Mała epoka lodowcowa w sztuce: „Łowcy na śniegu”, Pieter Breugel Starszy (1525/1530–1569). Mała epoka lodowcowa w sztuce: „Łowcy na śniegu”, Pieter Breugel Starszy (1525/1530–1569). Kunsthistorisches Museum Wien / Wikipedia
Człowiek

Koniec świata, czyli początek

Dr hab. Adam Izdebski

jest historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego i kierownikiem międzynarodowej grupy badawczej zajmującej się historią środowiskową w Max Planck Institute for the Science of Human History. Autor i współautor wielu artykułów w prestiżowych czasopismach naukowych oraz kilku książek, w tym „Ekobiografii Krakowa”.Arch. pryw. Dr hab. Adam Izdebski jest historykiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego i kierownikiem międzynarodowej grupy badawczej zajmującej się historią środowiskową w Max Planck Institute for the Science of Human History. Autor i współautor wielu artykułów w prestiżowych czasopismach naukowych oraz kilku książek, w tym „Ekobiografii Krakowa”.
Zmiana klimatu to oczywiście wielkie wyzwanie, ale nie musi oznaczać katastrofy. Dawne społeczeństwa wykazywały niezwykłą zdolność adaptacji do nowych warunków – mówi dr hab. Adam Izdebski.

Tomasz Targański: – W kontekście państw i cywilizacji bardzo często mówi się o upadku. Czy nie nadużywamy tego słowa? Przecież Rzymianie z Europy nie zniknęli w VI w. po załamaniu Cesarstwa Zachodniorzymskiego, ani Majowie z Jukatanu w IX w. po zakończeniu klasycznego okresu ich cywilizacji…

Adam Izdebski: … ani Polacy po III rozbiorze. Zgadzam się. Pojęcie upadku – rozumianego jako załamanie struktury państwa – jest właściwie bezużyteczne z punktu widzenia historycznego. Niczego nie tłumaczy, a jednocześnie sprowadza do jednego mianownika skrajnie różne zjawiska. Upadek często jest doświadczeniem tylko jednej grupy społecznej – elity tworzącej państwo – tak właśnie było w przypadku szlachty i Rzeczpospolitej. Swoista fascynacja upadkiem jest pokłosiem XIX-wiecznego nacjonalistycznego spojrzenia na przeszłość. Wówczas narodziło się myślenie, że historia to dzieje państwa i jego ciągłości w czasie. Jej zaniknięcie interpretowano jako coś złego, regres. W przypadku Polski jest to szczególnie widoczne – rok 1795 to dla nas symbol katastrofy. Tyle że rozbiory jako wydarzenie polityczne bezpośrednio dotknęły jedynie niewielki procent ludności Rzeczpospolitej. Znacząca większość – czyli chłopi – odczuli zmianę w ograniczonym stopniu. Okres zaborów dał również niezliczone dowody plastyczności polskiego społeczeństwa, które musiało odnaleźć się w trzech różnych systemach imperialnych. Losy chłopów, mieszczan czy Żydów w znaczący sposób odbiegały od dziejowej narracji o ucisku i niewoli. W tym sensie nasza historia po 1795 r. mogłaby być fascynująca opowieścią, że istnieje życie po upadku.

W każdym tąpnięciu na szczytach władzy czy regresie politycznym upatrujemy zatem katastrofy. Co w ten sposób tracimy?

Okazję do badania niezliczonego bogactwa zjawisk społecznych, które są reakcją na kryzys. Różne grupy radzą sobie z nim inaczej. W historii istnieją mniej lub bardziej sprawiedliwe przypadki transformacji. Są oczywiście upadki, które zostawiają głęboki ślad na każdym poziomie życia społecznego, ale są też takie, które oznaczają zdjęcie pewnych obciążeń, otwierają nowe pola do działania i umożliwiają awans. Sięgając jeszcze raz po przypadek Rzeczpospolitej: zamieszkujący ją ludzie odnaleźli się przecież w systemach państw zaborczych, a często wręcz na zmianie skorzystali, otrzymując nowe prawa. Dla zachodniej części kraju, przede wszystkim Wielkopolski, Kujaw i Pomorza, był to ogromny skok rozwojowy. Wchłaniając te ziemie Prusy zapewniały lepszą strukturę instytucjonalną i prawną, dostęp do infrastruktury.

„Demokratyzacja” pojęcia upadku to jedno. Przyczyny dziejowych zmian, to co innego. Artykuł opublikowany w ubiegłym roku na łamach „Nature”, którego był Pan współautorem dowodził, że uniwersalnym kluczem, za pomocą którego w ostatnich latach nauka tłumaczy społeczne i polityczne katastrofy, stał się klimat. Dlaczego?

Częściowo dlatego, że naukowcy czują, iż ciąży na nich odpowiedzialność społeczna. Chcą zatem pokazać negatywne skutki zmian klimatycznych, a wizja katastrofy ma zmobilizować do działania na rzecz walki z globalnym ociepleniem. Niestety efekt często jest przeciwny. Odpowiedzią na klimatyczny katastrofizm jest bierność albo depresja. Nasze badanie idzie wbrew temu trendowi. Zmiana klimatu to oczywiście wielkie wyzwanie, ale nie musi oznaczać katastrofy. Dawne społeczeństwa wykazywały niezwykłą zdolność adaptacji do nowych warunków.

Mała epoka lodowcowa w sztuce: „Zamarznięta Tamiza”,  Abraham Hondius (ok. 1631–1691).HERITAGEIMAGES/BE&WMała epoka lodowcowa w sztuce: „Zamarznięta Tamiza”, Abraham Hondius (ok. 1631–1691).

Obowiązujący schemat wpływu klimatu na historię przypomina efekt domina: na skutek ocieplenia bądź ochłodzenia pojawiają się problemy ze zbiorami oraz zaopatrzeniem w żywność, co rodzi niestabilność polityczną, w efekcie dochodziło do zmiany dynastii albo rewolucji. Czy to się sprawdza?

Czasami tak, czasami nie. Aby dobrze zrozumieć złożoność tego problemu należy przede wszystkim myśleć o ludzkich społecznościach – wraz z ich instytucjami, kulturą i życiem gospodarczym – jak o części systemów społeczno-przyrodniczych. Jako ludzie jesteśmy wpleceni w sieć, na którą składają się zarówno małe ekosystemy w naszych jelitach, jak i wielkie agroekosystemy czy siatki lasów, zapewniające stabilność całych krajobrazów. Wpływ klimatu na tę właśnie sieć jest bardzo różnorodny. W tym kontekście spadek produktywności w rolnictwie jako efekt wahań pogodowych może się pojawić, ale wcale nie musi. Schemat łączący klimat z gwałtownymi przemianami politycznymi sprawia natomiast wrażenie, że wszystkie jego elementy mają bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy. Tymczasem każdy system ma swoją odporność – rozumianą jako zdolność do przyjmowania szoków – co sprawia chociażby, że regularne wahania temperatur czy opadów, w pewnych granicach, nie wywołają bezpośredniej reakcji. Zresztą nawet duże wahnięcia, poza ten zakres, mogą nie doprowadzić do spodziewanych niepokojów społecznych. Ale niewykluczone, że dojdzie do reakcji np. na poziomie kulturowym.

W jaki sposób?

Tu muszę odwołać się do innych badań, jakie przeprowadziłem wspólnie z Robertem Wiśniewskim z Uniwersytetu Warszawskiego [publikacja w „Climatic Change” – przyp. pulsara]. Na podstawie próbek nacieków jaskiniowych w północnych Włoszech geolodzy z Pizy ustalili, że cała północna Italia w VI w. była regionem dotkniętym ulewnymi deszczami i powodziami. Do niedawna uchodziło to za jeden z czynników upadku rzymskich struktur w Italii. Tyle, że to nieprawda. Ówczesny ostrogocki namiestnik Italii, Kasjodor, opisał w pamiętnikach, że państwo sprawnie budowało kanały i umocnienia, czym zaprezentowało zdolność do „przyjęcia szoku”. Reakcją na wzrost opadów na poziomie kulturowym było natomiast pojawienie się nieobecnego we wcześniejszej literaturze motywu cudów „wodnych”, w których święci ściągali lub zatrzymywali gwałtowne deszcze, burze i powodzie. Na przykład św. Frigdianus za pomocą patyka miał zmienić bieg rzeki Serchio w Lukce, a święta Scholastyka przywołać burzę, żeby móc zostać na noc u świętego Benedykta. Wahanie klimatu odbiło się zatem w umysłowości współczesnych, pobudziło ich wyobraźnię, a poza tym dało Kościołowi okazję do promowania światopoglądu, w którym największy wpływ na nadprzyrodzone zjawiska mają ludzie związani ze sferą duchową, przede wszystkim biskupi. Wszystko to miało związek ze wzrostem ich znaczenia – w VI w. w Italii biskupi coraz częściej występują w roli naturalnych organizatorów i przywódców społeczności miejskich.

Jakie praktyczne działania ludzie podejmowali w obliczu zmian klimatycznych?

Na przykład rozwijali uprawy na terenach, gdzie dotychczas nie było to możliwe. Podczas późnoantycznej małej epoki lodowcowej (VI w.), kiedy zrobiło się bardziej wilgotno, społeczeństwo Cesarstwa Rzymskiego było w stanie wprowadzać uprawy i promować osadnictwo na terenach, które dotychczas były zbyt suche. W XV-wiecznych Niderlandach podczas małej epoki lodowcowej (XIII–XIX w.): tamtejsi rolnicy stopniowo odchodzili od uprawy zbóż, zmieniając pola w pastwiska dla bydła, zakładając ogrody warzywne lub farmy mleczne.

Inną strategią było rozszerzenie sieci handlowych.

Zgadza się. One zapewniają swoistą siatkę bezpieczeństwa – poleganie wyłącznie na własnych zasobach w niepewnych czasach mogło stanowić zagrożenie. Na przykład Cesarstwo Rzymskie w czasach Justyniana, w VI w., było wielkim śródziemnomorskim imperium i podczas gdy wahnięcia warunków klimatycznych mogły mieć niekorzystny wpływ na produktywność rolnictwa i wpływy podatkowe w jednym regionie, na innych obszarach wahadło mogło przechylać się w drugą stronę, albo nie działo się nic. Wystarczało sprawnie zarządzać istniejącymi zasobami i mieć odpowiednią infrastrukturę.

A w jaki sposób wahania klimatu oddziałują na systemy polityczne i instytucjonalne?

W teorii wygląda to tak, że system przyjmuje szok i się zmienia. Można to porównać do kryzysu przeżywanego indywidualnie – po uporaniu się z nim jesteśmy jakby innymi ludźmi. Ze społeczeństwami jest podobnie. Jedne państwa wprowadzają zmiany odważniej, inne nie. Najczęściej zależy to od wielkości zasobów i elastyczności społeczeństwa. Dziś wiele mówi się o tym, że w wyniku pandemii ogromnie zwiększył się dług publiczny, z kolei w XIII w., kiedy po wybuchu wulkanu w Indonezji nastąpiło kilkuletnie pogorszenie pogody na całej kuli ziemskiej, a w Europie nastąpiły częstsze niż zwykle okresy głodu, pojawiły się nowego rodzaju pożyczki umożliwiające zakup zboża. Transformację całego państwa doskonale widać też na przykładzie Cesarstwa Wschodniorzymskiego, gdzie w wyniku kryzysu VII w. nastąpiła zmiana struktur, instytucji, osadnictwa wojskowego, systemu podatkowego, organizacji armii, a nawet form kultu religijnego. Słowem obserwujemy całkowitą przebudowę państwa: w miejsce Cesarstwa Wschodniorzymskiego narodziło się Bizancjum.

Co konkretnie decydowało o tym, że jednym społeczeństwom udało się przetrwać wahania klimatu a innym nie?

Czasem wcale nie trzeba było wymyślać koła na nowo – wystarczyło sięgnąć do już istniejących zasobów. Podczas nowożytnej małej epoki lodowcowej Holendrzy zdołali wykorzystać tradycyjne kontakty handlowe z Gdańskiem i w XVI w. ogromnie zwiększyli import zboża z terenów Rzeczpospolitej. Dzięki temu widmo głodu nie tylko nie zaglądało w oczy ich własnej ludności, ale mieli go tyle, że mogli spekulować nim w całej Europie. Wszystkie niezbędne do uruchomienia tego lukratywnego systemu zasoby mieli już w ręku: powiązania z regionem Morza Bałtyckiego, flotę handlową i – co chyba najważniejsze – kapitał. Równocześnie był to kraj ze stosunkowo nieliczną arystokracją, mało rozbudowaną hierarchią społeczną, gdzie pole działania dla przedsiębiorczych jednostek było większe.

Niektórzy badacze wskazują, że nowożytna mała epoka lodowcowa szczególnie mocno odbiła się na Rzeczpospolitej, a kryzys państwa w połowie XVII w. to częściowo jej skutek. Czy nauka zweryfikowała ten osąd?

Przykład Rzeczpospolitej jest fascynujący, ponieważ stanowi ona jeden z niewielu w nowożytnej Europie przypadków klasycznego załamania. Na początku mówiliśmy o nadużywaniu słowa „upadek”, ale to co stało się w latach 50. XVII w. w Polsce trzeba określić właśnie w ten sposób. Badania prowadzone m.in. przez historyka Piotra Guzowskiego z Uniwersytetu w Białymstoku i geologa Mariusza Lamentowicza z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, wyraźnie pokazują nagłe, nie poprzedzone wcześniejszym kryzysem klimatycznym, załamanie upraw zboża w Wielkopolsce w latach 50. XVII w. Na skutek inwazji, wojen, oraz spowodowanych przez nie epidemii nastąpił szok zewnętrzny, którego struktura państwa nie była w stanie zamortyzować. I dopiero kiedy uległa ona zwichnięciu, negatywne skutki rozchwianego klimatu – długotrwałe susze z jednej strony, ekstremalne mrozy z drugiej – ujawniły się w pełni.

Mała epoka lodowcowa w sztuce: „Zimowy krajobraz z łyżwiarzami”, Hendrick Avercamp (1585–1634).Rijksmuseum/WikipediaMała epoka lodowcowa w sztuce: „Zimowy krajobraz z łyżwiarzami”, Hendrick Avercamp (1585–1634).

Dlaczego Rzeczpospolita nie była w stanie przyjąć szoku i się zregenerować?

Zasoby instytucjonalne i materialne po zniszczeniach Potopu i innych katastrof wojskowych połowy XVII w. były już na tyle ograniczone, że cały system społeczno-przyrodniczy, który dotychczas wykazywał odporność, załamał się. Część badaczy wskazuje na fakt, że Rzeczpospolita nie była dość złożonym organizmem państwowym, miała słabo rozwinięte instytucje. Tymczasem w momentach kryzysu złożoność sprzyja adaptacji: daje możliwość koordynacji różnych działań na dużej przestrzeni. Rozbudowane państwo ma realną władzę i potrafi oddziaływać na społeczeństwo na wielu poziomach.

Jaką rolę w kontekście klimatu odgrywa dostęp do źródeł energii?

Je można rozumieć w dwojaki sposób. Po pierwsze, jako szeroko pojęty metabolizm całego społeczeństwa, który uwzględnia wszystkie kalorie, także te dostarczane w pożywieniu. W węższym pojęciu jest to zaś energia używana do wykonywania pracy, a zwłaszcza uruchamiania maszyn i ogrzewania. W tym drugim przypadku – w odniesieniu do społeczeństw przedprzemysłowych – kluczowym zasobem energetycznym były lasy i drewno. Jeśli chodzi o Imperium Rzymskie widać wyraźnie, że istniała polityka obliczona na zrównoważoną eksploatację lasów. Wiemy o wyspecjalizowanych grupach zawodowych, które się tym zajmowały. Gdy nastąpiło załamanie silnej organizacji państwowej po okresie Wędrówki Ludów, lasy bywały wycinane w pień. Z kolei patrząc szerzej, na całość obiegu energii w gospodarce, ale też w organizmach ludzi i zwierząt, kwestię odporności na zmiany klimatu widać np. w doborze zbóż uprawnych. W miarę jak klimat w Europie się ochładzał, istniała tendencja do zastępowania wrażliwej na chłody pszenicy bardziej odpornym żytem, co wpisywało się w strategię budowania elastycznego systemu energetycznego.

A czy można mówić o bezpośrednim wpływie źródeł energii na historię polityczną?

Pod tym względem kluczowym jest nadejście paliw kopalnych w XIX i XX w. Wielka Brytania była par excellence imperium węgla. Jego przewaga nad innymi wynikała właśnie z tego, że dzięki bogatym zasobom tego surowca było w stanie wytwarzać niesłychanie dużo energii, która napędzała produkcję przemysłową, transport, okręty wojenne itd. Wedle teorii węglowej demokracji (ang. carbon democracy) fakt, że jego wydobycie i transport wymagało ogromnego nakładu pracy oraz zorganizowanych mas ludzi, w jakimś stopniu wymusił uznanie podmiotowości politycznej pracowników i sprzyjał budowie państwa dobrobytu. Pod tym względem ropa jest zupełnie innym nośnikiem energii: jej wydobycie obsługuje stosunkowo niewielka, wyspecjalizowana siła robocza, a transport nie wymaga takiego nakładu pracy. Cały system jest zatem bardziej niezależny od zorganizowanego oporu, co sprawia, że państwa bazujące na ropie mogą odwołać się do form politycznych innych niż demokracja przedstawicielska. To wciąż dyskutowana teza, ale w miarę nowych badań staje się jasne, że cały system energetyczny i otaczająca go wiedza naukowa, jest tworem z gruntu politycznym.

Reklama

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną