Reklama
W 1830 r. geolog i paleontolog Henry De la Beche namalował słynną akwarelę „Duria Antiquor, a more ancient Dorset” przedstawiającą wizję dawnego życia u wybrzeży Anglii. W 1830 r. geolog i paleontolog Henry De la Beche namalował słynną akwarelę „Duria Antiquor, a more ancient Dorset” przedstawiającą wizję dawnego życia u wybrzeży Anglii. National Museum Cardiff / Archiwum
Struktura

Bestie malowane. O obrazach, które zaszczepiły w ludziach dinomanię

„Wędrówki z dinozaurami” po 25 latach: barwne kolosy i cierpliwi detektywi
Środowisko

„Wędrówki z dinozaurami” po 25 latach: barwne kolosy i cierpliwi detektywi

Kulisy pracy nad drugą odsłoną legendarnego serialu odkrywają producentka i paleoartystka Jay Balamurugan oraz dr Nizar Ibrahim, paleontolog i jeden z głównych konsultantów naukowych tej produkcji. [Artykuł także do słuchania]

Świat zaczął wariować na punkcie dinozaurów dwa wieki temu. To szaleństwo było zasługą zarówno uczonych, jak i artystów. A może nawet bardziej tych drugich. [Artykuł także do słuchania]

Początek dinomanii można, jeśli się uprzeć, wyznaczyć z dokładnością do jednego dnia. W sylwestra 1853 r. grupa uczonych i zaproszonych oficjeli zasiadła w południowym Londynie do nietypowej, choć bardzo uroczystej kolacji. Nie chodziło o serwowane potrawy, lecz o miejsce, w którym biesiadowano. Goście zasiedli bowiem przy stole ustawionym we wnętrzu… modelu iguanodona zrekonstruowanego w skali 1:1. Wydarzenie wzbudziło ogromne zainteresowanie prasy i gapiów – dokładnie o to chodziło jego inicjatorom.

Chcieli ściągnąć uwagę na siebie, ale jeszcze bardziej na kilkanaście sylwetek zwierząt składających się na pierwszą w historii wystawę modeli dinozaurów i innych prehistorycznych gadów. Wykonano je z metalowych prętów zalanych betonem.

Bankiet w iguanodonie urządzili Richard Owen i Benjamin Waterhouse Hawkins. Pierwszy był genialnym anatomem i paleontologiem. To on w 1842 r. opublikował dzieło opisujące historię gadów lądowych, zawierające słynne zdanie: „Mamy wystarczające dowody, aby wyróżnić odrębne plemię lub podrząd, któremu proponuję nadać nazwę Dinosauria”. W przypisach wyjaśniał, że nowy termin utworzył z greckich słów: deinos – „straszliwy” i sauros – „jaszczur”.

Czytaj też (Pulsar): Wędrówki z dinozaurami. BBC wskrzesza kultowy serial. W Polsce to była sensacja

Kciuk na nosie

Owen został nie tylko ojcem dinozaurów, ale także ich admiratorem i w pewnym sensie mecenasem. Stanowiły dla niego fascynującą zagadkę. Początkowo próbował upchnąć je w znanych już grupach gadów, w końcu jednak uznał, że kości tych wymarłych stworzeń nie przypominają ani jaszczurek, ani krokodyli. Śmiało i przenikliwie dowodził, że dinozaury mogły chodzić na wyprostowanych kończynach i prawdopodobnie były stałocieplne.

Drugi organizator tej niebanalnej biesiady, Benjamin Waterhouse Hawkins, był rzeźbiarzem. To on dostał zlecenie na wykonanie rzeźb od organizatorów Wielkiej Wystawy Londyńskiej w 1851 r. Na jej potrzeby wybudowano słynny Pałac Kryształowy, który po zakończeniu wystawy przeniesiono w 1852 r. z Hyde Parku do południowego Londynu, tworząc wokół olbrzymiej konstrukcji park. Tam właśnie miały stanąć przedpotopowe stwory, których skamieniałe kości odnajdywano w coraz większych ilościach w Wielkiej Brytanii i Europie. U Hawkinsa zamówiono 33 modele reprezentujące 15 gatunków. Rzeźbiarz zobowiązał się wykonać je zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy. Skontaktował się z Owenem, który został konsultantem naukowym wystawy. Uczony chciał pokazać oglądającym potęgę dawnych gadów, które – jak twierdził – w późniejszych epokach geologicznych skarlały i uległy degradacji. W jego przekonaniu był to solidny argument przeciwko doborowi naturalnemu, w który nie wierzył.

