W powszechnej wyobraźni naukowcy to dziwacy. Ten obraz jest niepokojący
Na przykład w nekrologu w „New York Timesie” poświęconemu Nuno Loureiro, zamordowanemu fizykowi z Massachusetts Institute of Technology, uderzyło mnie następujące zdanie: „Daleki od typowego naukowca zaszywającego się w laboratorium i mającego niewiele do powiedzenia światu zewnętrznemu, dr Loureiro był ciepły i bezpośredni, miał swój styl”. Najwyraźniej takie cechy są w przypadku badacza tak niezwykłe, że zasługują na osobną wzmiankę.
Niedawno rozmawiałam na Zoomie z grupą nauczycieli fizyki ze szkół średnich o dwóch moich książkach. Pierwsze ich pytanie brzmiało: „Pod jakimi względami ludzie, którzy wnieśli wielki wkład w naukę, są podobni do »normalnych«, a pod jakimi się od nich różnią?”. Jim Parsons, który w latach 2007–2019 zagrał zafascynowanego teorią strun fizyka Sheldona Coopera w blisko 300 odcinkach sitcomu CBS Teoria wielkiego podrywu, zdobył cztery nagrody Emmy i Złoty Glob za sportretowanie nieporadnego społecznie, archetypicznego naukowca. Dzieci proszone o pokazanie, jak wygląda naukowiec, zwykle rysują białego mężczyznę w fartuchu laboratoryjnym i okularach, jakby nie było Marii Skłodowskiej-Curie czy George’a Washingtona Carvera.
Te wypaczone wyobrażenia są nie tylko śmieszne, lecz także szkodliwe. Obawiam się, że pogarszają społeczne nastawienie do całego przedsięwzięcia, jakim jest nauka, i nie pozwalają uczniom zobaczyć w nauce przyszłości, która mogłaby być ich udziałem.
Stereotyp naukowca żywi się względną rzadkością tej profesji. Według najnowszych dostępnych danych UNESCO badaniami naukowymi zajmuje się na całym globie około 9 mln osób. Przewaga liczebna pozostałych ludzi wynosi więc tysiąc do jednego. Szansa na spotkanie naukowca, i tak już niewielka, zmniejsza się jeszcze bardziej dlatego, że badacze pracują w miejscach wyposażonych w specjalistyczną aparaturę, do których dostęp jest ograniczony, takich jak laboratoria NASA lub CERN.
Jako osoba pisząca o nauce mam wstęp do wielu takich chronionych miejsc. Ale gdybym była dziennikarką sportową albo korespondentką zagraniczną, raczej nie miałabym okazji dowiedzieć się, jak wygląda uprawianie nauki. Wątpię, czy odgadłabym, jak duża różnorodność działań może się kryć pod określeniem „prowadzenie badań” – i jak dużo radości można z tych działań czerpać.
Niektórzy naukowcy, świadomi swojego problemu wizerunkowego, postulowali, by wszystkich beneficjentów federalnych grantów zobowiązać do wyjaśniania podatnikom istoty finansowanych badań – tłumaczenia, jak zostaną wydawane pieniądze i jakie może być zastosowanie wyników. Moim zdaniem nie każdy naukowiec jest zdolny do skutecznego komunikowania się z szeroką publicznością. Oczekiwanie tego od wszystkich wydaje się niesprawiedliwe i nierealistyczne. Jednak ci, którzy mają takie umiejętności, mogą wykorzystać je z dobrym skutkiem. Wielu starszych astronomów mówi mi, że ich zainteresowanie tą dyscypliną rozbudził współtworzony przez Carla Sagana serial Cosmos: A Personal Voyage, który zadebiutował w telewizji publicznej w 1980 roku. (Sam Sagan lubił oglądać mecze koszykówki.)
Etapy tzw. metody naukowej, które wielu z nas poznaje w szkole podstawowej lub średniej, wskazywałyby, że naukowcy działają według ścisłych reguł albo przepisów. Oni sami przyznają jednak, że kierują się przede wszystkim ciekawością. Ich poszukiwania są dla nich tak samo twórcze, jak dla artystów malowanie albo rzeźbienie. Nie znaczy to, że nie mają też innych kreatywnych hobby, ale raczej że jednym z nich jest nauka. Jako redaktorka rubryki poetyckiej „Meter” w „Scientific American” często otrzymuję utwory od naukowców, których do napisania wiersza zachęciło jakieś doświadczenie związane z pracą. To zjawisko nie jest wcale nowe: choćby Galileusz tworzył poezję, podobnie jak James Clerk Maxwell. W latach 20. i 30. XX wieku Harvard College Observatory zatrudniało tylu utalentowanych muzyków, że można było z nich utworzyć orkiestrę. Określenie, które najczęściej słyszę od naukowców mówiących szczerze o swoich badaniach – i które najmocniej kłóci się z dominującym stereotypem – brzmi: „to jest pasja”.
„Pasja” pojawiła się pod koniec dyskusji okrągłego stołu, która odbyła się w Pałacu Królewskim w Sztokholmie w tygodniu wręczenia Nagród Nobla w 2023 roku. Anne L’Huillier, jedna z trojga laureatów nagrody z fizyki z tamtego roku, szukała słowa, które najlepiej opisałoby motywację naukowca. „To jest pasja” – powiedziała, uznając, że właśnie ten rzeczownik najlepiej oddaje fascynację, upór i zapał, które napędzały ją przez 40 lat badań w dziedzinie fizyki attosekundowej. Do tej pracy, jak dodała, pragnie wrócić, gdy tylko ucichnie całe zamieszanie wokół nagrody.
Dalsza wymiana zdań przy tym samym okrągłym stole ujawniła, że L’Huillier oraz Katalin Karikó, jedna z dwojga laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny w 2023 roku, od dawna są zamężne i obie są matkami – choć, jak powszechnie wiadomo, w życiu stereotypowego naukowca nie ma miejsca na rodzinę.
Drew Weissman, współpracownik Karikó i współlaureat Nagrody Nobla za odkrycia dotyczące mRNA, które doprowadziły do powstania szczepionek przeciw COVID-19, zwrócił uwagę, że udział jego żony i córki w trzeciej fazie badań nad tymi szczepionkami okazał się potężnym argumentem przeciwko oporowi wobec szczepień w ich społeczności. Gdy pani Weissman (psycholożka Mary Ellen Weissman) uczestniczyła w nabożeństwach oraz spotkaniach społeczności lokalnej, podczas których sąsiedzi przytaczali teorie spiskowe, pytała: „Czy myślicie, że mój mąż pozwoliłby swojej córce i żonie przyjąć szczepionkę, która uczyniłaby je bezpłodnymi?”.
Ale teraz, gdy skuteczność wszystkich szczepionek jest kwestionowana przez władze, gdy obiecujące badania nad nowymi szczepionkami mRNA wstrzymano – i zdając sobie sprawę, jak bardzo rozpowszechniony jest stereotyp naukowca – zastanawiam, ilu ludzi odpowiedziałoby twierdząco na retoryczne pytanie zadane przez Mary Ellen Weissman. Bo przecież narażenie współmałżonka albo dziecka na śmiertelne niebezpieczeństwo pasuje jak ulał do obrazka szalonego badacza.