać tego, co aktualnie krąży wśród ludzi. W dodatku same objawy nie pozwalają odróżnić stratusa od PJ.2.1 ani od innych krążących odmian. Sama nazwa wariantu nie przesądza też o ciężkości choroby. O tym, jak zakażenie przebiegnie u konkretnej osoby, decydują jej wiek, stan zdrowia, odporność oraz wcześniejsze kontakty z zarazkiem.

Przeziębienie, grypa czy Covid?

Kliniczny obraz dzisiejszego koronawirusa potrafi skutecznie wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej doświadczonego diagnostę. Infekcja często bowiem maskuje się pod postacią klasycznych, jesiennych dolegliwości – z kaszlem, katarem i drapaniem w gardle – a zarazem potrafi zaserwować zestaw atrakcji żołądkowych, które wpędzają w czarną rozpacz. U dorosłych kończy się to ostrymi problemami gastrycznymi i biegunką, u dzieci częściej uporczywymi nudnościami. Do tego dochodzi gorączka rzadko przekraczająca 40 st. C, ale wspomniany kaszel bywa suchy, głęboki, utrzymujący się nawet do miesiąca. Wielu pacjentów panikuje do tego stopnia, że lekarze zmuszeni są zlecać profilaktyczne prześwietlenia płuc, by upewnić się, że w klatce piersiowej nie dzieje się nic gorszego. Co ciekawe, na scenę powraca także dawny, niemal zapomniany hit z wczesnych lat pandemii –zaniki węchu i smaku, którym towarzyszy silny ból gardła i chrypka. Wirus ewoluuje, ale nie zapomina swoich korzeni.

Nie ma więc jednego zestawu symptomów, który pozwoliłby z całą pewnością powiedzieć: to właśnie covid. Grypa, zakażenia innymi koronawirusami, RSV i liczne wirusy wywołujące przeziębienie mogą dawać bardzo podobne dolegliwości. Dlatego diagnozowanie wariantu na podstawie tego, że boli gardło albo kaszel jest wyjątkowo dokuczliwy, pozostaje zgadywaniem. Również ujemny wynik szybkiego testu nie zawsze rozstrzyga sprawę. Znaczenie ma moment wykonania badania, jakość pobrania próbki i czułość. Jeśli objawy są nasilone, utrzymują się lub stan zdrowia się pogarsza, warto skonsultować się z lekarzem, zamiast traktować pojedynczy wynik jako niepodważalny wyrok.

Epidemia, której nie widać

Największa zmiana od czasów lockdownów nie polega wyłącznie na tym, że część zakażeń przebiega łagodniej. Zmienił się również sposób, w jaki je wykrywamy. Na początku pandemii testowanie było jednym z podstawowych narzędzi śledzenia epidemii. Dziś wiele osób nie wykonuje testu, bo nie widzi takiej potrzeby, a część chorych w ogóle nie trafia do lekarza. Jak pewnie myśli wielu: po co psuć sobie humor patyczkiem w nosie, skoro można po prostu zażyć symboliczny Gripex i pójść do pracy zarażać kolegów z biurka obok?

Jeżeli ktoś przez trzy dni ma katar i ból gardła, a potem wraca do pracy, jego infekcja nie pojawi się w statystykach. Jeśli zakażenie przejdzie w podobny sposób kilka osób z jednego biura, w oficjalnych raportach nadal może nie być śladu po małym ognisku epidemicznym. Wirus nie potrzebuje jednak wpisu w systemie, żeby przenieść się na kolejną osobę.

Dla osób starszych, przewlekle chorych czy z obniżoną odpornością sytuacja może być poważniejsza. W dodatku zakażenie, którego nie rozpoznaliśmy, może zostać przeniesione na kogoś, dla kogo nie będzie już zwykłym przeziębieniem.

Chętnych do szczepień nie ma

W sezonie 2026/2027 szczepienia przeciw Covid-19 w Polsce są nadal bezpłatne. Ministerstwo Zdrowia zakupiło preparat, a koszt kwalifikacji i wykonania szczepienia finansuje NFZ. Dostępna jest zaktualizowana szczepionka mRNA. Osoby w wieku 12 lat i starsze otrzymują jedną dawkę, natomiast dla młodszych dzieci przewidziano dawki pediatryczne i odpowiednie schematy szczepienia.

Zmieniła się jednak organizacja. Nie wystawia się już automatycznych e-skierowań w ramach populacyjnej akcji, do której przyzwyczailiśmy się w poprzednich sezonach. Trzeba samodzielnie skontaktować się z przychodnią POZ lub apteką realizującą szczepienia i umówić termin. Dla dorosłych dostępne są oba rodzaje punktów, dzieci szczepi się w przychodniach.

