Andrzej Georgiew / Forum
Człowiek

Jolanta Brach-Czaina: człowiek z krwi, kości i mięsa

Najkrótszy, poetycki tekst Szczelin istnienia to Powaga ścierek. Nie znam drugiego, równie pojemnego filozoficznie fragmentu, który posiłkuje się metaforą, a zarazem tej metafory sobie odmawia. Dokładnie tak jak z naszym życiem, które próbujemy rozciągać między obrzydliwą materialnością, a pragnieniem jej transgresji, w dowolnym kierunku, byle dalej od gnilnego zapachu mijającego czasu.

Zdarza się – być może raz w życiu każdego człowieka czytającego – przewrót o sile kopernikańskich ustaleń. Czasami dokonuje się na mocy współodczuwania z czytanym tekstem, czasem na zasadzie całkowitego uzgodnienia własnych intuicji ze słowami, które napisał ktoś inny. Takie wypowiedziane przez obcy tekst intuicje czynią człowieka czytającego obezwładnionym, a zarazem wzmocnionym powinowactwem. Każdy człowiek czytający, im bardziej brnie w głęboki las lektur pełen bibliotecznych pnączy, czyha na okazję do takiego przewrotu. Wiedziony skądinąd tajemniczym zewem podejmuje trop egzystencjalny w pewnych zdaniach, szuka po omacku ścieżki wyjścia z własnych, nierozstrzygalnych wątpliwości dotyczących istnienia, które dzieli z fenomenami świata i które przetwarza we własnej świadomości podług – mniej lub bardziej skutecznych – mechanizmów obronnych. Taki „czytacz na tropie” w pewnym momencie musi przerwać lekturę, wyjść do kuchni, zaparzyć kawę, posprzątać podłogę. Musi na chwilę zostać sam. I wtedy zaczyna się faktyczna walka o życie. Wtedy zaczyna się krzątactwo.

Dokładnie potrafię odtworzyć moment, w którym przydarzył mi się przewrót. Nie mogę nazwać go przewrotem lekturowym. To było coś znacznie bardziej nieodwracalnego. Miałem dwadzieścia lat. Z upodobaniem czytałem prasę literacką, która wtedy jeszcze istniała i rozwijała się jak grzyby po deszczu przemian roku 1989. Prowadziłem wtedy coś w rodzaju dziennika. W pewnym momencie zanotowałem zdania: „Trafia na fragmenty Szczelin istnienia w prasie, a teraz idzie z pomarańczową książką do parku, gnie każdą stronę w trwodze, bo każda strona wypowiada wszystko, czego nie umiał do tej pory nazwać, wszystko, co budziło jego wstyd nagle urasta do rangi jedynej teodycei paprochów i głupot, śmiesznych rytuałów i dziwactw. Czai, że istnieje tylko w idiomatyce własnego zapachu z ust, w sposobie opowiadania językiem wspólnym o sposobie, w jakim kropla deszczu spływa po ramie jego okiennicy, zmieniając kolor w załamaniu światła płynącego z nieznanego źródła, zza anteny satelitarnej wiodącego nadawcy pulpy, gdzie majaczy – jak boga kocha – cień pałuby”. Dziwny to był dzień i dziwny, prowadzony w trzeciej osobie liczby pojedynczej, dziennik. Niemniej dowodzi, że nie znałem pierwszego, całościowego wydania książki Jolanty Brach-Czainy, które ukazało się w 1992 r. Ewidentnie poznałem wydanie drugie z roku 1998. Poznałem i zmieniłem się, nie do poznania. Sądziłem, że to raczej słynna Pałuba Karola Irzykowskiego będzie kamieniem węgielnym mojego nastoletniego życia wewnętrznego. Okazało się jednak, że dopiero tropiłem swój kamień filozoficzny. I chyba tak musiałem traktować książkę Brach-Czainy.

Z perspektywy trzydziestu lat od jej publikacji wiele zmieniło się w przestrzeni społecznej, politycznej i chyba – w najmniejszym stopniu – w polu filozoficznym i literackim. Po prostu pewne wysłowienia, pod piórem wybrańców mowy, osiągają swoje maksimum znaczeniowe i bardzo trudno jest pójść dalej lub gdzie indziej. Książka Brach-Czainy, profesorki filozofii, ale przecież też reżyserki i fizyczki, była czymś absolutnie nowym na rodzimym gruncie humanistyki. Używam feminatywów, bo Brach-Czaina stała się ikoną emancypacyjną, kimś niezbywalnym dla feminizmu. Szczeliny istnienia są rodzajem księgi samostanowienia ontologicznego, rodzajem absolutnie idiomatycznej wypowiedzi człowieka, który bada to, co najbardziej dotkliwe, czyli rzeczywistość najbliższą, kuchnię życia i brudną szmatę do ścierania podłogi. Szczeliny istnienia poskładane z paru odrębnych esejów, z których chyba najsłynniejszy to Krzątactwo, wywołały w swoim czasie oczywisty podziw tuzów takich jak Stefan Morawski czy Maria Janion. Cytuję blurb (tak wtedy się chyba nie mówiło) prof. Morawskiego: „Ani w literaturze polskiej, ani obcej nie ma takiej książki”. I drugi, autorstwa prof. Janion: „Myśl polska potrafi więc mówić o okrucieństwie poza moralistyką”.

Czas nie zweryfikował negatywnie tych wypowiedzi. Dziś dla Szczelin istnienia być może łatwiej znaleźć jakieś inny punkty odniesienia w bibliotece, wszak przybyło nam tłumaczeń Luce Irigaray czy Susan Sontag. Niemniej w swoim czasie – również w czasie mojego pierwszego czytania – miałem wrażenia obcowania z supernową. Bo przecież nikt wcześniej w taki sposób nie formułował moich własnych podejrzeń w sprawie istnienia: „Codzienność poddaje moje istnienie ciemnym manipulacjom. Nie widzę sensu krzątaniny, w której uczestniczę. Odczuwam tylko straty sił idących nie wiadomo na co”. I chwilę później następuje analiza pogoni za uciekającym autobusem, spuentowana w taki sposób: „Jesteśmy stopieni z dążeniem. Utożsamieni z nim. Pochłonięci. Gotowi ryzykować życie. Jednak po chwili (gdy autobus odjeżdża bez nas czy z nami) angażująca tak kompletnie czynność traci wszelkie znaczenie. Tak właśnie uczestniczymy w codzienności. Obserwacja doświadczenia codziennego, które wciąga nas w naprzemienny rytm zaangażowania i obojętności, pozwala odkryć, że codzienność układa się w formy dramatyczne”.

Badaniu form dramatycznych istnienia poświeciła Brach-Czaina swoją książkę, nie posiłkując się wielką topiką kulturowych wytworów człowieka, tylko biorąc na warsztat własne ciało. Gęstość tej książki jak gąszcz lasu rośnie wraz z wchodzeniem w głąb ciemnej materii ciała (niezrównany po dziś dzień wydaje się poświęcony aktowi seksualnemu tekst Wniknięcie), by swój finał odnaleźć w inkluzywnej Metafizyce mięsa, która spokojnie mogłaby wstąpić w wypisy szkole obok Metafizyki Arystotelesa. Ten finalny fragment, zbudowany na specyficznej, aktywizującej emocje czytelnika, brutalnej presji językowej, ma w sobie przecież sporo z greckiego sposobu myślenia „o pełni” światów i zaświatów, którą negocjujemy dzięki metafizycznym tęsknotom. Przy czym Brach-Czaina sprowadza te tęsknoty na ziemię, do wewnątrz ciał, w kierunku wydatkowania i przemiany energetycznej. Znajdujemy się w filozoficznym kompostowniku: „Filozofia łączności człowieka ze światem, a nie oddzielenie, nie wymaga więc żadnych dodatkowych założeń poza dostrzeżeniem samojedztwa jako bezwzględnej zasady funkcjonowania wspólnoty, która kosmiczną ciszę zakłóca ruchem żuchw. Myślę, czy nie myślę, czuję czy nie czuję, moje miejsce jest na wspólnym stole. Cokolwiek mogłabym zrobić, będzie to dodatkiem nadbudowanym nad pokarmową, mięsną postacią istnienia. A że te dodatki pasjonują mnie i szarpią mną tak bardzo, że myśleć nie chcę o podstawach swego istnienia, to już całkiem inna rzecz”. A jednak tym „dodatkom” Brach-Czaina oddaje sprawiedliwość, ewokując przestrzeń moralną swojego myślenia.


Trzecia Kultura Siwczyka: czytajcie tutaj.

I tu należy również przyznać rację prof. Marii Janion, która doskonale rozpoznała, w duchu teologii negatywnej, istnienie tej perspektywy w pisarstwie Brach-Czainy. Finalizując Metafizykę mięsa Brach-Czaina pisze: „Obiektem naszej szczególnej troski nie powinna być wieczność, lecz zaprzeczająca jej chwila”. A po chwili cytuje porażający swoją metodyczną naukowością opis sekcji zwłok, by zakończyć akapitem, który przeszedł już chyba do historii filozofii: „Trzeba dotknąć zmarłego ciała. Trzymać je w rękach. Wówczas świat może błysnąć przed nami na chwilę. A cóż dopiero, gdy pomyślimy o przekraczaniu mięsności, która przecież niewiele ogarnia”. To paradoksalne otwarcie przestrzeni dla spekulacji metafizycznej wydawało się zaiste nie w stylu Brach-Czainy. Tak jakby ta dzielna – dzielnością daną niewielu – filozofka ugięła się pod tonażami dzieł z zakresu historii filozofii, którą postanowiła dyskutować nie jako bibliografka tylko jako człowiek składający się z krwi, kości i mięsa.

Najkrótszy, poetycki tekst Szczelin istnienia to Powaga ścierek. Nie znam drugiego, równie pojemnego filozoficznie fragmentu, który posiłkuje się metaforą, a zarazem tej metafory sobie odmawia. Dokładnie tak jak z naszym życiem, które próbujemy rozciągać między obrzydliwą materialnością, a pragnieniem jej transgresji, w dowolnym kierunku, byle dalej od gnilnego zapachu mijającego czasu. Ten piękny akapit widzę dziś, dokładnie jak przed dwudziestoma pięcioma latami, kiedy uderzył mnie między oczy, dokonując przewrotu, który po dziś dzień pozwala mi wieść życie szczęśliwie świadomością jego szarego koloru.

„Zdarza się przecież, że ktoś zwymiotuje. I jeżeli chcemy myśleć serio o powadze ścierek, to wtedy. Wówczas przekonujemy się, że to, co oczyszcza, samo może stawać się odrażające i również wymagać oczyszczenia. Docieramy do procesów nie mających jasnego końca. Zauważamy, że stanów czystości i brudu nie powinniśmy kategorycznie przeciwstawiać, bo mieszają się i przenikają wzajemnie jak czerń i biel w szarości ścierek”.

Kiedy umarła Brach-Czaina próbowałem naprędce zastanowić się, kim była dla mnie. Nie kim była w humanistyce światowej, tylko właśnie, co ze mną zrobiło jej życie. W dzienniku, do którego wróciłem, zapisałem najprostsze z możliwych zdań: „Brach-Czaina pokazała mi, że świat mam pod ręką, że to, co codzienne i zwyczajne jest jedyną rzeczywistością, która daje i odbiera życie. I co gorsza, że codzienność jest niewidzialna”.

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną