Reklama
Japońska lisica yūbi no kitsune płata figle, ale i budzi współczucie. Japońska lisica yūbi no kitsune płata figle, ale i budzi współczucie. Getty Images
Człowiek

Japonia, Korea i Chiny: nowoczesność nie zdołała wypędzić z nich istot nadprzyrodzonych oraz szamanek i wróżbiarzy

Duchy, wieloogoniaste lisice, bogowie gór i mściwe zjawy to dla społeczeństw Zachodu w zasadzie egzotyczne fantazje. Tymczasem w Azji Wschodniej nie należą wyłącznie do minionego świata. [Artykuł także do słuchania]

Najchętniej oglądanym filmem w historii kinematografii japońskiej jest „Spirited Away: W krainie bogów”, którego bohaterka Chihiro trafia do świata duchów, bóstw i różnych dziwnych istot. Miliony widzów miał koreański cykl „Goblin” – o nieśmiertelnym wojowniku i posłańcach zaświatów. Chińskie seriale fantasy przedstawiające dzieje nieśmiertelnych, walczących o władzę w królestwie bogów, także przyciągają ogromną widownię.

Duchy, wieloogoniaste lisice, szamanki, bogowie gór i mściwe zjawy to dla społeczeństw Zachodu w zasadzie egzotyczne fantazje. Tymczasem w Azji Wschodniej nie należą wyłącznie do minionego świata. Jak to się dzieje, że istoty nadprzyrodzone tak dobrze się mają w jednych z najbardziej nowoczesnych społeczeństw świata?

Wierzą, ale nie przynależą

Gdy niemiecki socjolog Max Weber pisał na początku XX w. o „odczarowaniu świata”, wydawało się, że opisuje uniwersalny kierunek rozwoju nowoczesnych społeczeństw. Wraz z postępem nauki i technologii świat miał się stawać coraz bardziej racjonalny i przewidywalny. Była to jednak perspektywa głównie europejska. Tokio, Seul i Pekin należą dziś do symboli nowoczesności, ale równocześnie działają tam wróżbici, odprawia się rytuały ku czci przodków, a duchy pozostają częścią codzienności.

Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy Azji Wschodniej są bardziej religijni. W 2024 r. ponad połowa Koreańczyków deklarowała, że nie wyznaje żadnej wiary. – Może są niereligijni, ale za to bardzo uduchowieni – zauważa koreanista z Uniwersytetu SWPS dr Dominik Rutana. To pozornie sprzeczne zjawisko brytyjska socjolożka Grace Davie określiła mianem „wiary bez przynależności” (believing without belonging). Ludzie nie muszą identyfikować się z konkretną religią, by postrzegać świat jako coś więcej niż tylko materialną rzeczywistość.

W Azji Wschodniej zjawisko to jest szczególnie wyraźne. Kulturę japońską przenikają buddyzm i shintō, co nie jest równoznaczne z wyznawaniem dwóch religii w zachodnim sensie tego słowa. Wiąże się raczej z uczestnictwem w pewnej tradycji kulturowej. – Do świątyni buddyjskiej chodzi się na pogrzeby i uroczystości rodzinne, do chramu shintō przy okazji Nowego Roku, egzaminów czy narodzin dziecka. Oba systemy współistnieją, nie zmuszając nikogo do jednoznacznego wyboru – zauważa dr Anna Zalewska, japonistka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Podobnie jest w Chinach. Inaczej niż w tradycji europejskiej, w której religie monoteistyczne wykluczały stare systemy wierzeń, w Państwie Środka religia ludowa, konfucjanizm, taoizm, a później przybyły z Indii buddyzm oraz lokalne kulty przez wieki nakładały się na siebie. – Dzięki temu lokalne bóstwa, duchy gór i rzek, taoistyczni nieśmiertelni oraz buddyjscy bodhisattwowie mogą być czczeni w jednej świątyni i tworzą niezwykle złożony system wierzeń i wyobrażeń, który nie zniknął mimo komunizmu – podkreśla prof. Marcin Jacoby, sinolog z SWPS. Ten synkretyzm jest kluczem do zrozumienia trwałości azjatyckich mitologii i powodów, dla których wiara w duchy przodków, demony i wędrówkę dusz doskonale daje sobie radę w krajach Toyoty, Samsunga i Huawei.

Nieśmiertelni latają na żurawiach

W Chinach nie znajdziemy odpowiednika greckiego Olimpu, jednego panteonu, jednej genealogii bogów ani świętej księgi porządkującej cały świat mitów. Zamiast Homera czy Hezjoda – setki opowieści rozsianych po kronikach, poematach, lokalnych legendach i późniejszej literaturze. – Uczeni konfucjańscy traktowali mity i wierzenia ludowe jako coś niegodnego człowieka wykształconego, więc w oficjalnej literaturze celowo je pomijali, a częściowo nawet zwalczali. Wiemy, że istniały tysiące bóstw, demonów, duchów i fantastycznych stworzeń, ale nie jesteśmy w stanie ułożyć ich w spójny system, bo dzisiejsza wiedza o chińskich mitach przypomina składanie puzzli z rozproszonych fragmentów – mówi prof. Jacoby. Właśnie dzięki temu chińska mitologia zachowała niezwykłą różnorodność. Obok herosów uczących ludzi rolnictwa czy medycyny pojawiają się demony, smoki, nieśmiertelni i fantastyczne zwierzęta. A także duchy przodków, których czczono nie tylko z szacunku, ale też z obawy, że zaniedbani mogą zaszkodzić żyjącym.

Wśród najbardziej znanych bohaterów jest Hou Yi, który uratował świat, strącając dziewięć z dziesięciu słońc, oraz jego żona Chang’e, mieszkająca na Księżycu wraz z legendarnym królikiem. Dla nas zajęczak od tysięcy lat ucierający w moździerzu składniki eliksiru życia wiecznego to dziwaczny szczegół, w Chinach zna go każde dziecko. Bardziej charakterystyczna od konkretnych bohaterów jest jednak pewna idea przewijająca się przez chińską wyobraźnię: nieśmiertelność. – To motyw dotyczący może nie tyle życia wiecznego, ile niezwykle długiego życia. W górach mieszkają pustelnicy żywiący się rosą i latający na żurawiach, których widuje się co kilkaset lat, królowe nieśmiertelnych strzegą cudownych brzoskwiń, a bohaterowie poszukują eliksirów pozwalających oszukać śmierć – wymienia prof. Jacoby. Marzenie o wydłużeniu życia nie było wyłącznie literacką fantazją. Wszyscy cesarze zatrudniali alchemików, a pierwszy z nich – Chin Qin Shi Huang – wysyłał wręcz ekspedycje na poszukiwanie wysp nieśmiertelnych i eliksiru wiecznego życia.

Chang’e, chińska bogini Księżyca.BE&WChang’e, chińska bogini Księżyca.

Ta fascynacja przekraczaniem granic ludzkiego życia przetrwała do dziś. Współczesne chińskie seriale fantasy, filmy, komiksy i gry pełne są bohaterów o nadprzyrodzonych mocach, którzy wędrują między światami, by osiągnąć życie wieczne. Najlepszym przykładem niezwykłej zdolności chińskiej kultury do łączenia różnych tradycji jest jednak Sun Wukong, czyli Król Małp, który narodził się z kamienia, zdobył nieziemskie umiejętności, zbuntował się przeciw niebu, pokonał armie demonów i ośmieszył bogów. Odkąd w XVI w. stał się bohaterem opowieści „Wędrówka na Zachód”, pozostaje najbardziej rozpoznawalną postacią mityczną kultury azjatyckiej.

Przez ponad tysiąc lat Chiny były cywilizacyjnym centrum regionu, z którego szły nowe idee: pismo, filozofia, buddyzm oraz liczne opowieści mityczne. Ani Korea, ani Japonia nie przejęły jednak całego świata tamtejszych wyobrażeń. Oba kraje nałożyły na wpływy przychodzące z kontynentu własne, znacznie starsze tradycje szamańskie i animistyczne.

Fantastyczne stworzenia liżą sufit

Koreańskiej mitologii nie sposób zrozumieć bez lokalnego szamanizmu. – Przez stulecia elity konfucjańskie i buddyjskie uważały go za przesąd niegodny ludzi wykształconych, jednak przetrwał, bo mudang włączały do rytuałów elementy buddyjskie i konfucjańskie. Dlatego w ich pieśniach obok rodzimych bóstw, duchów przodków i władców piekieł pojawiają się także buddowie – tłumaczy dr Rutana. Wielu Koreańczyków nie chodzi do świątyni ani do kościoła, ale wierzy, że zmarli nadal wpływają na los żywych. Dlatego odwiedza się szamanki, które próbują przywrócić równowagę między światem ludzi i duchów. – Szamanizm tak trudno wykorzenić, bo nie jest religią, tylko sposobem myślenia o relacjach łączących żywych, zmarłych i istoty nadprzyrodzone – podkreśla koreanista.

Nieprzypadkowo ważną bohaterką koreańskich mitów szamańskich jest księżniczka Pari. Porzucona po narodzinach schodzi do zaświatów, by zdobyć wodę życia i uratować ojca, a po śmierci staje się przewodniczką dusz zmarłych oraz symboliczną pramatką wszystkich mudang. Te współczesne także pośredniczą między światem żywych i umarłych, pomagając przekroczyć granicę między nimi. – W szamańskich opowieściach pojawia się przejęty z buddyzmu motyw przeprowadzania duszy przez „most, rzekę lub krainy piekielne”, aby mogła zaznać spokoju. Jednak dla mudang najważniejsze nie są zaświaty, lecz szczęście żywych, którym pomagają radzić sobie z cierpieniem i śmiercią – mówi dr Rutana.

Japończycy to też mistrzowie przekształcania obcych wpływów w coś własnego. Buddyzm przybył do Japonii przez Koreę i Chiny, ale spotkał tam znacznie starszy świat rodzimych wierzeń, z którego wyrosło shintō. Jego centrum stanowią kami, esencja japońskiego animizmu. Te wszechobecne, skryte w drzewach, górach, rzekach czy zjawiskach naturalnych byty nie są dobre ani złe. Jak przypomina dr Zalewska, w przeciwieństwie do bóstw buddyjskich długo nie miały przedstawień. Do dziś w wielu świątyniach shintō nie ma ich obrazów czy posągów, jest tylko miejsce, ku któremu zwraca się modlitwę. – Poza kami istnieją też yōkai, czyli duchy, demony, zjawy i fantastyczne stworzenia, którym nie trzeba okazywać specjalnego szacunku, ale które budzą ciekawość, niepokój albo rozbawienie. Uwielbiam tenjōname, czyli „istotę liżącą sufit”. Po co to robi? Trzeba by ją zapytać, ale ogromna liczba yōkai sprawia, że każdy może znaleźć wśród nich coś dla siebie – śmieje się japonistka i dodaje: – Wielu Japończyków nie powiedziałoby wprost, że wierzą w duchy. Mają jednak poczucie, że wokół ludzi istnieje coś więcej niż tylko świat materialny.

Te osobliwe istoty dobrze pokazują różnicę między japońską a koreańską wyobraźnią – podczas gdy duchy z Seulu opowiadają głównie o relacjach między ludźmi, pamięci, rodzinnych więzach i zobowiązaniach wobec zmarłych, te z Tokio przypominają, że otaczają nas niewidzialne obecności łączące świat ludzi, przyrody i istot nadprzyrodzonych.

Duchy straszą, bo cierpią

Choć Chiny, Korea i Japonia stworzyły własne światy mityczne, niektóre istoty wędrowały między nimi. Jedną z bardziej egzotycznych i popularnych w popkulturze jest wieloogoniasta lisica. – W Chinach huli jing pojawia się w III–IV w. jako demon mogący przybierać postać pięknej kobiety, która uwodzi mężczyzn i sprowadza na nich nieszczęście – tłumaczy prof. Jacoby. – Z czasem jednak literatura ją humanizuje i z potwora przeobraża się w istotę tragiczną, która chciałaby być człowiekiem, ale nie potrafi całkowicie przekroczyć granicy między światem ludzi i istot nadprzyrodzonych. W Korei kumiho najczęściej pozostaje istotą niebezpieczną, która zwodzi ludzi, a nawet uważa się, że pożera wątrobę uwiedzionych kochanków. Japońska yūbi no kitsune ma charakter niejednoznaczny. Potrafi oszukiwać i płatać figle, ale też zakochuje się w człowieku, zakłada rodzinę i budzi współczucie.

W mitach Azji Wschodniej duchy nie tylko straszą, ale też opowiadają o cierpieniu, niesprawiedliwości i nierównościach. Wystarczy spojrzeć na współczesną popkulturę – duch młodej kobiety o długich czarnych włosach stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów azjatyckiego horroru za sprawą filmu „The Ring”. Nie jest to jednak wynalazek współczesnych scenarzystów. – W Korei jest mnóstwo duchów skrzywdzonych kobiet, które zmieniają się w demony – zwraca uwagę dr Rutana. – Niektórzy badacze widzą w tym wyraz zbiorowego, choć nie zawsze uświadomionego poczucia winy wobec kobiet żyjących przez stulecia w patriarchalnym społeczeństwie konfucjańskim. Miały znacznie mniej praw, nie decydowały o własnym losie, dlatego po śmierci wracały jako mściwe duchy, by upominać się o sprawiedliwość. To przypomnienie o krzywdzie, której nie dało się całkowicie wymazać.

Podobnie w Japonii. – Jedną z bardziej poruszających postaci japońskiego folkloru jest ubume, duch kobiety zmarłej podczas porodu lub tuż po nim – mówi dr Zalewska. – W dawnych opowieściach pojawia się nocą z niemowlęciem na rękach i prosi przechodnia, by przez chwilę potrzymał dziecko. Kiedy ten bierze je w ramiona, niemowlę staje się coraz cięższe, aż zamienia się w kamień. Za tą historią kryje się doświadczenie znane wszystkim dawnym społeczeństwom: poród jako jeden z najniebezpieczniejszych momentów życia kobiety. Ubume jest nie tyle potworem, ile ucieleśnieniem lęku przed śmiercią okołoporodową, żałoby i niespełnionego macierzyństwa.

Tradycja zna także onryō – duchy ludzi, których cierpienie okazało się silniejsze niż śmierć. – Nie zawsze chodzi tu o zemstę – podkreśla japonistka. – Duch często pozostaje między światami dlatego, że nie potrafi uwolnić się od bólu, tęsknoty lub niedopełnionych zobowiązań. W tym wszystkim najbardziej japońskie jest poczucie przemijania i nietrwałości. Przekonanie, że wszystko trwa tylko chwilę i właśnie dlatego jest tak cenne. To zasadnicza różnica wobec wielu zachodnich historii grozy. Azjatyckie duchy kobiet budzą lęk, ale jednocześnie współczucie, ponieważ pod warstwą horroru kryją się powieści o przemocy, stracie i przemijaniu.

Zmory tkwią także w nas

Dzięki popkulturze oswoiliśmy się z Królem Małp, duchami zamieszkującymi lasy czy zmarłymi wracającymi do swoich rodzin, by załatwić stare sprawy. Popularność tych opowieści trudno jednak wyjaśnić wyłącznie siłą przemysłu rozrywkowego. Antropolodzy Philippe Descola i Tim Ingold zwracają uwagę, że zachodni sposób postrzegania świata, z podziałem na naturę i kulturę, nie jest uniwersalny. W wielu tradycjach zwierzęta, rośliny, góry, rzeki i przodkowie pozostają uczestnikami wspólnego świata. Być może właśnie dlatego opowieści o bogach, duchach i lisicach trafiają dziś także do nas. Nie dlatego, że w nie uwierzyliśmy, lecz dlatego, że przypominają o czymś, co nowoczesność często spycha na margines. Duchy Azji Wschodniej mogą się wydawać jednocześnie egzotyczne i dziwnie znajome, bo przedchrześcijańska Europa znała świat zamieszkany przez rusałki, wodniki czy zmory. Po prostu w krajach Toyoty, Samsunga i Huawei dawne istoty nadal się czują jak u siebie. Dlatego nikogo nie dziwi, że w Tokio między biurowcami i stacjami metra można spotkać siedzącego na składanym taborecie wróżbitę, a w Seulu w rytuale szamańskim uczestniczy znany polityk lub celebryta.

Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną