Demokracja: Gdzie i kiedy tak naprawdę się narodziła? Odpowiedź długo była błędna
Zespół kierowany przez Gary’ego Feinmana z Field Museum w Chicago przeanalizował niedawno dane z 40 dawnych społeczeństw Europy, Azji i obu Ameryk, by dojść do wniosku, że systemy ograniczające władzę przywódców pojawiały się znacznie częściej, niż sądziliśmy.
Autorzy badania przyjęli dwa podstawowe kryteria analizy. Pierwsze dotyczyło stopnia koncentracji władzy, czyli tego, czy decyzje podejmowała jedna osoba lub wąska elita. Drugie odnosiło się do zakresu uczestnictwa zwykłych mieszkańców w rządzeniu. Pomocna w jego odgadnięciu była urbanistyka miast – układ przestrzeni publicznych czy monumentalna architektura – ale też przedstawienia władców w sztuce, grobowce elit oraz inne oznaki nierówności majątkowych. Jeśli w centrum miasta dominowały ogromne pałace i monumentalne grobowce, a sztuka przedstawiała władców w nadludzkiej skali, był to sygnał silnej koncentracji władzy. Z kolei rozległe place, duże budynki zgromadzeń czy brak wyraźnych rezydencji elit mogły wskazywać na bardziej rozproszony system rządów.
Gremium kolektywne
– Opracowaliśmy narzędzie oparte na 27 wskaźnikach, które pozwoliło nam umieścić badane społeczeństwa na osi między bardziej kolektywnymi a bardziej autokratycznymi formami rządów – wyjaśnia Gary Feinman. – Następnie zestawiliśmy te wyniki z danymi o nierównościach i innych cechach społecznych dla tych 40 przypadków, ale żaden pojedynczy wskaźnik nie był rozstrzygający – liczył się ich łączny obraz. Powstały „indeks autokracji” pozwolił umieścić badane społeczeństwa na skali między silnie scentralizowaną władzą a bardziej wspólnotowymi formami zarządzania – nieco przesuniętej w stronę regionów lepiej rozpoznanych, dla których jest wystarczająco dużo danych.
Ponieważ wiele dawnych społeczeństw nie pozostawiło tekstów pisanych, archeolodzy muszą „czytać” systemy polityczne z układu murów i przestrzeni publicznych. Najbardziej spektakularnym wyzwaniem dla teorii o „nieuchronnej monarchii” jest cywilizacja Doliny Indusu z III tysiąclecia p.n.e. W metropoliach takich jak Mohendżo-Daro czy Harappa, zamiast ociekających złotem pałaców i monumentalnych grobowców, odnajdujemy zaawansowaną sieć kanałów oraz ogromne, wspólne magazyny zboża. Brak centrum władzy sprawił, że społeczeństwa Indusu zaczęto interpretować jako bardziej egalitarne lub przynajmniej mniej hierarchiczne. Nie oznacza to oczywiście, że była to demokracja w sensie ateńskim. Raczej chodziło o system, w którym decyzje mogły zapadać w gremiach kolektywnych – być może radach miejskich, wspólnotach kupieckich lub innych instytucjach administracyjnych.
Bardziej rozproszona władza nie oznaczała automatycznie społeczeństwa harmonijnego, pozbawionego przemocy czy napięć. Przez długi czas cywilizację Doliny Indusu przedstawiano wręcz jako przykład „pacyfistycznej” kultury, ale badania bioarcheologiczne ostatnich 20 lat skomplikowały ten obraz. Analizy szkieletów z Harappy pokazują bowiem ślady urazów, które mogły być skutkiem przemocy, a w późnym okresie pojawiają się także oznaki niedożywienia i chorób. Z badań zespołu Feinmana wynika też, że rozproszona forma władza zwykle wiąże się z mniejszymi nierównościami, ale nie eliminuje konfliktów. Widać natomiast wyraźny związek między koncentracją władzy a skalą nierówności majątkowych – im silniej skupiona władza, tym większe różnice w zasobach, co archeolodzy odczytują choćby na podstawie wielkości domów.
Kultura Harappa nie była żadnym idyllicznym wyjątkiem, lecz raczej jednym z wielu przykładów społeczeństw, które próbowały ograniczać władzę, nie zawsze jednak unikając napięć. Zresztą i demokratyczne Ateny nie były żadnym ideałem, w końcu równość polityczna dotyczyła tylko wolnych obywateli polis, wykluczone były zarówno kobiety, jak i przyjezdni oraz niewolni.
Władza usieciowiona
Ten brak „pomników pychy” znajduje swoje odbicie po drugiej stronie oceanu, choć w zupełnie innej formie estetycznej. Teotihuacan w Meksyku mimo swojej ogromnej skali (między I a VII w. był jednym z największych miast świata, w którym mogło mieszkać nawet 100 tys. osób) konsekwentnie milczy na temat swoich liderów. Przez centrum miasta biegła szeroka Aleja Zmarłych, a wokół niej rozciągały się ogromne place i monumentalne piramidy – zaskakuje jednak niemal całkowity brak przedstawień władców. Podczas gdy sąsiedni Majowie portretowali królów w nadludzkiej skali, w Teotihuacanie artyści woleli uwieczniać procesje i symbole wspólnotowe. Może to wskazywać na system, w którym elity działały wyłącznie w ramach silnych instytucji zbiorowych.
Kolektywne zarządzanie wymagało jednak fizycznej przestrzeni do debat. Ślady takich starożytnych „parlamentów” odnajdujemy w północnoamerykańskiej Cahokii i meksykańskim Chiapa de Corzo. To pierwsze było osadą kultury Missisipi (w pobliżu dzisiejszego St. Louis), która w szczytowym okresie mogła liczyć nawet 15–20 tys. mieszkańców, co czyniło ją największym ośrodkiem protomiejskim Ameryki Północnej przed przybyciem Europejczyków. Obecność gigantycznych kopców ziemnych w Cahokii może sugerować istnienie hierarchii. Ale towarzyszące im rozległe place służyły jako miejsca zgromadzeń, na których podejmowano najważniejsze decyzje dotyczące całej społeczności. Podobnie w Chiapa de Corzo, mieście kultury Zoque, które rozwijało się w I tys. p.n.e., brak pałaców przy jednoczesnej obecności dużych budynków publicznych podsuwa wniosek, że władza była tam znacznie bardziej rozproszona niż u późniejszych, autorytarnych władców państwa Majów.
Nawet tam, gdzie archeologia wyraźnie wskazuje na obecność króla, obraz absolutnego jedynowładztwa bywa złudny. Tabliczki klinowe z Mari nad Eufratem dowodzą, że 18 wieków przed Chrystusem władcy regularnie zasięgali języka u rad starszych i zgromadzeń mieszkańców. Do tego stopnia, że w połowie XX w. badacz starożytnego Bliskiego Wschodu Thorkild Jacobsen interpretował wczesne miasta Mezopotamii jako formy „pierwotnej demokracji”. Podobną dynamikę widać w średniowiecznym Angkorze – stolicy imperium Khmerów w Azji Południowo-Wschodniej. Kompleks świątynny Angkor Wat i gigantyczny system kanałów irygacyjnych sugerowałyby mocno scentralizowane państwo – i rzeczywiście potęga królewska była tam bardzo silna. Imperium funkcjonowało jednak w ramach złożonej sieci lokalnych wspólnot i zarządców, co czyniło system znacznie bardziej rozproszonym.
Żywe organizmy
Zrozumienie, dlaczego jedne miasta wybierały rady, a inne wznosiły pomniki królom, wymaga spojrzenia na ich „portfel”. Najsilniejszą zależnością, jaką odkrył zespół Gary’ego Feinmana, były bowiem źródła finansowania. Systemy stawały się najbardziej autokratyczne tam, gdzie elity miały wyłączną kontrolę nad strategicznymi zasobami: handlem dalekosiężnym, kopalniami, łupami wojennymi czy pracą niewolników. Skrajnym przykładem jest chińskie Anyang – stolica dynastii Shang w Chinach w II tys. p.n.e. – gdzie bogactwo służyło wyłącznie podkreśleniu niemal boskiej pozycji władcy, stąd monumentalne grobowce królewskie pełne brązowych naczyń, jadeitu i ofiar z ludzi.
Ale to nie jest tak, że raz obrany kierunek – kolektywny lub autorytarny – definiuje społeczeństwo na wieki. Systemy polityczne nie były i nie są zabetonowane. To żywe organizmy, które potrafią się przesuwać na skali wolności w zależności od okoliczności. Najbardziej sugestywnym przykładem tej płynności jest Rzym. Przez stulecia funkcjonował jako republika, oparta na senacie, zgromadzeniach ludowych i systemie urzędów wzajemnie kontrolujących swoją władzę. Jednak ten sam organizm pod wpływem wewnętrznych napięć i koncentracji zasobów przekształcił się w cesarstwo o skrajnie scentralizowanej strukturze. Historia Rzymu pokazuje, że droga do autokracji (i z powrotem) jest zawsze otwarta, a żadna instytucja nie gwarantuje wiecznego rozproszenia władzy.
– Zaskoczyło nas, jak słabo na charakter władzy wpływały takie czynniki jak wielkość populacji czy złożoność społeczeństwa. To tłumaczy, dlaczego tak duże miasta jak Teotihuacan czy Mohendżo-Daro mogły funkcjonować w sposób bardziej kolektywny, niż zakładaliśmy. Zdecydowanie najsilniejszą zależnością okazały się źródła finansowania władzy. Im więcej zasobów kontrolowały elity, tym systemy były bardziej autokratyczne, a im bardziej społeczeństwa finansowały władzę poprzez podatki lub wspólną pracę publiczną, tym częściej rozwijały bardziej rozproszone systemy rządów – podkreśla Feinman.
W ostatnich latach coraz częściej pojawiają się próby przemyślenia historii władzy na nowo. David Graeber i David Wengrow w „Narodzinach wszystkiego” podkreślali, że ludzie od tysięcy lat eksperymentowali z różnymi formami organizacji politycznej. Badanie Feinmana poddaje to próbie empirycznej i prowadzi do podobnych wniosków. Historia władzy jest znacznie bardziej złożona, a demokracja – rozumiana jako ograniczanie władzy jednostki i dzielenie się decyzjami – nie była jednorazowym wynalazkiem, bo różne społeczeństwa dochodziły do podobnych rozwiązań wielokrotnie i na różne sposoby.
– Zgadzamy się z Graeberem i Wengrowem, że ludzie w przeszłości nie byli zorganizowani wyłącznie w sposób „despotyczny” i że praktyki bardziej „demokratyczne” nie były domeną wyłącznie Europy. Widzimy jednak znacznie większą zmienność niż oni. Zarówno w przeszłości, jak i dziś współistniały różne formy rządów: od bardziej kolektywnych po wyraźnie autokratyczne. Co więcej, te same społeczności mogły z upływem czasu przesuwać się wzdłuż tego spektrum. Władza nie była raz na zawsze określona ani przypisana do konkretnej kultury. Była dynamiczna – podkreśla Gary Feinman.
Seria wyborów
Co niezwykle istotne, badania nie znalazły wyraźnego związku między charakterem władzy a pojawieniem się rolnictwa. – Wykorzystanie zasobów rolnych sprzyjało stabilności osadnictwa i powstawaniu większych jednostek politycznych, ale nie prowadziło automatycznie do koncentracji władzy ani wzrostu nierówności. Rolnictwo podnosiło „sufit” dla skali organizacji społecznej, ale to, czy pojawi się większa hierarchia, zależało od instytucji i ludzkich decyzji – mówi badacz. A zatem rolnictwo mogło współistnieć z silną autokracją, jak np. w Chinach, ale gdzie indziej prowadziło do bardziej rozproszonych form organizacji. Ateńczycy nadali temu modelowi nazwę demokracja i stworzyli instytucje, które znamy z podręczników.
Archeologia potwierdza, że nie było prostej drogi prowadzącej od równości do hierarchii. Była to seria wyborów. Także dziś nie jesteśmy skazani na jeden model władzy. Tak jak w przeszłości, pozostaje on – przynajmniej częściowo – kwestią decyzji. A skoro tak, to może najciekawsze pytanie nie brzmi już: gdzie narodziła się demokracja?, lecz: dlaczego tak często o niej zapominamy?