Lwowska „Statua Wolności” na dachu Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego. Lwowska „Statua Wolności” na dachu Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego. Shutterstock
Człowiek

Surrealizm w piekle. Nauka się broni przed Putinem

Uczeni z karabinami, zapomniana wiedza, zrujnowane kolekcje i infrastruktura – ofiarą wojny w Ukrainie jest również nauka. W cieniu niespotykanej od dziesięcioleci wędrówki ludów trwają próby choćby częściowego jej ocalenia.

„Całe pokolenie uczonych, a może nawet dwa, zostaną całkowicie wyniszczone” – taka była pierwsza refleksja Brokoslawa Laschowskiego, ukraińsko-kanadyjskiego podstdoka na University of Toronto, kiedy rozpoczęła się inwazją Rosji na Ukrainę. Przed nią działało ok. 80 tysięcy naukowców.

Większość mężczyzn – tych, którzy nie przekroczyli 60. roku życia – została objęta zakazem opuszczania państwa. Ilu do tej pory zginęło, nie wiadomo. Międzynarodowy ruch pomocowy Science for Ukraine skupia się więc głównie na kobietach nauki. Szuka im nowego zajęcia na przymusowej emigracji. Niektóre nadal są na miejscu – jak Veronika Lipatova, astronomka z Charkowa, która została ratowniczką.

Rosjanie niszczą też infrastrukturę. W ataku ucierpiał Uniwersytet Przyrodniczy w Chersoniu. Dzień po ataku na szpital położniczy w Mariupolu bomby spadły też na Politechnikę Charkowską – i zainstalowany tam akcelerator liniowy oraz reaktor produkujący neutrony używane później w eksperymentach. Mniejszą i lżejszą aparaturę naukowcy chowają w piwnicach – tych samych, w których ukrywano sprzęt naukowy przed Niemcami w czasach II wojny światowej.

Nietoperze, bransolety i zarodki

Kiedy 24 lutego Anton Vlaschenko, biolog z Charkowa, usłyszał dźwięki spadających na miasto bomb, postanowił zjeść solidniejsze niż zwykle śniadanie. Zaraz potem pobiegł do Ukraińskiego Centrum Rehabilitacji Nietoperzy – największej w Europie Wschodniej lecznicy dla tych ssaków. Przez całą dobę przenosił zahibernowane zwierzęta z lodówek do specjalnych klatek, a z nich – na wolność, by znalazły sobie jeszcze schronienie na ostatnią część zimy.

Zabrał z Centrum cenną kolekcję 2 tysięcy czaszek gatunku Nyctalus noctula i zabezpieczył w domu tak, by była gotowa do kolejnych przenosin, jeśli zajdzie potrzeba. W domu też znalazły schronienie nietoperze zbyt słabe, by mogły odlecieć.

Scytyjska broń i kły mamuta – wszystkie najcenniejsze przedmioty zgromadzone w Narodowym Muzeum Historii Ukrainy też przenoszone są w miejsca, które wydają się stosunkowo bezpieczne. W tym nieszczęściu Ukraińcy mają też odrobinę szczęścia – pisze w „Science” Andrew Curry. Ponad tysiąc obiektów z kijowskiego muzeum trafiło do Aarhus, do Muzeum Moesgaard. Udało się w ostatniej chwili – kilka transportów dotarło do Danii już w pierwszych dniach wojny.

W Aarhus otwarto wystawę. Nabrała ona nadspodziewanie symbolicznego – i ironicznego – wymiaru. Poświęcona jest czasom między 800 a 1050 rokiem p.n.e., kiedy Wikingowie ustanowili Kijów jednym z kluczowych punktów w ich sieci handlowej, i który to moment uważa się za narodziny ukraińskiej tożsamości narodowej.

Ratować trzeba też tysiące ludzkich zarodków zgromadzonych w klinikach leczenia niepłodności. To niełatwe, bo ciekły azot, którym się je chłodzi, jest w tej chwili w Ukrainie towarem niemal niedostępnym. Olga Malyuta z prywatnej kliniki w Kijowie cudem zdołała zapakować 20 tysięcy zarodków do 25 naczyń Dewara i uciec na Słowację. „To surrealistyczne. Trudno sobie wyobrazić, że wszystko to dzieje się w XXI wieku” – mówiła Richardowi Stone’owi z „Science”.

Terabajty, skany i serwery

Między Ukrainą i resztą świata trwa przesył ludzi – ale i danych. W świat idą skany zdjęć skamielin, roślin, zwierząt. W tym terabajty trójwymiarowych obrazów wodnych ssaków sprzed 40 mln lat, zgromadzone w Instytucie Zoologii im. I.I. Schmallhausena w Kijowie. Długich na 10 metrów oryginałów przenieść do schronów dziś nie sposób.

Liczne grupy usiłują zapobiec sytuacji znanej z Iraku, Syrii czy Mali, gdzie kompletnej dezintegracji uległy całe wspaniałe kolekcje tamtejszych muzeów i instytucji naukowych. Idzie to zbyt powoli, bo jakość połączenia bywa różna. Ale raczej nie dojdzie do katastrofy, jakiej paleontologia europejska doświadczyła podczas II wojny światowej. Mając cyfrowe archiwa, naukowcy będą w stanie rozpocząć pracę od nowa.

Ma w tym swój udział inicjatywa SUCHO, czyli Saving Ukrainian Cultural Heritage Online (Internetowa Ochrona Kulturowego Dziedzictwa Ukrainy). Ochotnicy – archiwiści, bibliotekarze, programiści – z całego świata tworzą duplikaty cyfrowych zasobów ponad tysiąca ukraińskich instytucji naukowych i kulturalnych – na wypadek zniszczenia tamtejszych serwerów.

Inicjatywa SUCHO, czyli Saving Ukrainian Cultural Heritage Online, zrzesza specjalistów w dziedzinie ochrony dziedzictwa kulturowego. Odszukują oni ukraińskie zasoby cyfrowe zagrożone największym ryzykiem zniszczenia – i zabezpieczają na zewnętrznych serwerach.

Jak można dołączyć do SUCHO?

Najpierw zajrzyjcie na tę oto stronę i zapoznajcie się z zasadami funkcjonowania inicjatywy.

Jeśli macie sugestie, które zasoby w Ukrainie warto chronić, zgłoście ich adres tutaj.

Jeśli znacie język rosyjski lub ukraiński, zarejestrujcie się jako ochotnik/ochotniczka.

Poza Ukrainę powędrowały np. zawartości twardych dysków z Regionalnego Muzeum w Czerkasach. A na nich wyniki badań nomadycznych jeźdźców ze wschodnioeuropejskich stepów, którzy pięć tysięcy lat temu ruszyli na zachód – pozostawiając ślad w naszym genomie i materii (kurhany kultury grobów jamowych).

Protest, bezsilność i milczenie

A co dzieje się w Rosji? Część tamtejszych naukowców znalazło się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Niektórzy – jak wykładowcy, absolwenci i studenci Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego im. M.W. Łomonosowa – otwarcie sprzeciwają się agresji na Ukrainę. To trudny do przecenienia akt odwagi cywilnej. Ilya Schurov z Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie mówi o swojej bezsilności: „Znaleźliśmy się w piekle”.

Wielu ludzi nauki w Rosji pozostaje jednak obojętnych. Ukraińska Narodowa Fundacja Badań Naukowych rozesłała do rosyjskich kolegów i koleżanek apel wzywający do protestów przeciw wojnie. Potężna większość z 50 tysięcy adresatów milczy.


Artykuł powstał na na podstawie informacji z „Science”.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną