Elektrownia jądrowa w Czarnobylu. Elektrownia jądrowa w Czarnobylu. Shutterstock
Człowiek

Dezinformacja większa niż radiacja

Nieprecyzyjne informacje o atakach na ukraińskie elektrownie atomowe, niewyraźne przekazy wideo, nieobecność ekspertów – to kombinacja groźniejsza niż putinowskie pociski dalekiego zasięgu.

Wojska rosyjskie demolują Czarnobyl. Elektrownia atomowa w Zaporożu stoi w ogniu. Reaktory zaraz eksplodują. Chmura radioaktywnego pyłu ruszy na wolny świat. Atomowa apokalipsa jest bliska. Trzeba stanąć w kolejce do apteki po płyn Lugola. Takie myśli przychodzą nam do głowy po prześledzeniu doniesień medialnych. I o wywołanie dokładnie takiego wrażenia, odczucia takiej egzystencjalnej trwogi, chodzi Władimirowi Putinowi. Nieprecyzyjne informacje, niewyraźne przekazy wideo, nieobecność ekspertów – to kombinacja groźniejsza niż rosyjskie pociski dalekiego zasięgu.

Informacje o kolejkach po jodek potasu pojawiły się już chwilę po doniesieniach o tym, że wojska rosyjskie zajęły Strefę Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej 24 lutego. Strefa to niedostępny dla osób postronnych obszar o powierzchni blisko 5 tysięcy kilometrów wokół sarkofagu, pod którym „pochowano” blok reaktora uszkodzony w 1986 r.

Świat obiegły zdjęcia żołnierzy rosyjskich i pojazdów bojowych na tle tamtejszych instalacji. Tymczasem elektrowni czarnobylskiej nikt nie zdobywał, nie było ofiar ani strat.

Członkowie Polskiego Towarzystwa Nukleonicznego, stowarzyszenia zrzeszającego specjalistów związanych z szeroko rozumianą atomistyką, utrzymują stały kontakt z Valerijem Seidą, dyrektorem elektrowni, i jego kolegami. Śledzą wydarzenia tam – i w całej Ukrainie. – W Strefie Wykluczenia nie było żadnych walk – mówi dr hab. Marek Rabiński, profesor Narodowego Centrum Badań Jądrowych zajmujący się fizyką i inżynierią plazmy wysokotemperaturowej, znawca tematyki energetyki jądrowej, człowiek, który elektrownię atomową w Czarnobylu odwiedzał wielokrotnie.

Gwardia Narodowa Ukrainy strzegąca terenu elektrowni poddała się bez jednego strzału – bo i nie było sensu iść z karabinami przeciwko czołgom (jej członkowie pozostają na terenie elektrowni – bez broni i pod kontrolą Rosjan chronią obiekt). Jedynymi poszkodowanymi są członkowie załogi obsługującej elektrownię. Wstrzymano rotację zmian, a ci pracownicy, których dwunastogodzinna szychta przypadła na pojawienie się wojsk rosyjskich, pozostają na terenie elektrowni. Żyją, pracują, przygotowują sobie posiłki korzystając z zakładowej stołówki. Bardziej zagrożeni są – być może – żołnierze rosyjscy. Koła ich pojazdów opancerzonych wzbiły zawierający niewielkie ilości substancji radioaktywnych pył, który oni wdychali.

Jedyne realne zagrożenie skażeniem mogłoby wynikać z ataku na instalacje służące do przechowywania i przerabiania zużytego paliwa jądrowego. Prof. Rabiński przypuszcza, że Rosjanie mogliby chcieć zorganizować jakąś prowokację kwestionującą zdolność Ukrainy do kontrolowania zużytych materiałów rozszczepialnych. Przezorni Ukraińcy dołożyli jednak wszelkich starań, żeby tak się nie stało.

Sarkofag rozpięty nad blokiem reaktora, w którym prawie 36 lat temu doszło do eksplozji, pozostaje hermetyczny (mówiąc precyzyjniej chodzi o Arkadę – nowy, drugi sarkofag, pod którym znajduje się stara, demontowana właśnie osłona). Poziom promieniowania wokół elektrowni nie wzrósł.

Fala nieprecyzyjnych informacji oraz idąca w ślad za nią panika zostały też wzbudzone przez wydarzenia w Zaporoskiej Elektrownii Jądrowej, największej ze wszystkich piętnastu tego typu instalacji w Ukrainie. Wojska rosyjskie opanowały także i ją, a jeden z pocisków wywołał pożar.

Podkreślić należy jednak stanowczo, że ostrzelany został budynek tamtejszego ośrodka szkoleniowego, a nie reaktor – mówi prof. Rabiński. Potwierdził to niedawno także szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. W ośrodku znajduje się między innymi trenażer – czyli swego rodzaju symulator elektrowni atomowej – na którym szkolą się jej operatorzy.

Moim zdaniem Rosjanom wyraźnie chodziło o wywołanie efektu propagandowego – stwierdza prof. Rabiński. Dochodzą słuchy, że atakującym chodziło tylko o sfotografowanie się na tle elektrowni i „rozliczenie się” w ten sposób z wykonania zadania. – Podejrzewam, że tak właśnie było.

Nawet Rosjanie – to już nasze przypuszczenie – wydają się zachowywać na tym akurat wycinku wojny odrobinę racjonalności i omijają szerokim łukiem wszystko co radioaktywne. Ale reakcja łańcuchowa na całym świecie trwa.

Reklama

Reklama