Wystawa była gotowa pod koniec 1853 r., a jej otwarcie zaplanowano na 1 stycznia 1854 r. Dzień wcześniej Owen i Hawkins zorganizowali kolację w iguanodonie. Niestety nie było na niej odkrywcy tego dinozaura – Gideon Mantell zmarł rok wcześniej po przedawkowaniu opium, które zażywał, by łagodzić chroniczny ból spowodowany zaawansowaną skoliozą. Poza iguanodonem na wystawie znalazły się jeszcze dwa dinozaury: hileozaur, również odkryty i nazwany przez Mantella, oraz oczywiście megalozaur.

Iguanodon na miarę XXI w. Ilustracja Rogera Harrisa.East NewsIguanodon na miarę XXI w. Ilustracja Rogera Harrisa.

Właściwie to od niego należałoby zacząć tę krótką, składającą się z trzech pozycji listę dinozaurów opisanych do połowy XIX w. Megalozaur został bowiem odkryty i nazwany jako pierwszy. W 1824 r. przedstawił go światu William Buckland, kaznodzieja i profesor geologii Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wziął zresztą udział w sławnej kolacji. Dobiegał już wtedy siedemdziesiątki. Siedząc w środku iguanodona, mógł przypatrywać się stojącemu obok 12-metrowemu megalozaurowi, który prezentował się na czterech nogach niczym olbrzymi, mocno przerośnięty krokodyl. Hawkins wyrzeźbił go w ten sposób, stosując się do zaleceń samego Bucklanda, przekonanego, że opisane przez niego zwierzę poruszało się na czterech kończynach i prowadziło ziemno-wodny tryb życia. Dopiero ćwierć wieku później zorientowano się, że megalozaur był drapieżnym dwunożnym teropodem, szybko poruszającym się na muskularnych tylnych kończynach zakończonych trójpalczastymi stopami z potężnymi szponami. Ten z południowego Londynu nadal jednak stoi na czterech łapach.

Również iguanodon przedstawiony został niezgodnie z obecną wiedzą. Ta ewoluowała wraz z odkrywaniem nowych okazów, ale zaczęło się od bardzo skromnego materiału, który znaleźli Mantell i jego żona Mary Ann, także zbieraczka skamieniałości. Było to kilka zębów, fragmenty kości udowej i zagadkowy „róg”. Zęby były podobne kształtem i budową do zębów iguan z Nowego Świata, tylko kilkukrotnie większe. Uznano więc, że należały do pradawnego gada przypominającego olbrzymią iguanę sprawnie wspinającą się po drzewach, a także wyposażonego w dziwną narośl na nosie. Dopiero ćwierć wieku później, dzięki niezwykłemu odkryciu dokonanemu w 1878 r. w kopalni węgla w Belgii, gdzie natrafiono na doskonale zachowane szczątki kilkudziesięciu iguanodonów, okazało się, że ów „róg” był w rzeczywistości kciukiem zwierzęcia, ostrym niczym sztylet.

Złożone w całość szkielety belgijskich iguanodonów były pierwszymi w historii wystawionymi publicznie – do dziś można je oglądać w Muzeum Historii Naturalnej w Brukseli. Jednak nawet ta nowa wiedza nie uchroniła badaczy przed błędami. Przy okazji zmieniono bowiem postawę iguanodona, usadzając go na tylnych łapach niczym kangura podpierającego się długim ogonem. Pogląd ten przetrwał sto lat, nim po nowych badaniach i analizach przywrócono gadowi z mezozoiku pozycję czworonożną.

Czytaj też (Pulsar): Na tropach dinozaurów

Kłopoty z liczeniem

Rzekoma narośl na nosie, która okazała się kciukiem zwierzęcia, zrobiła zawrotną karierę. Trafiła do podręczników, artykułów prasowych i filmów dokumentalnych jako sztandarowy przykład śmiesznych omyłek popełnianych przez wiktoriańskich uczonych. Było to o tyle niesprawiedliwe, że nawet sam Owen w swoich późniejszych pracach powątpiewał w istnienie iguanodona uzbrojonego w róg. W połowie XIX w. wiedza o dinozaurach i innych pradawnych stworach była jednak bardzo skromna. Ich odkrywanie dopiero się zaczynało, a nieliczne skamieniałości nie ułatwiały interpretacji.

Jedyną rzetelną metodą było więc sięganie po analogie: powiększano jaszczurkę czy krokodyla do rozmiarów sugerowanych przez odnalezione zęby i kości. Gdy znaleziono strukturę podobną do rogu, umieszczono ją na nosie iguanodona – bo zwierzę z rogiem na nosie już istniało (nosorożec). Takiego, które miałoby kolec zamiast kciuka, nie znano. Nikomu też nie przyszło do głowy, że dawne gady mogły mieć smukłą sylwetkę i biegać na tylnych kończynach. Poglądy zmieniały się wraz z odkrywaniem skamieniałości kolejnych stworzeń, które nie miały odpowiedników. A poza tym pionierzy nie zawsze się mylili – modele Hawkinsa mają prawidłowe rozmiary oraz ciała pokryte łuskami.

Kłopotliwe okazało się umieszczanie tych wczesnych rekonstrukcji we właściwych ramach czasowych. Zazwyczaj zakładano, przynajmniej początkowo, że wszystkie te stwory wymarły całkiem niedawno, a pojawiły się i znikły mniej więcej w tym samym czasie. Kiedy megalozaur i iguanodon stały się bohaterami prasy popularnej, z upodobaniem rysowano je w scenach krwawych pojedynków. Tak przedstawiał je m.in. francuski rysownik Édouard Riou, twórca ilustracji do wielu książek Juliusza Verne’a. W rzeczywistości megalozaur i iguanodon nigdy się nie spotkały – pierwszy żył ok. 40 mln lat przed drugim.

Iguanodon i megalozaur. Drzeworyt autorstwa francuskiego rysownika Édouarda Riou z książki „Świat przed potopem”, wydanej w latach 60. XIX w.Getty ImagesIguanodon i megalozaur. Drzeworyt autorstwa francuskiego rysownika Édouarda Riou z książki „Świat przed potopem”, wydanej w latach 60. XIX w.

W XIX w. nie znano wieku Ziemi oraz metod datowania skamieniałości. Wielu wciąż wierzyło w wyliczenia XVII-wiecznego irlandzkiego abp. Jamesa Usshera, według którego świat został stworzony w październiku 4004 r. p.n.e. Nieliczni śmiałkowie przebąkiwali o dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy lat. Dopiero Lord Kelvin wydłużył znacząco wiek Ziemi, uzyskując wynik 20–40 mln lat. Upierał się przy tej metryce aż do śmierci w 1907 r. Kilka lat później 21-letni wówczas Arthur Holmes zabrał do laboratorium w Imperial College w Londynie kawałek skały z Półwyspu Skandynawskiego i wykorzystując świeżo odkryte zjawisko promieniotwórczości, określił jej wiek na 1,6 mld lat.

Świat gadów

Czasami jednak te wczesne rekonstrukcje okazywały się nadzwyczaj precyzyjne. W 1830 r. geolog i paleontolog Henry De la Beche namalował akwarelę zatytułowaną „Duria Antiquor, a more ancient Dorset”. Przedstawiała fragment południowego wybrzeża Anglii w zachodniej części hrabstwa Dorset, w pobliżu Lyme Regis, gdzie swoich wspaniałych odkryć paleontologicznych dokonywała Mary Anning. To ona wydobyła z nadmorskiego klifu niemal kompletne szkielety morskich gadów jurajskich: ichtiozaurów i plezjozaurów, a także pierwszy poza Niemcami doskonale zachowany szkielet latającego gada – pterozaura. Cała ta menażeria trafiła na obraz, który De la Beche stworzył, aby wesprzeć finansowo Anning, przyjaciółkę z dzieciństwa. Przekazywał jej dochody ze sprzedaży kopii swojego dzieła – pierwszej w historii rekonstrukcji pradawnego „świata gadów”.

Przyjrzyjmy się mu: małe ryby zjadają tu większe, które z kolei są pożerane przez ichtiozaury uzbrojone w długie rzędy zębów. Największy z nich rzuca się na innego drapieżcę – plezjozaura – chwytając jego długą szyję z zamiarem jej przegryzienia. Na dnie oceanu, pośród amonitów, belemnitów i liliowców, opadają jeden po drugim odchody przerażonej ofiary, które z czasem zmienią się w skamieniałości zwane koprolitami – je również odnajdywała Anning na plaży w Lyme Regis. Inny plezjozaur próbuje schwytać pterozaura szybującego nisko nad lustrem wody, kolejny zasadza się na przodka krokodyla odpoczywającego na brzegu. Pod wodą, w powietrzu i na lądzie trwa nieustanna walka o przetrwanie. Palmy i sukulenty świadczą o tym, że znajdujemy się w tropikach lub w ich pobliżu.

Dzieło, które stworzył De la Beche, cieszyło się olbrzymią popularnością. Wykorzystywano je do celów edukacyjnych. Buckland posługiwał się nim podczas wykładów w Oksfordzie, korzystali z niego uczeni z Niemiec i Francji, drukowano je w podręcznikach i encyklopediach, malowano wzorowane na nim obrazy olejne. Główny powód tej popularności był prosty: skamieniałości zwierząt przedstawionych na akwareli pochodziły z tej samej serii warstw skalnych – a zatem wszystko to mogło się rzeczywiście wydarzyć. Jak dawno temu? De la Beche nie znał odpowiedzi na to pytanie, my jednak dzięki datowaniom wiemy, że „Duria Antiquor” przedstawia świat sprzed ok. 190 mln lat. Co ciekawe, dwa lata temu paleontolodzy niespodziewanie opisali dwie czaszki z fragmentami szyi należące do morskich długoszyich gadów żyjących przed 240 mln lat (nie były to zatem plezjozaury). Analiza wykazała, że obie głowy zostały odgryzione przez drapieżniki.

Czytaj też (Polityka): Kolorowe i nie za mądre. Nowinki o... dinozaurach

Gwiazdy kina

De la Beche wykazał się dobrą intuicją – jako paleontolog i jako artysta. Okazał się również, o czym oczywiście nie miał najmniejszego pojęcia, pionierem „paleoartu”. Tak pod koniec XX w. nazwano sztukę rekonstruowania – za pomocą ilustracji, obrazów, rzeźb, instalacji i animacji – wymarłych gatunków na podstawie ich skamieniałości. To właśnie dzięki niej tak wiele osób interesuje się dziś losami gatunków, które zamieszkiwały Ziemię w dawnych epokach geologicznych. Same znaleziska ekscytują przede wszystkim ekspertów – niewielu z nas zna się na detalach anatomii i potrafi docenić znaczenie kawałka kości wydobytej ze skały, a potem przechowywanej w muzealnej szufladzie lub gablocie. Natomiast nie od dziś wiadomo, że jeden obraz wart jest dziesięciu tysięcy słów.

Wiedział o tym doskonale chyba największy w historii rysownik zajmujący się przedstawianiem dinozaurów Charles Knight, aktywny w pierwszej połowie XX w. W swoim czasie jego obrazy nie miały na świecie większej konkurencji. Namalował wspaniałe freski w najlepszych amerykańskich muzeach historii naturalnej. Jego eleganckie, pełne życia, anatomicznie poprawne i niezwykle sugestywne ilustracje wypełniały niezliczone książki i czasopisma. Były tak przekonujące, że nawet naukowcy czasami zapominali, że to jedynie wizja artystyczna, i nieświadomie podążali za nią, chcąc potwierdzić ją swoimi badaniami. Patrzyli na kości, ale widzieli obrazy Knighta.

Walka dryptozaurów autorstwa Charlesa Knighta. Był chyba największym w historii rysownikiem zajmującym się przedstawianiem dinozaurów.American Museum of Natural History/ArchiwumWalka dryptozaurów autorstwa Charlesa Knighta. Był chyba największym w historii rysownikiem zajmującym się przedstawianiem dinozaurów.

Urzekł on także wczesnych entuzjastów kina. Pod jego wpływem w 1925 r. nakręcono „Zaginiony świat”, ekranizację słynnej powieści Arthura Conana Doyle’a, której bohaterowie docierają na izolowany płaskowyż w Ameryce Południowej zamieszkany przez dinozaury (twórca Sherlocka Holmesa był nimi zafascynowany). To pierwszy pełnometrażowy film, wraz z którym wielkie mezozoiczne gady wkroczyły do kina – i pozostały w nim na kolejne sto lat. Autorem pionierskich animacji, w tym słynnego brontozaura demolującego Tower Bridge, był Willis O’Brien, który parę lat później stworzył postać King Konga.

Czytaj też (Polityka): Co wykończyło dinozaury

Sceny z olbrzymami

Paleontolodzy robili swoje – i chwała im za to – ale to artyści tacy jak Knight czy O’Brien sprawili, że dinozaury stały się bohaterami masowej wyobraźni i zafascynowały szczególnie młodych widzów. Niektórych tak bardzo, że postanowili poświęcić życie badaniu pradawnych stworów. Wspaniała kariera naukowa Roba Bakkera, jednego z najwybitniejszych współczesnych „dinozaurologów”, zaczęła się od przeczytania w wieku ośmiu lat artykułu w magazynie „Life”. Kto był autorem ilustracji? Oczywiście Knight. Jednakże wiele lat później to właśnie Bakker oraz jego mentor John Ostrom dokonali przełomu w poglądach i wyobrażeniach na temat zachowań dinozaurów: masywne, niezdarne, powolne i mało bystre stwory zostały zastąpione zwierzętami zręcznymi, ruchliwymi, całkiem inteligentnymi, a także – jak dowodzili uczeni – stałocieplnymi. Lawina nowych idei i wywołany przez nie ferment nazwany „renesansem dinozaurów” przetoczyła się też paleosztukę.

Zaczął sam Bakker. W 1969 r. w monografii Ostroma poświęconej deinonychowi zamieścił wspaniały rysunek tego drapieżnego teropoda. Zwinne trzymetrowe zwierzę pędziło pochylone do przodu – smukłe i dynamiczne, podczas biegu przypominało sylwetką Strusia Pędziwiatra. Tak, ten rozpędzony deinonych miał wiele wspólnego z ptakami. Tyranozaury rysowane przez Bakkera galopowały przez lasy, przyjmując pozycję horyzontalną, a olbrzymie zauropody unosiły się zgrabnie na tylnych kończynach, by zrywać liście z koron drzew. Dinozaury na ilustracjach nowego pokolenia paleoartystów, takich jak Doug Henderson czy Gregory Paul, towarzysz Bakkera w wielu ekspedycjach, stały się wprawnymi biegaczami, skoczkami i pływakami. Brontozaury na rysunkach Marka Halletta maszerowały przez podmokłą nadrzeczną równinę z lekkością, gracją i wdziękiem. Dzięki coraz dokładniejszym badaniom środowiska naturalnego sceny z olbrzymami zapełniają się innymi typami zwierząt, niekoniecznie kręgowcami, i osadzane są na tle coraz precyzyjniej odtwarzanej roślinności oraz krajobrazu. De la Beche potrafił o to zadbać już dwa wieki temu, ale później, w czasach Knighta, dinozaury zdominowały scenerię, jakby mezozoiczna przyroda składała się wyłącznie z nich.

Jeszcze mocniej przemawiają do wyobraźni współczesne rekonstrukcje trójwymiarowe – z miękkimi tkankami, detalami anatomicznymi, właściwym ubarwieniem i strukturą skóry, a także z futrem i piórami. Najbardziej emocjonująco jest jednak wtedy, gdy stwory, zrekonstruowane zgodnie z najnowszą wiedzą naukową, ożywają na filmach. Dziś naukowcy wiedzą o nich znacznie więcej niż podczas sylwestrowej kolacji w 1853 r. zorganizowanej przez Hawkinsa i Owena. Ówczesna prasa relacjonowała, że kiedy wybiła północ, zacne towarzystwo zgromadzone we wnętrzu iguanodona odśpiewało piosenkę skomponowaną na tę okazję przez przyrodnika i geografa Edwarda Forbesa. Jej refren, zakończony donośnym, chóralnym rykiem, brzmiał: „Stara bestia nie umarła, znów jest z nami pełna życia”. Podobno Robert Bakker podśpiewywał sobie tę frazę, wychodząc z kina po obejrzeniu drugiej części „Parku Jurajskiego”, w której został sportretowany jako paleontolog Robert Burke. Ten sam, którym w filmie posila się T. rex.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną