Reklama
Shutterstock
Człowiek

Węch nas nie zawiódł. Po prostu uznaliśmy, że jest nam zbędny. I tracimy coś cennego

Od Narcyza pochylonego nad taflą jeziora po selfie. Jak obraz przejmował władzę nad naszymi wyobrażeniami o samych sobie
Człowiek

Od Narcyza pochylonego nad taflą jeziora po selfie. Jak obraz przejmował władzę nad naszymi wyobrażeniami o samych sobie

Smartfon – technicznie będący hybrydą lustra, kina i widowni – stał się najdoskonalszym jak dotąd lustrem w dziejach. Nie tylko wyraźnym, ale też umożliwiającym natychmiastową korektę dzięki filtrom i upiększającym aplikacjom. W długiej historii zwierciadła to kolejny punkt zwrotny. [Artykuł także do słuchania]

Gdyby filozofów XVIII i XIX w. zapytać, który ze zmysłów czyni nas ludźmi, wahaliby się między wzrokiem a słuchem. Powonienie lądowało na samym końcu hierarchii jako zmysł zwierzęcy i prymitywny. Teraz genetyka i antropologia pokazują, że to, co uznaliśmy za słabość, może być jedną z naszych najbardziej plastycznych zdolności.

Étienne Bonnot de Condillac uważał, że zapachy są ulotne i na ich podstawie nie można tworzyć trwałych pojęć, Immanuel Kant, że to najmniej „poznawczy” ze zmysłów, a Charles Darwin sugerował, że w toku ewolucji człowiek częściowo utracił zdolności węchowe, bo przestały być mu potrzebne.

Ten sposób myślenia utrwalił się w nauce, a wraz z nim obraz człowieka jako istoty „węchowo upośledzonej”. Mieliśmy widzieć świat, słyszeć język, ale zapachy jedynie przeczuwać – i to niezbyt precyzyjnie. Ten obraz pasował do narracji o cywilizacji, której zmysł powonienia był kłopotliwy. W miastach, w których zapach kojarzył się raczej z brudem niż informacją, łatwo było uwierzyć, że jest to zmysł drugorzędny. Tyle, że ta „uniwersalna prawda” opierała się niemal wyłącznie na badaniach prowadzonych w społeczeństwach zachodnich. Gdy badacze wyszli poza ten krąg, okazało się, że niezwykle ubogi język, jakim dysponujemy do opisu świata zapachów – uznawany wcześniej za dowód na poparcie tezy, że węch jest nam zbędny – nie jest tu elementem pierwszorzędnym.

Zapach, który da się nazwać

W 2014 r. Asifa Majid i Ewelina Wnuk opublikowały wyniki badania przeprowadzonego w społeczności Maniq z południowej Tajlandii. Dowiodły, że istnieją języki, w których zapachy nazywa się równie precyzyjnie, jak kolory czy dźwięki. Maniq nie mówią oględnie jak ludzie zachodu, że coś pachnie „jak dym” czy „jak róża” – ich słowa odnoszą się bezpośrednio do jakości zapachu. Co więcej, tworzą one uporządkowany system, ponieważ jedne oznaczają zapachy przyjemne, inne niebezpieczne, jeszcze inne takie, które sygnalizują chorobę, zepsucie albo obecność konkretnych roślin i zwierząt. To nie jest zbiór przypadkowych określeń, lecz pełnoprawne pole semantyczne.

Jeszcze ważniejsze było to, jak Maniq tych słów używają. Uczestnicy eksperymentów byli w stanie szybko nazwać zapachy, osiągając poziom zgodności porównywalny z tym przy zadaniach dotyczących kolorów. To odkrycie miało konsekwencje wykraczające poza lingwistykę. Pokazywało bowiem, że problem nie leży w biologii węchu, lecz w jego kulturowym „użyciu”. Dla Maniq zapach jest narzędziem orientacji w świecie – pozwala rozpoznawać jadalne rośliny, unikać toksyn, identyfikować ślady zwierząt, oceniać bezpieczeństwo otoczenia. W takich warunkach rozwinięcie precyzyjnego języka zapachów nie jest luksusem, lecz koniecznością.

Przypadek tajskiej społeczności nie był odosobniony. Podobne systemy opisano m.in. u Jahai z Półwyspu Malajskiego. A zatem to nie jest tak, że woni nie da się dobrze nazwać.

Zapach, który jest w genach

Jeśli badania nad językiem zapachów podważyły przekonanie, że nie potrafimy mówić o tym, co wąchamy, to najnowsza genetyka idzie krok dalej, sugerując, że różnimy się jednak tym, jak je odczuwamy – i że różnice te nie są przypadkowe. Przez długi czas dominowała w nauce narracja o utracie. Wiadomo było, że u człowieka znaczna część genów receptorów węchowych traci swoją funkcję i zamienia się w biologiczne „echo” dawnej zdolności (proces pseudogenizacji). Szacowano, że nieaktywnych jest nawet ok. 60 proc. W tym ujęciu nos był raczej reliktem niż narzędziem poznania.

Najnowsze analizy aż 827 genów receptorów węchowych dowodzą, że to nieprawda. Międzynarodowy zespół genetyków z Uniwersytetu Fudan w Szanghaju przeanalizował genomy trzech społeczności z Półwyspu Malajskiego funkcjonujących w odmiennych środowiskach i różnych modelach gospodarki – łowców-zbieraczy Orang Asli (Negrito), rolniczych Senoi i uprawiających rośliny na małą skalę Jakun. I pierwszy raz uchwycił różne trajektorie ewolucji zmysłu węchu.

U grup Negrito z lasów tropikalnych, stwierdzono mniejszą liczbę mutacji w genach receptorów węchowych i większe zachowanie wariantów ancestralnych. A także wyraźne ślady tego, że dobór naturalny „premiował” geny odpowiedzialne za wykrywanie zapachu wilgotnej gleby czy woni „maślanych”, które mogą sygnalizować procesy fermentacji lub psucia się żywności.

Z kolei u populacji rolniczych i półrolniczych zauważono większą różnorodność wariantów genetycznych, w tym tych powiązanych nie tylko z węchem, ale i z metabolizmem czy układem oddechowym. A to oznacza, że wraz ze zmianą trybu życia zmieniło się nie tylko to, co jemy i jak żyjemy, ale także jak nasze ciało odbiera świat chemiczny wokół nas. Słowem: węch – podobnie jak język – jest systemem plastycznym, który ewoluuje z kulturą, środowiskiem i praktykami życia codziennego.

Autorzy badania podkreślają, że genetykę należy zawsze łączyć z analizą języka, diety i ekologii. A zatem nasza zdolność do odczuwania zapachów może być nie tylko centralnym elementem komunikacji i poznania, ale ma też swoje odbicie w DNA, bo nos człowieka jest zawsze w relacji ze środowiskiem.

Zapach, który może wrócić

Jeśli zestawić ze sobą badania językowe i genetyczne, wyłania się obraz dość niewygodny dla naszego kulturowego samozadowolenia. Człowiek „utracił węch” na skutek rozwoju cywilizacyjnego. W społeczeństwach takich jak Maniq czy Jahai zapach jest nadal jednym z podstawowych sposobów porządkowania rzeczywistości – służy orientacji w terenie, rozpoznawaniu roślin, ocenie świeżości pożywienia, identyfikowaniu zagrożeń. Jest narzędziem wiedzy – równie ważnym jak wzrok czy słuch.

W świecie zachodnim proces potoczył się w przeciwną stronę. Urbanizacja, rozwój technologii, zmiany w praktykach higienicznych sprawiły, że zapach zaczął być postrzegany jako problem. Coś, co należy kontrolować, neutralizować, maskować. Dezodoranty, perfumy, środki czystości – cały przemysł zapachowy nie rozwija wrażliwości na wonie, ile ją standaryzuje i wygładza, a to ma swoje konsekwencje poznawcze. Skoro zapach przestaje być kluczowym nośnikiem informacji, przestajemy inwestować w jego językowy opis.

Nowe badania genetyczne dodają do tego jeszcze jeden wymiar. Jeśli rzeczywiście różne tryby życia wiążą się z odmiennymi trajektoriami ewolucji genów receptorów węchowych, to znaczy, że proces „wycofywania się” węchu może mieć także komponent biologiczny. Nie w sensie prostej utraty, lecz raczej zmiany priorytetów. Być może nie jest tak, że współczesny człowiek ma gorszy węch niż jego przodkowie – po prostu żyje w świecie, który nie wymaga od niego, by z niego korzystał. A jeśli tak, to historia węchu nie jest opowieścią o degradacji, lecz o przesunięciu.

Nad węchem można więc pracować. I należy to robić, bo jego utrata to znak, że coś niedobrego dzieje się z naszym mózgiem (np. początek zmian neurodegeneracyjnych). Zapach to też wspaniały nośnik pamięci. Dlatego niezależnie od tego czy umiemy precyzyjnie nazywać wonie i tego, jakie mamy geny, ćwiczmy węch i poszerzajmy paletę odczuwanych zapachów. Nie każdy może dzięki temu zostanie sommelierem czy perfumiarzem, ale dłużej zachowa umysłową sprawność.

Reklama