To nie jest szczególnie skomplikowana procedura, ale wymaga od pacjenta inicjatywy. W ochronie zdrowia nawet niewielka przeszkoda organizacyjna potrafi skutecznie ostudzić zapał. Zwłaszcza wtedy, gdy choroba przestała budzić powszechny lęk, a szczepienie nie wydaje się pilne.

Na tym tle pojawiają się sygnały o niewielkim zainteresowaniu szczepieniami. Z relacji dotyczących rynku wynika, że niektóre punkty nie chcą zamawiać większych ilości preparatu, bo obawiają się, że zainteresowanie będzie zbyt małe, by wykorzystać zamówioną partię. Szczepionki wymagają właściwego przechowywania, planowania dostaw i organizacji pracy – jeśli pacjentów zgłasza się niewielu, punkt szczepień może uznać, że nie warto zamawiać preparatów na zapas. Gdy jednak nie ma preparatu na miejscu, trudniej zaszczepić tych, którzy jednak się zdecydują. Niska frekwencja ogranicza dostępność, a ograniczona dostępność może jeszcze bardziej zmniejszać frekwencję. Powstaje błędne koło, którego nie rozwiąże samo zapewnienie, że szczepienie jest darmowe.

Kto powinien szczególnie uważać

Największe ryzyko ciężkiego przebiegu Covid-19 nadal dotyczy osób starszych, zwłaszcza po 75. roku życia, osób z obniżoną odpornością oraz z chorobami przewlekłymi: płuc, serca i nerek, chorych na cukrzycę, pacjentów onkologicznych oraz osób przyjmujących leki osłabiające odpowiedź immunologiczną. Szczepienie jest również zalecane kobietom w ciąży, pensjonariuszom placówek opieki długoterminowej oraz personelowi medycznemu.

Szczepienie nie daje gwarancji, że człowiek nie zachoruje. Jego celem jest przede wszystkim ograniczenie ryzyka ciężkiego przebiegu. Odporność po szczepieniu i wcześniejszym zakażeniu może z czasem słabnąć, a zmiany w wirusie ułatwiają mu omijanie części mechanizmów obronnych organizmu.

Nie oznacza to, że każdy katar wymaga natychmiastowego testowania, a każda podróż tramwajem – maski i kombinezonu ochronnego. Rozsądek nie musi oznaczać odtwarzania lockdownu. Warto jednak zostać w domu, gdy ma się gorączkę i objawy infekcji, wietrzyć pomieszczenia, unikać bliskiego kontaktu z osobami szczególnie narażonymi, a w zatłoczonych przestrzeniach rozważyć maseczkę, zwłaszcza gdy sami jesteśmy chorzy lub przebywamy wśród osób z grup ryzyka. Jeśli pojawia się duszność, ból w klatce piersiowej, wyraźne pogorszenie stanu zdrowia albo objawy nie ustępują, potrzebna jest konsultacja medyczna.

Normalność nie oznacza niepamięci

Nie da się utrzymywać społeczeństwa w stanie alarmu przez całe lata. Zmęczenie pandemią jest zrozumiałe, a powrót do codzienności potrzebny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zniknięcie tematu z nagłówków uznajemy za dowód, że zniknęło samo zagrożenie.

Covid-19 nie musi już definiować naszego życia, żeby pozostać jedną z infekcji, które warto brać pod uwagę. Jego obecność jesienią nie jest powodem do paniki. Jest dowodem, by nie zakładać automatycznie, że każda infekcja to zwykłe przeziębienie, a każdy chory może bez konsekwencji przyjść do pracy (a przeziębione dziecko – do szkoły).

Grypa mocniej zakorzeniła się w naszej pamięci, bo od pokoleń kojarzymy ją z jesienią i zimą. Covid-19 ma za sobą wyjątkowo dramatyczną historię, ale pamięć o pandemii szybko ustępuje miejsca codziennym sprawom. W autobusie lub biurze czy szkolnej klasie nie ma sensu wypatrywać kolejnej mutacji jak bohatera horroru. Warto natomiast pamiętać, że osoba kaszląca obok może mieć nie tylko przeziębienie, a własna infekcja nie zawsze jest tak niewinna, jak podpowiada pierwsze wrażenie. Pandemia nauczyła nas, że wirusy potrafią zmienić świat. Być może jej mniej widowiskowa lekcja brzmi tak: nawet kiedy świat przestaje się nimi interesować, one nie przestają istnieć. I należy traktować je poważnie – nie ze strachu, ale ze zwykłego, dobrze pojętego szacunku do własnego zdrowia.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną